Mnie uderza że przez te wszystkie posty ani razu nie wyszło konkretne rozwiązanie i myślę że to jest uczciwe. Bo może nie ma jednej metody na ten lęk i każdy musi trochę pokombinować sam, w zależności od tego czy chodzi mu o miejsce, o ocenę, o własne zwątpienie, czy o to urwane w połowie doświadczenie o którym Zywilka53 mówiła. To są różne problemy które tylko wyglądają tak samo z zewnątrz.
To co Teofilka napisała o braku jednej metody chyba najlepiej podsumowuje gdzie jesteśmy w tej rozmowie. I jednocześnie mnie to trochę zostawia z pytaniem bez odpowiedzi, bo z jednej strony rozumiem że to indywidualne, a z drugiej - no to jak w praktyce podejść do tego w sytuacji kiedy nie masz ani prywatności, ani jasności co do siebie, ani pewności czy to co robisz ma w ogóle sens? Wydaje mi się że to jest ten punkt w którym lęk najbardziej paraliżuje.
Ten zbieg trzech rzeczy naraz, brak prywatności, brak jasności i zwątpienie, to jest chyba najtrudniejsza kombinacja. U mnie zwykle jak jedno się stabilizuje to pozostałe są łatwiejsze do zniesienia. Ale kiedy to idzie razem to rzeczywiście wszystko staje w miejscu. Piotrek, czy masz jakieś poczucie które z tych trzech jest dla ciebie teraz największym hamulcem?
Piotrek właśnie powiedział coś bardzo konkretnego i chcę to trochę rozwinąć, bo myślę że to jest sedno całego wątku. Ten lęk nie jest lękiem przed oceną z zewnątrz, tylko przed własną konfrontacją. Pytanie czy to co robię ma sens jest chyba najtrudniejsze bo nie ma zewnętrznego arbitra który odpowie. I to jest może specyfika tej praktyki, że musisz sam sobie dać tę odpowiedź.
ale jak sie daje sobie tą odpowiedz jak sie nie wie wystarczająco dużo żeby w ogóle ocenić czy to ma sens? ja nie wiem czy moje próby cokolwiek znaczą, nie mam jak tego sprawdzić i troche sie boję że to jest kółko bez wyjścia
To co Ambrozy mówi o wewnętrznym kryterium zamiast zewnętrznego dowodu, to jest coś z czym sama się zmagałam. I doszłam do wniosku że lęk przed niepowodzeniem jest tak duży właśnie dlatego że nie wiemy co by oznaczało powodzenie. Nie mamy jasno określonego celu, więc nie możemy się nie powieść, ale też nigdy nie możemy poczuć że cokolwiek się udało.
Zatrzymuję się na tym co Sydka powiedziała, że nie wiemy co by oznaczało powodzenie. To jest prawda i myślę że to wynika z czegoś konkretnego w tym jak większość ludzi podchodzi do pracy magicznej, szczególnie na początku. Często przychodzi się z jednym bardzo konkretnym życzeniem i całą energię koncentruje się na tym czy ono się spełniło czy nie. A to jest bardzo wąski horyzont i bardzo łatwo na nim ponieść porażkę.
Słucham tej rozmowy o celach i mam trochę inne doświadczenie. Ja przez długi czas miałam cele procesowe, właśnie takie jak Edek opisuje, i to mi bardzo pomagało. Ale potem w pewnym momencie zorientowałam się że chowam się za nimi, że nie stawiam sobie konkretnych oczekiwań bo się boję że się nie spełnią. To też jest forma tego lęku, tylko bardziej zakamuflowana.
To co Poziomka napisała o tym pytaniu do siebie, czy jest coś czego chcę ale boję się o to poprosić, to mnie uderza bo to jest bardzo konkretna technika. I wracając do tego co Piotrek mówił wcześniej o notatniku i konfrontacji z samym sobą, może właśnie to jest ten moment który go blokuje. Nie brak miejsca, nie współlokatorzy, tylko to pytanie które wisi w powietrzu.
Mam wrażenie że ten wątek o mieszkaniu ze współlokatorami zaczął się od bardzo praktycznego problemu gdzie schować świecę, a skończył w zupełnie innym miejscu. I to jest chyba coś co ta dyskusja zrobiła dobrze, bo pokazuje że logistyka i wewnętrzny lęk są ze sobą splecione i nie da się rozwiązać jednego udając że drugiego nie ma.
mam pytanie może trochę z boku ale zastanawiam się czy ten wewnętrzny lęk o którym mówicie nie jest też po prostu normalny i czy w ogóle można się go całkowicie pozbyć, czy raczej chodzi o to żeby z nim pracować i nie dawać mu się zatrzymywać
Bogusia pyta czy lęk jest normalny i czy można się go pozbyć. Myślę że to zależy od tego co rozumiemy przez pozbycie się. Jeśli chodzi o stan w którym w ogóle nie czujesz niepewności przed rytuałem, to szczerze wątpię żeby to było możliwe albo nawet pożądane. Ta niepewność mówi ci że traktujesz to poważnie. Ale to jest inne pytanie niż to czy lęk może przestać cię blokować.
To co Teofilka pyta, to jest chyba jedno z tych pytań na które nie ma dobrej odpowiedzi ogólnej. Mnie przez długi czas pomagało patrzenie na to co ten lęk konkretnie mówi. Nie 'boję się że się nie uda', tylko bardziej dokładnie: boję się że zmarnuję czas, że coś zrobię nie tak, że to jest naiwne. I każda z tych rzeczy prowadzi gdzie indziej.
to znaczy że trzeba sie zastanowic nad rodzajem lęku? bo ja mam wrażenie że u mnie to jest bardziej to naiwne, że będę sie czuć głupio sama przed sobą, ale czy to jest w ogóle do przeskoczenia skoro nie wiee jeszcze co robie
Wracam do pytania Teofilki o rozróżnianie bo mam na to jedną konkretną rzecz która mi pomogła. Pytam siebie czy ten lęk pojawia się przed rytuałem czy w trakcie przygotowań. Jak jest przed, to dla mnie sygnał że to jest coś bliżej zwątpienia. Jak jest w trakcie kiedy już coś robię, to wtedy słucham uważniej, bo to może oznaczać że coś mi nie gra w tym co robię, nie w sensie magicznym, po prostu czuję że idę w złą stronę.
Ta rozmowa o tym kiedy pojawia się lęk trochę mi coś uświadomiła. U mnie on jest właściwie przez cały czas, ale największy jest po, nie przed. Jak już skończyłem coś robić i siedzę i czekam czy cokolwiek się zmieniło. I ten moment jest najgorszy, bo wtedy mam czas żeby kwestionować wszystko co zrobiłem. Może dlatego tak długo odkładałem kolejne próby.
to co opisujesz, ten lęk po rytualne, jest chyba jedną z przyczyn dla których wiele osób rezygnuje zanim cokolwiek zobaczy. Okres oczekiwania jest aktywną częścią pracy, nie pauzą między działaniem a wynikiem, i jeśli wypełnia się go głównie wątpieniem, to siłą rzeczy to wątpienie staje się największą częścią całego procesu. Mam pytanie, co robisz w tym czasie po?
