To jest pytanie które ma chyba kilka warstw. Bo jeśli pytamy skąd pochodzi lęk przed niepowodzeniem w magii, to trzeba by się zastanowić czy on jest analogiczny do lęku przed niepowodzeniem w innych dziedzinach, czy jest czymś specyficznym. Moje wrażenie jest takie że w magii dochodzi jeden element którego w innych dziedzinach nie ma. Mianowicie niepewność co do samego mechanizmu. Jak piszesz e-mail i wyślesz go nie tak to wiesz co poszło nie tak. Jak rytuał nie działa to nie wiesz czy problem leżał w tobie, w wykonaniu, w warunkach, w tym że to w ogóle nie działa.
A czy ktoś z was próbował celowo zostawić sobie jakiś ślad po rytualne, żeby mieć do czego wracać? Nie mówię o rozbudowanych dziennikach, tylko o czymkolwiek. Bo zastanawiam się czy ta wieloznaczność o której Ambrozy pisze nie wynika częściowo z tego że nie śledzimy co robimy.
a nie można by pisać jakoś zaszyfrowanie? nie mówię o prawdziwym szyfrze tylko na przykład używać słów które mają dla ciebie znaczenie ale dla kogoś innego byłyby bez sensu. coś jak własny kod.
Ja w pewnym momencie zaczęłam pisać po prostu bardzo skrótowo. Sama data, jedno słowo intencji, jedno słowo jak się czułam po. I to jest wystarczająco enigmatyczne dla osoby z zewnątrz a dla mnie czytelne. Nie wiem czy to jest dobre rozwiązanie ale u mnie działa.
Wracam do tego co Ambrozy mówił o wieloznaczności niepowodzenia, bo mi to siedzi. Wydaje mi się że jednym ze źródeł lęku jest właśnie to że nie ma żadnego zewnętrznego kryterium sukcesu w magii. W sporcie wiesz czy wygrałeś. W szkole masz ocenę. W magii masz... co? Subiektywne poczucie że coś się wydarzyło albo nie. I to jest grunt na którym lęk rośnie bardzo dobrze.
Dokładnie to chciałem powiedzieć i chyba nie wyraziłem tego tak wyraźnie. To subiektywne kryterium jest i zaletą i problemem jednocześnie. Zaletą bo nikt ci nie może udowodnić że ci nie wyszło. Problemem bo ty sam też nie możesz być pewny że wyszło. I w tej niepewności lęk ma idealne warunki.
Jest jeszcze jeden aspekt który mi tu przychodzi do głowy. Mianowicie to że niektórzy praktycy celowo nie ustalają sobie z góry jak sukces miałby wyglądać. I to jest coś co z jednej strony redukuje lęk przed niepowodzeniem, bo nie ma wyraźnie określonej granicy porażki, a z drugiej strony może działać jak ucieczka od odpowiedzialności. Nie wiem czy to jest zdrowe podejście.
ale jak niby mam z góry ustalić jak sukces miałby wyglądać jeśli nie wiem co może się wydarzyć? to nie jest tak jak zamawiasz coś przez internet i wiesz co ma przyjść. mi sie wydaje ze to jest specyfika magii ze nie mozna sie tak bardzo przypiac do konkretnego efektu.
Teofilka83 poruszyła ważną rzecz, ale zastanawiam się czy to nie jest trochę inna kwestia. Nie chodzi o to żeby z góry wiedzieć co się wydarzy, tylko żeby mieć jakikolwiek punkt odniesienia. Nie musi być precyzyjny. Ale jeśli wchodzisz w rytuał z absolutnie otwartą interpretacją każdego możliwego wyniku, to nie jesteś odważny, jesteś po prostu bez kotwicy. I to też jest forma ucieczki od lęku, tylko że nieświadoma.
nie dosłownie tak. Chodzi bardziej o to żeby przed rytuałem zadać sobie jedno pytanie i uczciwie na nie odpowiedzieć: po czym poznam że coś się zmieniło? Niekoniecznie 'musi się stać X', ale 'będę wiedziała że coś ruszyło jeśli poczuję Y albo zauważę Z'. To nie musi być twarde kryterium, może być miękkie, ale musi być twoje własne i sformułowane zanim zaczniesz.
Mnie zastanawia coś innego. Mówimy o lęku przed niepowodzeniem jakby to był jeden spójny problem, ale może on jest różny w zależności od tego co robisz? Inaczej boisz się kiedy robisz coś dla siebie, inaczej kiedy coś robisz z zewnętrzną intencją, i inaczej kiedy masz jakiś ważny powód emocjonalny za tym wszystkim.
czy ten lęk nie jest moze po prostu ze nie wierzymy do konca? bo jak bym naprawde wierzyła ze to dziala to chyba bym sie nie bała tak bardzo. może to jest kwestia wiary a nie samej magii
To co Edek_60 napisała jest według mnie kluczowe i trochę zmienia perspektywę tej całej rozmowy. Bo jeśli lęk wynika z zaangażowania emocjonalnego, a nie z braku wiary czy umiejętności, to może nie ma sensu go eliminować. Może trzeba nauczyć się z nim działać.
To co Piotrek53 opisuje to jest coś bardzo konkretnego i myślę że warto tu zatrzymać. To napięcie podczas rytuału, kiedy jesteś świadomy że się boisz, nie jest neutralne. W większości tradycji magicznych stan wewnętrzny praktykującego jest uznawany za część pracy, nie za tło. Więc jeśli wchodzisz w to z lękiem to nie pracujesz w próżni, pracujesz z tym lękiem jako materiałem.
a czy można jakoś ten lęk rozładować przed? jak coś fizycznego, jakieś ćwiczenie, żeby po prostu wyrzucić to napięcie zanim się zacznie?
Wracam do tego co Malinowa powiedziała o wnoszeniu lęku jako materiału świadomie kontra nieświadomie. To jest rozróżnienie które ma znaczenie daleko poza magią, ale w magii jest szczególnie wyraźne dlatego że nie ma tu zewnętrznego korektora. Nikt ci nie powie że się bałeś w złym miejscu. Musisz to sam zobaczyć. I tutaj znowu wracamy do tego samego: dokumentacja, jakikolwiek ślad, daje ci możliwość spojrzenia na to z zewnątrz.
właśnie przeczytałam cały ten wątek i mam pytanie które mnie nurtuje od jakiegoś czasu. Czy ten lęk przed niepowodzeniem nie jest czasem większy u tych którzy zaczęli samodzielnie, z książek albo internetu, niż u tych którzy mieli kogoś kto ich prowadził? Bo jak uczysz się od kogoś to masz zewnętrzne potwierdzenie że robisz coś sensownie. A jak uczysz się sam to wszystko jest na twoim własnym osądzie i to może być dużo cięższe.
To co Hortensja_66 napisała o mentorstwie jest ważne, bo dodaje jeszcze jeden wymiar do tego lęku. Kiedy uczysz się sam, każde niepowodzenie interpretujesz jako swój błąd. Kiedy masz mentora, masz kogoś kto może powiedzieć 'nie, tu był błąd w intencji, a nie w tobie'. Ale uwaga, bo to też może tworzyć inny rodzaj lęku, lęk przed niezrozumieniem przez mentora, przed oceną kogoś kogo szanujesz. Nie wiem czy jedno jest łatwiejsze od drugiego.
Właśnie wróciłem do tematu i muszę powiedzieć że kilka postów temu Ambrozy napisał coś co mnie zatrzymało. To o braku zewnętrznego korektora. U mnie w domu jest jeszcze większy problem bo mam wspólne mieszkanie z dwiema osobami które kompletnie nie wiedzą że cokolwiek robię. I przez to nawet gdybym chciał pisać jakieś notatki albo dokumentować to co czuję, to się nie da normalnie. Zostawiam kartki? Chowam zeszyt? Brzmi głupio ale to realny problem.
o, to jest właśnie coś o czym chciałam powiedzieć od jakiegoś czasu. Ja przez długi czas w ogóle nie robiłam żadnych rytuałów bo mieszkałam z rodzicami i po prostu nie miałam jak. Nie chodziło nawet o to że się bałam oceny, po prostu fizycznie nie było możliwości. A kiedy się w końcu przeprowadziłam i miałam swoją przestrzeń, to ten lęk nie zniknął, bo się przez ten czas zdążył zadomowić.
ja znam ten problem z notatkami i przez jakiś czas robiłam to w aplikacji na telefonie, bo telefon nikt mi nie przeglądał. Ale potem stwierdziłam że pisanie na ekranie działa na mnie inaczej niż na papierze i jakoś to nie miało tej samej wartości. Teraz mam mały notes który wygląda jak zwykły terminarz. Nie jest idealnie ale działa.
Słucham tego wątku o mieszkaniu ze współlokatorami i myślę że to jest temat który zasługuje na chwilę więcej uwagi, bo dotyka czegoś co bardzo konkretnie wpływa na sam przebieg pracy. Jeśli nie możesz zostawić świecy na godzinę bez nadzoru bo ktoś wejdzie, jeśli musisz chować wszystko zanim skończysz, to nie jest tylko kwestia komfortu. To realnie skraca albo urywa rytuał w połowie. I taki urwany rytuał zostawia coś niedokończonego, nie tylko w sensie efektu, ale też w sensie stanu wewnętrznego.
a jak sie w ogole robi cos sensownego jak nie ma sie swojego miejsca? mnie sie wydaje ze moglabym to robic gdzies na zewnatrz ale chyba sie wstydzilabym jeszcze bardziej niz w domu
Wracam do tego co Piotrek53 powiedział o warstwie strachu przed oceną przykrywającej głębszy lęk. Bo mi się wydaje że to jest bardzo trafne rozróżnienie i że te dwa lęki działają inaczej. Lęk przed oceną można trochę obejść przez dyskrecję, przez własne miejsce, przez odpowiedni czas. Ale ten głębszy, o którym mówimy od początku wątku, ten zostaje nawet kiedy masz idealne warunki. I może to jest właśnie sygnał że są to dwa oddzielne problemy, a nie jeden.
okay to trochę mnie przygnębia, bo ja właśnie liczę na to że jak się wyprowadzę to będzie łatwiej 🙂 ale rozumiem co mówicie. to znaczy że nawet jak będę miał swoje miejsce to ten lęk zostanie i trzeba go przepracować a nie ominąć?
A czy ktoś próbował rozwiązać problem z brakiem miejsca przez rytuały które są kompletnie niewidoczne? Mam na myśli takie które nie wymagają żadnych fizycznych elementów, żadnych świec, kadzideł, przedmiotów. Czysta praca mentalna. Bo mnie zastanawia czy taki rodzaj praktyki w ogóle eliminuje lęk przed niepowodzeniem, czy go zmienia, bo nie ma żadnych zewnętrznych wskaźników że cokolwiek się stało.
Wracam do Piotrka i notatek w ukryciu, bo to mi nie daje spokoju. Zastanawia mnie czy ten strach przed znalezieniem czegoś przez współlokatora nie jest przypadkiem głębiej zakorzeniony w tym że nie do końca sami siebie akceptujemy w tym co robimy. Bo jak bym była całkowicie spokojna z tym czym się zajmuję, czy naprawdę bałabym się że ktoś zobaczy mój notes? Może po części. Ale część tego strachu to chyba jest jeszcze coś innego.
