Mam pytanie do Bogusi, czy to napięcie z ukrywania pojawia się przed rytuałem, w trakcie, czy po? Bo to może coś mówić o tym, gdzie jest główne źródło.
To co Bogusia opisuje, to jest właśnie ta kwestia logistyczna, o której mówiłem na początku wątku. Że samo wykonanie rytuału w miejscu, gdzie mieszkasz z kimś, wymaga planowania i to planowanie już jest stresujące, zanim cokolwiek się zacznie. I potem wchodzisz w rytuał już zmęczona tym planowaniem.
Ale czy nie da się tego uprościć? Mam na myśli, że część rytuałów można zrobić tak, żeby w ogóle nie wymagały specjalnych warunków. Nie musisz czekać aż będziesz sama w pustym mieszkaniu.
Ja robię część rzeczy w łazience i nie jest to żadna filozofia. Kąpiel z solą, świeczka, kilka minut w ciszy. Nikt nic nie wie, nikt nie pyta. Oczywiście nie wszystko da się tam zrobić, ale to daje jakieś okno.
To przekonanie, że jest jakiś jeden sposób jak należy, to jest jedna z większych blokad. Rytuał zrobiony w pełni skupienia w łazience może być bardziej autentyczny niż godzinny ceremonialny rytuał zrobiony z głową gdzie indziej.
No i kółko się zamknęło. Wracamy do tego, że główna przeszkoda jest w głowie, nie w warunkach zewnętrznych. Warunki zewnętrzne mogą utrudniać albo ułatwiać, ale nie są sednem.
Ale to jest trochę za proste powiedzieć że 'wszystko jest w głowie', bo realne ograniczenia też istnieją. Jak masz jedno małe mieszkanie i troje współlokatorów, to naprawdę trudno o moment sam na sam, nawet w łazience.
no właśnie, bo jak słucham tej dyskusji o tym że 'wszystko w głowie', to rozumiem o co chodzi, ale to mi nie mówi co konkretnie zrobić kiedy mam godzinę i współlokatora, który może wejść. Jak ty to rozwiązujesz w praktyce?
Ja mam ten problem odkąd się przeprowadziłam do wspólnego mieszkania i szczerze mówiąc pierwsza rzecz jaką zrobiłam, to przestałam planować 'wielkie' rytuały. Zaczęłam pracować z tym co mam i kiedy mam. Brzmi banalnie, ale trochę zmieniło moje podejście do całej tej kwestii co jest 'prawdziwym' rytuałem.
To jest klasyczny problem z perfekcjonizmem w praktyce, który zresztą nieźle opisuje psychologia. Jest taki mechanizm, że kiedy coś odkładasz na 'idealny moment', to twój mózg rejestruje to jako zadanie nierozpoczęte. I to zadanie nierozpoczęte generuje tło lęku samo w sobie, niezależnie od tego co myślisz o magii. Więc masz lęk przed niepowodzeniem plus lęk z samego odkładania.
Klimek, mam pytanie zanim odpiszę. Czy twój problem to brak czasu, brak miejsca, czy brak poczucia że to co mógłbyś zrobić w tych warunkach 'się liczy'?
To jest bardzo uczciwa odpowiedź. I dość typowa, sądząc po rozmowach jakie tu widzę. Ta bariera 'po co zaczynać jeśli nie zrobię tego porządnie' pojawia się chyba u wielu osób i moim zdaniem ma więcej wspólnego z lękiem przed tym że się przekonasz że to nie działa, niż z faktycznym brakiem czasu.
ja chyba mam dokładnie tak jak klimek. mam te kilka minut i siedzę i myślę. a potem idę spać i żałuję że nie spróbowałam. ale nastepnym razem znów tak samo
To co Bogusia opisuje, ten moment kiedy już siedzisz i zaczynasz, a potem głowa zaczyna serwować ci scenariusze, to jest chyba najczęstsze miejsce gdzie praktyka się sypie. I to nie jest problem z mieszkaniem ani ze współlokatorami. To się dzieje nawet kiedy jest się samemu w domu, po prostu wtedy lista scenariuszy jest trochę inna.
No tak, bo jak jesteś sama, to już nie boisz się że ktoś wejdzie, ale możesz się bać że i tak nic z tego nie wyjdzie. I która wersja jest gorsza?
I tu pojawia się coś ważnego. To pytanie 'czy ja zawodzę' zakłada że jest jakiś standard który powinna czuć i nie osiągasz. A skąd ten standard? Ktoś ci go powiedział, przeczytałaś gdzieś, czy po prostu sama sobie ustaliłaś że 'coś powinno się stać'?
To oczekiwanie wyraźnego sygnału jest chyba jedną z głównych przyczyn tego rodzaju lęku. Jeśli zakładasz że efekt będzie oczywisty i natychmiastowy, to brak oczywistego efektu zawsze będzie wyglądał jak porażka. Nawet jeśli cokolwiek się działo.
Ale skąd właściwie te oczekiwania się biorą? Bo jak sobie cofam, to u mnie chyba z tego co czytałam na początku na różnych stronach i w różnych książkach, gdzie rytuały opisywano jakby to była procedura z gwarantowanym efektem. Krok pierwszy, krok drugi, efekt.
Ale jak w ogóle odróżnić ten moment kiedy analiza jest sensowna od momentu kiedy już po prostu kręcisz się w kółko i szukasz winy? Bo mi się wydaje że to dość płynna granica i łatwo ją przeoczyć.
To chyba jeden z trudniejszych aspektów całej tej praktyki. Bo z jednej strony refleksja jest potrzebna, żeby w ogóle się rozwijać. Z drugiej, jeśli każda refleksja kończy się wnioskiem że 'coś poszło nie tak', to ta refleksja już nie służy praktyce, tylko lękowi.
Jest jeszcze trzecia opcja którą pomijamy: że rytuał zadziałał i po prostu tego nie rozpoznałaś, bo efekt nie wyglądał tak jak oczekiwałaś. I to jest według mnie najczęstszy przypadek. Tylko że nikt o tym nie mówi, bo trudno budować teorię na czymś co z definicji jest niewidoczne.
To pytanie które Fomalhaut zadała jest dla mnie centralnym punktem całej tej rozmowy. Bo lęk przed niepowodzeniem zakłada że istnieje jedna poprawna wersja sukcesu. A jeśli ta wersja jest źle zdefiniowana od początku, to całe kryterium oceny jest rozjechane.
Dokładnie. I właśnie dlatego uważam że ten lęk przed niepowodzeniem w magii jest często lękiem przed własną oceną, a nie przed brakiem efektu. Bo co to znaczy że rytuał się nie udał? Kto to ocenia i na jakiej podstawie?
Ale jak to ma wyglądać praktycznie, to czekanie aż coś się zmieni? Bo brzmi jak przepis na to żeby nigdy nie wiedzieć czy robisz coś dobrze.
klimek mam tak samo. bo jak mam patrzeć czy cos się zmieniło, to nie wiem w czym. cała moja sytuacja jest taka sama od dawna i nie wiem co miałoby się zmienić żebym wiedziała ze 'zadziałało'
To może być kwestia tego że intencja była zbyt ogólna żeby w ogóle było widać zmianę. Jak robisz rytuał na przykład z intencją 'chcę żeby w moim życiu było lepiej', to nie masz żadnego punktu odniesienia. Ale jak intencja jest konkretna i dotyczy czegoś co możesz obserwować, to przynajmniej wiesz czego szukasz.
ale czy zbyt konkretna intencja nie ogranicza? Czytałam że jeśli za bardzo precyzujesz to jak efekt ma wyglądać, to zamykasz inne drogi. Nie wiem czy to ma sens, ale gdzieś to siedzi i mnie blokuje przed konkretem.
