To zdanie urwane w połowie bardzo do mnie trafia. Ja mam podobne odczucie i nie mieszkam z nikim obcym, tylko z rodziną. I to jest właśnie ten problem, że nawet jak nikt nie wchodzi do pokoju, to ta możliwość że wejdą jest gdzieś z tyłu głowy i to wystarczy żeby nie wejść do tego głębiej. Nie wiem czy to lęk przed niepowodzeniem czy po prostu brak skupienia.
To, co opisujecie jako 'urwane zdanie', to jest kwestia tego, czy zdążyłaś wejść w stan przed właściwą pracą. Przy krótkich sesjach w napięciu często zostajemy na poziomie intencji deklaratywnej, to znaczy wiemy co chcemy zrobić, ale nie wchodzimy w stan, który sprawia, że to w ogóle działa inaczej niż zwykłe myślenie. Sydka, czy przed tymi sesjami robisz cokolwiek żeby się przełączyć? Oddech, konkretny gest, cokolwiek?
Zastanawiam się, czy ten 'przełącznik', o którym mówi Edek, musi być długi. Bo jak rozumiem sytuację Sydki, to ona ma może pięć, dziesięć minut i część z tego idzie na nasłuchiwanie. Czy można mieć taki przełącznik, który trwa trzydzieści sekund i naprawdę działa?
tak, można, ale trzeba go wypracować przez jakiś czas w warunkach, gdzie masz więcej przestrzeni. To jak mięsień, który potem działa szybciej, bo go znasz. Nie da się tego zbudować od razu w trudnych warunkach.
Ale to trochę błędne koło, nie? Żeby nauczyć się wchodzić w stan szybko, potrzebujesz czasu i spokoju. A jeśli nie masz kiedy ćwiczyć w spokoju, to nie zbudujesz tego przełącznika. I zostajemy w tym samym miejscu.
Mycie naczyń to chyba najlepszy moment 🙂 Serio, ja mam tak samo, że przy jakichś manualnych rzeczach wyłącza mi się ta część głowy, która ciągle coś komentuje. Może nie przypadkiem mówią o medytacji w ruchu.
Bogusia, ale to co opisujesz, to jest stan nieintencjonalny, sam przychodzi. A pytanie jest chyba o to, czy można go wywołać celowo i skierować w stronę pracy. To trochę inne zagadnienie.
Właśnie, i to jest sedno problemu z lękiem przed niepowodzeniem w takich warunkach. Lęk nie pozwala wejść w ten stan, bo jest czujnością. A czujność i skupienie magiczne to stany, które trudno mieć jednocześnie. Więc nie chodzi tylko o brak czasu ani brak prywatności, tylko o to, że lęk aktywnie uniemożliwia samą pracę.
Mam pytanie do tego wątku, bo sam się w tym rozpoznaję. Czy ten lęk przed niepowodzeniem to zawsze jest coś, że ktoś zobaczy, czy może też chodzić o to, że po prostu nic się nie wydarzy i to będzie dowód, że się nie umie albo że to nie działa?
Klimek dotknął czegoś ważnego. Bo jeżeli za każdym razem, gdy coś robię, jest z tyłu głowy pytanie 'ale czy to zadziała', to właściwie cały czas oceniam, a nie działam. I może to jest właśnie ten główny lęk, nie że ktoś zobaczy, ale że nic się nie stanie i wtedy nie będę wiedzieć co z tym zrobić.
No właśnie, i to jest coś, o czym rzadko się mówi wprost. Że ten lęk może być w ogóle niezwiązany z warunkami zewnętrznymi, tylko z tym, że rytuał staje się jakimś sprawdzianem. Jakbyś podchodził do egzaminu, z tym że nie wiesz, czy komisja w ogóle istnieje.
A może problem nie jest w tym, żeby przestać oceniać, tylko w tym, kiedy to ocenianie się pojawia? Bo jeśli ocena przychodzi w trakcie, to faktycznie rozbija stan. Ale ocena po, z pewnym dystansem czasowym, to już co innego.
Nie mam jednego sposobu, szczerze. Ale zauważyłam u siebie, że jak mam z góry ustalone, że weryfikacja nastąpi np. za dwa tygodnie, a nie zaraz po, to głowa trochę odpuszcza w trakcie. Jakby wiedziała, że ma swój moment na analizę, więc nie musi robić tego teraz.
To jest ciekawe podejście, ale mam pytanie, bo nie do końca rozumiem. Ten termin weryfikacji to jest coś, co sobie postanawiasz przed rytuałem, piszesz gdzieś, mówisz głośno? Czy to jest po prostu myśl?
Dodam tylko, że to, co opisuje Fomalhaut, ma trochę wspólnego z tym, jak działa intencja w odróżnieniu od oczekiwania. Intencja jest kierunkiem, oczekiwanie jest wymaganiem. I o ile intencja nie blokuje procesu, to oczekiwanie bardzo często tak. To nie jest moja teoria, to jest coś, co dość spójnie pojawia się w różnych tradycjach pracy magicznej.
Ale jak odróżnić jedne od drugiego kiedy się je ma w głowie jednoczesnie? Bo ja jak robię cokolwiek, to mam i jedno i drugie i nie wiem gdzie jest granica.
Mam wrażenie, że my tutaj w kółko wracamy do tego samego problemu pod różnymi nazwami. Czy to jest czujność, oczekiwanie, ocenianie, sprawdzanie, wszystko to jest jakiś wariant braku zaufania do procesu. I nie wiem czy to w ogóle jest coś, co można naprawić techniką, czy to jest raczej coś głębszego.
Chyba mam na myśli to, że jeśli ktoś w podstawowym sensie nie wierzy, że cokolwiek zadziała, to żadna technika nie obejdzie tego fundamentalnego braku. I nie mówię o wierze jako przekonaniu intelektualnym, bo można być przekonanym intelektualnie i jednocześnie głębiej nie wierzyć. Mówię o czymś, co jest bardziej w ciele niż w głowie.
To co Zywilka opisuje, widzę też przy pracy z tarotem, kiedy ktoś ciągnie karty i już w momencie ciągnięcia jest nastawiony na obalenie wyniku. Nie ma intencji czytania, jest intencja testowania. I to się zwykle widać po tym, jak ktoś reaguje na wyciągniętą kartę.
I właśnie tutaj wchodzi ten problem z mieszkaniem z kimś, bo ta pętla jest podwójna. Nie dość, że oceniasz czy zadziałało, to jeszcze masz z tyłu głowy że ktoś mógł zobaczyć i co by pomyślał. To są dwa różne lęki, ale razem robią naprawdę głośny szum.
Sydka, to jest bardzo celna obserwacja. Jakby lęk przed oceną zewnętrzną dokładał ciśnienie do lęku przed niepowodzeniem i powstawało coś, co jest trudniejsze do zniesienia niż każdy z nich osobno.
I to jest chyba odpowiedź na moje pierwotne pytanie z początku tego wątku, które dotyczyło lęku przed niepowodzeniem. Bo okazuje się, że niepowodzenie to nie jest jeden stan, jest kilka warstw i nie zawsze chodzi o to samo. Dla jednej osoby niepowodzenie to brak efektu, dla innej to bycie przyłapaną, dla jeszcze innej to wewnętrzne poczucie że coś zrobiła źle, nie na serio. I każda z tych warstw potrzebuje chyba czegoś innego.
I właśnie dlatego nie ma jednej odpowiedzi na pytanie jak to naprawić. Bo to co pomaga przy lęku przed oceną zewnętrzną, czyli dyskrecja, maskowanie, skracanie rytuału, może w ogóle nie dotknąć lęku przed tym, że nic się nie stanie. A to drugie to jest już rozmowa z własnym przekonaniem o tym, czy to w ogóle ma sens. I to jest praca, którą każdy robi sam, żadna technika tego nie zastąpi.
Mam wątpliwość co do tego rozdzielania na warstwy. Bo może to nie jest tak, że jedna jest głębsza od drugiej, a raczej, że dla różnych osób hierarchia jest odwrócona. Dla kogoś lęk zewnętrzny może być pochodną wewnętrznego, ale też odwrotnie, ktoś może zacząć się bać niepowodzenia właśnie dlatego, że raz go oceniono przy nieudanym rytuale.
Właśnie, jak to w ogóle rozpoznać? Bo jak słucham tej rozmowy, to nie jestem pewna, który typ lęku mam ja. Może oba na raz.
To rozróżnienie jest sensowne, ale mam pytanie do Edek. Zakładasz, że te dwa lęki są niezależne, ale co jeśli lęk przed tym, że ktoś wie, jest właśnie tym, co napędza lęk przed niepowodzeniem? Tzn. nie martwiłabyś się, że nie zadziała, gdyby nikt nie widział?
ja mam tak że w ogóle nie powiedziałam nikomu w domu że cokolwiek robię i te właśnie te ukrywanie trochę samo w sobie działa na mnie nerwówo. jak jakiś sekret ale bez powodu
