To brzmi trochę jak Onyksowa sama sobie odpowiedziała wcześniej, że nie możesz zobaczyć własnego filtra. Tylko że teraz Tatarak mówi, że rozwiązaniem jest czytanie innych. Ale czytając innych, też wybierasz, co cię uderza, prawda? To nie jest neutralne.
Grazynka zadała całkiem dobre pytanie. Dobór materiału porównawczego też jest aktem interpretacji. Czyli masz ten sam problem jedną warstwę wyżej. Myślę, że jedyne co to zmienia, to skala. Większa ilość różnorodnych źródeł zmniejsza szansę, że twój filtr przepuści tylko to, co pasuje. Nie eliminuje błędu, ale go rozmywa.
Krysztal, ale rozmywanie błędu to nie to samo co uczenie się z niego. Wracam do tytułu wątku, bo chyba odchodzimy od pytania o depresję. Mówimy teraz głównie o epistemologii tej praktyki, co jest ciekawe, ale mnie w tym wątku chodziło o to, że kiedy coś nie wychodzi, to ta interpretacyjna mgła, którą opisujecie, dokłada się do złego samopoczucia, a nie go zmniejsza. Bo nie wiesz, czy jesteś głupia, nieumiejętna, czy po prostu miałaś pecha.
Zorka dotknęła czegoś konkretnego. Ta mgła, o której mówi, jest chyba głównym źródłem obciążenia psychicznego, nie sam błąd. Bo ludzie funkcjonują z błędami dobrze, jeśli mają jakieś wyjaśnienie. Psychologicznie gorzej znosimy niepewność niż nawet nieprzyjemną pewność. W tej praktyce masz niepewność jako stan domyślny.
Przepraszam, że wchodzę z boku, ale mam pytanie do tego, co Mimoza pisze. Ten framework, czy on jest dany przez tradycję, w której pracujesz, czy każda osoba buduje go sobie sama? Bo wydaje mi się, że jeśli budujesz go sama, to masz znowu problem z tym, że budujesz go według swoich własnych potrzeb, a nie według czegoś zewnętrznego.
Wróce do tego co powiedziała Zorka o niewiedzeniu, czy jest się głupią, nieumiejętną czy po prostu miałaś pecha. Jak pracuję z runami i coś nie daje sensu, to mam podobne trzy opcje i przez długi czas przypisywałam to głupiocie. Dopiero jak zaczęłam odróżniać 'nie rozumiem teraz' od 'nie rozumiem w ogóle' to coś się przesunęło. Pierwsze to kwestia czasu, drugie to kwestia metody. I te dwa błędy mają inny ciężar psychiczny.
Saturnella opisała coś, co mi się wydaje najbardziej praktyczną wskazówką w tym całym wątku. Nie chodzi o zrozumienie każdego błędu z osobna, tylko o obserwowanie, czy twój proces w ogóle ma tendencję do rozwiązywania się z czasem. Jeśli tak, to niepewność chwilowa jest czymś innym niż strukturalna niezdolność do nauki. I właśnie to może chronić przed tym obciążeniem psychicznym, o którym pisze Zorka.
Przylaszczka, ale to wymaga naprawdę konsekwentnych zapisków przez długi czas. A kto to robi i kto robi to na tyle obiektywnie, żeby te zapiski były użyteczne? Bo łatwo zapisywać w sposób, który już na starcie koduje interpretację w terminach sukcesu albo porażki.
To co Seba opisał z tym zabarwionym materiałem jest problemem, który znam z własnego podwórka. Przez kilka lat pisałem notatki i byłem przekonany, że są obiektywne. Potem przeczytałem je z powrotem i zobaczyłem, że właściwie każdy zapis sukcesu miał charakter triumfalny, a każdy błąd był tonowany. Nie robiłem tego świadomie. Po prostu tak piszemy o sobie.
Ja próbowałam podobnie z runami. Pisałam najpierw sam rzut i układ, bez żadnej interpretacji. Dopiero następnego dnia dodawałam co mi to mówiło. Ale i tak sie okazało że kolejność którą wybieram do opisu juz jest interpretacją. Nie wiem czy da sie z tego wyjść.
Może nie chodzi o to żeby z tego wyjść. Może chodzi o to żeby wiedzieć, że tam jesteś, to znaczy że ta interpretacja zawsze jest obecna. Bo wracając do tytułu - ta świadomość, że twój zapis jest już przefiltrowany, to jest konkretna informacja o sobie. Można z nią pracować, zamiast udawać że jej nie ma.
Zorka, ale jak ktoś dopiero zaczyna i nie ma tych lat zapisków, to co? Czeka aż zbierze materiał przez kilka lat zanim będzie mógł cokolwiek z błędu wyciągnąć? Bo z tego co tu czytam wynika, że dopiero z perspektywy czasu coś widać.
To co Anastazja mówi o pożyczaniu perspektywy jest naprawdę ważne, choć trochę niedoceniane w rozmowach o samodzielnej praktyce. Ale mam wątpliwość - jeśli pożyczasz czyjś punkt widzenia, to uczysz się ze swoich błędów czy z czyjejś interpretacji twoich błędów? To nie jest to samo.
To mnie zastanawia od jakiegoś czasu. Czy w ogóle jest możliwe uczenie się z błędów w dziedzinie, gdzie nie jesteś pewien co jest błędem? Bo w większości rzeczy błąd to rozbieżność między tym co chciałeś a tym co dostałeś. Ale jeśli nie wiesz co dostałeś albo czy w ogóle twoje działanie miało jakikolwiek związek z wynikiem, to co jest materiałem do nauki?
Tatarak opisuje coś co mi pasuje z własnego doświadczenia, ale chcę dodać jedno zastrzeżenie. Ta 'tekstura złego miejsca' może być też teksturą twojego przekonania, że nie jesteś gotowa. I te dwie rzeczy wyglądają bardzo podobnie od środka. Więc możesz zbudować całą historię o tym, że zły stan emocjonalny sabotuje rytuał, i mieć rację, albo po prostu nauczyć się, żeby nie pracować kiedy czujesz lęk, co niekoniecznie jest tą samą zasadą.
Przylaszczka, to mnie uderzyło. Bo właśnie o to mi chodziło kiedy zaczynałam ten wątek. Ten moment kiedy nie wiesz, czy błąd jest o tobie, o metodzie, o okolicznościach - i każda z tych odpowiedzi prowadzi do innej pracy nad sobą. I jak długo siedzisz z tą niewiadomą, to zaczyna się ten ciężar, który opisywałam. Nie sama nieudana próba, ale ta rozbieżność interpretacyjna, która nie daje się rozwiązać.
Zorka dotknęła chyba sedna tego co mnie też meczy w praktyce. Zastanawiam się czy ta rozbieżność interpretacyjna - tak to chyba nalezy to nazwac - jest specyficzna dla magii, czy po prostu bardziej widoczna. Bo w zwykłym życiu też nie wiesz czemu coś poszło nie tak, ale jakoś to przeżywasz. Może to jest kwestia oczekiwań wobec siebie jako praktykującego?
Kostroma mówi o czymś co jest faktycznie bardziej psychologiczne niż praktyczne. I myślę, że to jest właściwy poziom tego wątku. Bo technicznie można zapisywać, porównywać, budować systemy weryfikacji. Ale jeśli emocjonalnie każdy błąd jest dowodem twojej niewystarczalności, to żaden system nie pomoże, bo interpretacja błędu przez pryzmat wstydu jest szybsza niż jakikolwiek protokół analityczny.
To co mówi Kostroma o traktowaniu nierozumienia jako niekompetencji - to jest chyba centralny problem. I mam wrażenie, że część osób wpada w to przez sposób w jaki magia jest prezentowana, jakby była dziedziną, gdzie ktoś 'wie' albo 'nie wie'. A nie jak coś, gdzie rozumienie jest zawsze częściowe i kontekstualne.
Kostroma wspomniała coś co mnie zatrzymało. Jeśli ten krytyczny głos jest starszy niż praktyka, to uczenie się z błędów w magii jest częściowo uczeniem się z błędów w ogólnym sensie. I może dlatego jest takie trudne - bo uderza w coś co nie zaczęło się od rytuału.
Właśnie to mnie trapiło kiedy zaczynałam ten wątek. Ten głos który mówi 'zepsułaś' albo 'nie umiałaś' - on nie mówi językiem magii, on mówi językiem wstydu. I to jest zupełnie inny problem niż 'jak poprawić technikę'.
Ale to mnie zastanawia - czy to znaczy że zanim człowiek będzie w stanie sensownie się uczyć z błędów w praktyce, musi najpierw jakoś przepracować ten głos? Bo to by oznaczało że praca z magią i praca nad sobą są dużo bardziej splątane niż mi się wydawało.
To co Mimoza mówi ma sens, ale praktycznie jak to wygląda? Mam na myśli - jak przy konkretnym błędzie odróżnić czy to jest informacja o praktyce, czy to ten stary głos który się przypiął? Bo z zewnątrz brzmi to samo.
Anastazja, to jest ciekawe rozróżnienie. Ale co jeśli te dwie rzeczy są już zlane ze sobą? U mnie przez długi czas każdy konkretny błąd automatycznie stawał sie dowodem na to jaka jestem. Nie byłam w stanie zatrzymać sie na 'skupienie było za krótkie' bez dochodzenia do 'bo ty nigdy nie potrafisz się skupić'.
Krysztal, ale to oddzielenie - czy ono jest możliwe do zbudowania celowo? Bo brzmi jak coś co albo masz albo nie. Albo jesteś w stanie patrzeć na swój błąd bez bólu, albo nie jesteś. Nie wiem czy można to trenować.
Pyromanta84 pyta o coś co mnie też nurtuje. Bo znam osoby które mają to oddzielenie naturalnie i osoby które nad tym pracują latami. I szczerze mówiąc nie wiem czy pracujący dochodzą do tego samego miejsca co ci którzy mają naturalnie. To może być coś strukturalnie innego.
Seba ma rację że to pewnie spektrum. Ale to rodzi inne pytanie - czy jest jakiś minimalny poziom tego oddzielenia, poniżej którego uczenie się z błędów staje się szkodliwe zamiast pomocne? Mam na myśli sytuacje gdzie ktoś analizuje błąd i wychodzi z analizy gorzej niż wszedł.
