Ostatnio mocno wciągnęłam się w temat praktyk ochronnych z różnych epok i zastanawiam się, ile z tego, co robimy dziś, to faktycznie żywa tradycja, a ile to rekonstrukcja oparta na fragmentach. Piszę o symbolach ochronnych, bo tam widać to najlepiej - weźmy choćby hamsa. Pojawia się w kulturze semickiej, berberyjskiej, w islamie jako "ręka Fatimy", w judaizmie jako "ręka Miriam". Ale te znaczenia nie są tożsame, każda z tych tradycji robiła z tym symbolem coś trochę innego. I teraz pytanie - czy kiedy ktoś dziś wiesza hamsę nad drzwiami, to w ogóle korzysta z jakiejkolwiek z tych tradycji, czy to już jest osobna, nowa warstwa?
To jest dokładnie ten problem, który mam z połową symboli ochronnych dostępnych w sieci. Brakuje kontekstu. Sama pracuję z runami i tam jest podobnie - Algiz na przykład jest dziś sprzedawana jako "symbol ochrony" i tyle. A jeśli patrzysz na starsze zapisy, na Younger Futhark, na kontekst runicznych inskrypcji na kamykach ze Szwecji czy Danii, to tam funkcja ochronna była bardzo konkretna, przypisana do konkretnych sytuacji, nie do ogólnego dobrostanu. Właśnie ta konkretność mnie zawsze zastanawia - czy nie tracimy czegoś ważnego, spłaszczając to?
Słucham tej rozmowy i trochę się gubię w tym, czy mówimy o symbolach jako o znakach kulturowych, czy o ich faktycznym działaniu. Bo to dwa różne pytania, nie? Mnie bardziej interesuje to drugie - czy ktoś ma jakieś doświadczenie z konkretnym symbolem ochronnym z historycznej tradycji, który robił to, co miał robić, niezależnie od tego, czy znał jego pełen kontekst kulturowy?
Czytam i zastanawiam się - jak w ogóle weryfikować, że jakaś praktyka ochronna z dawnej kultury jest autentyczna? Bo internet jest pełen "starożytnych symboli ochronnych", które ktoś wymyślił trzy lata temu. Jak odróżnić jedno od drugiego?
Ja bym dorzuciła do tej rozmowy coś o mezopotamskich lamassu i apotropaicznych figurkach, bo to jest chyba jeden z najlepiej udokumentowanych systemów ochrony magicznej, jaki znamy. Asyryjczycy i Babilończycy dosłownie zakopywali pod progami domów i świątyń gliniane figurki - pazuzu, lew-gryf, postaci wojowników - z konkretnymi inskrypcjami klinowymi. Mamy tablice z opisem rytuałów wznoszenia budynków, gdzie każdy etap miał swoje zaklęcie i swój obiekt. To jest system, nie zbiór luźnych symboli.
Po angielsku też niezbyt. Część jest dostępna przez projekt ETCSL z Oxfordu, ale to głównie literatura i hymny, nie teksty rytualne. Te rytualne są w dużej części wciąż w opracowaniach akademickich, nie w popularnych przekładach. Tzn. Maqlu - serię zaklęć anty-czarów - można znaleźć w tłumaczeniu Tzvi Abusha, ale to nie jest coś, co leży w każdej bibliotece.
Przepraszam, że wchodzę z boku, ale to co napisałaś o tych figurkach zakopywanych pod progami - czy to ma jakiś związek z europejskimi zwyczajami zakopywania rzeczy w fundamentach? Bo kiedyś czytałam coś o staroangielskich "witch bottles" i że też były zakopywane.
Gadacie o Wicce i Gardnerze, ale to jest akurat przykład, gdzie mamy dokumentację tego, jak tradycja powstaje. Ciekawszy jest dla mnie przypadek Grimoirów - Klucz Salomona, Lemegeton, Picatrix. To są teksty, które łączą arabską astrologię, żydowską kabałę, grecką magię Papirusów i późnoantyczny neoplatonizm. Powstawały w średniowieczu, ale sięgają po materiały z różnych epok i kultur. I nikt nie udaje, że to jest monolityczna tradycja z jednego źródła. To jest jawny synkretyzm i to jest właśnie archeomagia w praktyce - bierzesz z tego co jest, budujesz coś nowego.
Chciałem zapytać o coś praktycznego w kontekście tej rozmowy. Mówimy dużo o symbolach ochronnych z różnych tradycji - Mezopotamia, runy, hamsa, Vegvisir. Ale czy ktoś z was pracował z kilkoma takimi tradycjami jednocześnie? I czy to się nie gryzie? Mam na myśli - czy nie było momentu, że jeden system "przeszkadzał" drugiemu, albo że musieliście wybrać?
Dobre pytanie, ale jest jedna różnica - oni żyli w tamtych kulturach organicznie, nie wybierali ich z zewnątrz jako systemy. Dla nich obecność ibisa i penata w jednym pomieszczeniu była spójna, bo oboje byli częścią ich codziennej rzeczywistości. Czy my możemy mieć tę samą organiczność wybierając coś z egipskiej kosmologii, do której nie mamy żadnego biologicznego ani kulturowego wejścia?
Słucham tej rozmowy o ciągłości i geografii i mam trochę inne zdanie. Picatrix, o którym mówiła Shangie wcześniej, był przez wieki stosowany przez ludzi, którzy nie mieli żadnego związku z kulturami, z których pochodzi - ani arabską, ani babilońską, ani grecką. I działał, przynajmniej w ich przekonaniu. Magowie renesansu nie pytali, czy mają "prawo" do talizmanów planetarnych Hermesa Trismegistosa.
Wracając do tego, o czym mówiłam z tymi figurkami mezopotamskimi - to mnie uderza w tej dyskusji, że cały czas szukamy jakiejś jednorodności tradycji, podczas gdy Asyryjczycy sami byli eklektyczni. Maqlu zawiera zaklęcia skierowane do bogów, których imiona są wyraźnie obce dla akadyjskiego kręgu. Oni inkorporowali i adaptowali.
Ta rozmowa o doświadczeniu kontra interpretacja to jest coś, z czym archeomagia zmaga się strukturalnie. Mamy symbol, mamy historyczny kontekst, mamy technikę wykonania - ale brakuje nam praktyki ciągłej, kogoś kto by powiedział "to jest właśnie to, o co chodzi". I każdy rekonstruuje na własną rękę, co oznacza, że mamy tysiące jednostkowych doświadczeń, które trudno porównać.
Przepraszam, że wchodzę z boku, bo nie znam Maqlu tak jak wy - ale ten āšipu, to był coś w rodzaju specjalisty od zaklęć? Czy bardziej kapłan uzdrowiciel?
Pracowałam z rekonstruowanymi formularzami ze złotych tabliczek orfickich - tych laminellek, które znajdowano w grobach w południowych Włoszech. Są krótkie, mają wyraźną strukturę dialogu - dusza mówi do straży przy źródle Mnemosyne. Próbowałam tego jako medytacji ukierunkowanej, nie jako rytuału w sensie ceremonialnym. I jest w tym coś, co trudno opisać inaczej niż że tekst ma swoją logikę wewnętrzną - wiedziesz go i on cię gdzieś prowadzi.
Złote tabliczki orfickie - słyszałem nazwę, ale nie wiedziałem, że to były dialogi. Myślałem, że to raczej rodzaj amuletu, nie tekstu do recytowania.
To co Shangie mówi o jedności przedmiotu i tekstu - to jest coś, co w tradycjach runicznych jest właściwie fundamentem. Runy nie były "zapisem" magii, były samą magią w formie materialnej. Ale tutaj jest problem, który mnie niepokoi bardziej niż brak ciągłości - mianowicie to, że większość runicznych tekstów źródłowych, które przetrwały, to inskrypcje, a nie instrukcje. Nie wiemy, jak ich używano. Wiemy, że były. Rekonstruujemy użycie na podstawie sag, Eddyi i bardzo szczątkowych informacji.
To jest bardzo konkretna obserwacja. W tekstach asyryjskich jest kategoria zwana namburbû - rytuały prewencyjne, które wykonywało się regularnie, nie tylko przy zagrożeniu. Były zintegrowane z kalendarzem. Maski przy progu były odnawiane, nie trwałe. Może właśnie tego nam brakuje w podejściu do archeomagii - myślimy o symbolu jako o przedmiocie, a nie o procesie.
To jest coś, nad czym też się zastanawiałam przy tabliczkach orfickich. Tam nie ma kalendarza wprost, ale jest wyraźne osadzenie w momencie śmierci - tekst jest napisany pod konkretne przejście. Kiedy próbujesz użyć go jako medytacji za życia, automatycznie zmieniasz jego oś czasową. I nie wiem, czy to problem, czy po prostu inna praca z tym samym materiałem.
A jak ty to odczułaś w praktyce? Czy ta zmiana osi dawała inne efekty, czy raczej tę samą jakość doświadczenia, tylko w innym kontekście?
Właśnie - i tu wychodzi granica między rekonstrukcją a analogią. Przy namburbû mamy przynajmniej teksty wskazujące, kiedy rytuał był przewidziany. Wiemy, że niektóre były powiązane z zaćmieniami, inne z określonymi dniami kalendarza. To daje jakiś punkt orientacyjny. Przy orfizmie ten punkt jest mniej jasny. Czy ktoś wie, czy są badania dotyczące sezonu lub okresu, w którym laminellae były częściej deponowane?
Słuchajcie, bo trochę się gubię - czy te tabliczki były robione na zamówienie dla konkretnego człowieka przed śmiercią, czy to było coś, co rodzina kupowała po fakcie? Bo to by zmieniało, kto miał inicjację w ten tekst.
Ta pusta przestrzeń na imię - to brzmi niepokojąco nowocześnie. Prawie jak formularz.
Nie wiem czy "niepokojąco", bo analogii do formularzy w tekstach antycznych jest sporo. W PGM też są takie miejsca - "wpisz tutaj imię osoby" albo "dodaj tutaj właściwy kamień w zależności od bóstwa". To raczej pokazuje, że magia miała warstwę rzemieślniczą, gdzie ktoś znał szkielet, a konkretyzacja była zmienna.
To jest sensowne podejście, ale rodzi pytanie praktyczne - skąd wiesz, że dobrze zidentyfikowałeś, co jest szkieletem, a co parametrem? Możesz się mylić i usunąć coś, co było kluczowe, myśląc, że to detal.
To trochę tak jak z rekonstrukcją muzyki antycznej. Wiemy jak wyglądały instrumenty, mamy fragmenty notacji, znamy teorię harmonii, ale nie wiemy jak to brzmiało w przestrzeni, w tempie, z jakim oddechem. Możemy zbudować coś wiarygodnego, ale nie możemy zbudować czegoś oryginalnego.
Ale czy to jest problem? Znaczy - słucham tej dyskusji i mam wrażenie, że część z was zakłada, że "oryginalnie" było lepiej albo bardziej skutecznie. A może po prostu było inaczej i tyle?
