Mam 54 lata i od jakiegoś czasu zmagam się z poważną chorobą. Lekarze mówią, co mówią, ja zaś chcę się przygotować duchowo - na swój własny sposób. Interesuje mnie praca z kamieniami właśnie w tym kontekście: medytacja nad przemijaniem, oswajanie się z myślą o śmierci, ale nie ze strachu, tylko z intencją spokoju i akceptacji. Czy ktoś ma doświadczenie z takim zastosowaniem litoterapii? Szukam konkretów, nie ogólników o 'kamieniach śmierci'. Czakra korony, obsydian, ametyst - coś z tym pracowałam, ale nie wiem czy dobrze to ustawiam.
To bardzo odważny temat i cieszę się, że go poruszyłaś, bo rzadko się o tym mówi wprost. Obsydian to dobry kierunek jeśli chodzi o konfrontację z tym, czego się boimy - ale przy długotrwałej pracy z ciężką chorobą radziłabym go dawkować ostrożnie. On wyciąga dużo naraz. Mam pytanie: czy chodzi ci głównie o oswojenie emocjonalne, czy bardziej o jakieś poczucie 'gotowości' na poziomie energetycznym? Bo to dość mocno zmienia dobór kamieni.
Przy takim nastawieniu myślę o labradoryte. Nie dlatego, że jest 'kamieniem śmierci' - bo to banał - ale dlatego, że pracuje z progami i przejściami, a jednocześnie nie odrywa od ziemi tak jak ametyst. Próbowałaś kiedyś z nim?
Mam inne podejście. Czarny turmalin przy pracy z takimi tematami działa u mnie lepiej niż obsydian - jest stabilizujący, ale nie blokuje. Obsydian jest dla mnie zbyt agresywny przy długich medytacjach, a przy chorobie ciało i tak ma za dużo do przetworzenia. Jarzebinka, jak długo trwają twoje sesje? Bo to też ma znaczenie przy doborze.
Ja przy medytacjach leżących kładę kamień na klatce piersiowej albo na czole i z reguły to działa lepiej niż trzymanie w dłoniach, bo nie muszę się skupiać na tym żeby nie upuścić. Przy czakrze korony - na samym czubku głowy jest trudno, więc kładę tuż powyżej czubka, dosłownie kilka centymetrów od głowy na poduszce. Jarzebinka, czy próbowałaś charoit? On jest z reguły polecany przy akceptacji śmierci i nie jest tak 'wciągający' jak obsydian.
Zatrzymam się przy tym tybetańskim wątku - bo to mit który krąży w internecie. Tybetańska tanatos-praca opiera się głównie na Księdze Umarłych i nie ma w niej kamieni jako centralnego elementu. Charoit to XX-wieczne odkrycie, więc żadnego historycznego tybetańskiego zastosowania po prostu nie było. To nie znaczy, że kamień jest bezużyteczny w tej pracy - ale uzasadnienie przez 'starożytne tradycje' jest tutaj wątpliwe. Lepiej ufać własnym doświadczeniom niż takim opowieściom.
Ten paradoks który opisujesz - zakorzenienie i jednoczesna gotowość odejścia - wydaje mi się sercem całej tej pracy. Ja bym nie rozdzielała tego na osobne sesje. Może właśnie połączenie kamienia uziemiającego z czymś przy koronie ma sens? Hematyt albo kwarc dymny u stóp, charoit lub labradoryt przy głowie. Chodzi o to, żeby ciało czuło się bezpiecznie podczas gdy świadomość 'ćwiczy' to przejście.
Słucham tej rozmowy od początku i mam inne pytanie do Jarzebinki: czy w tych medytacjach chodzi ci o wizualizację własnej śmierci, czy raczej o stan umysłu - akceptację, spokój? Bo to są dwa różne podejścia i kamienie mogłyby być dobrane inaczej do każdego z nich.
To pytanie na końcu jest według mnie najważniejsze w całym wątku. Kamienie mogą wspierać, tworzyć przestrzeń, ułatwiać skupienie - ale sama praca z akceptacją to jednak coś, co dzieje się w tobie, nie w kamieniu. Mówiąc to nie umniejszam litoterapii, sama pracuję z kamieniami od lat. Ale widziałam osoby, które skupiały się tak bardzo na doborze kamieni, że omijały właściwą pracę wewnętrzną. Jarzebinka, czy masz kogoś do rozmowy przy tym - czy robisz to całkowicie sama?
A nie pomyślała ktoś o selenicie przy czakrze korony? Ja mam wrażenie że selenit robi dokładnie to o czym mówi Jarzebinka - daje takie czyste, spokojne otwarcie bez agresywnego 'wyciągania'. Obsydian jest dobry do oczyszczeń, ale do takiej subtelnej pracy na spokój to może nie najlepszy wybór.
Właśnie wróciłam do myśli Placydy i chcę ją rozwinąć, bo wydaje mi się kluczowa. Kamień to nie jest sprawca akceptacji - zgadzam się z tym. Ale może być czymś w rodzaju kotwicy dla uwagi. Kiedy leżę z charoitem na klatce piersiowej i wiem, że on tam jest, to mój umysł ma gdzie wracać, kiedy zaczyna uciekać w panikę. Czy to nie jest wystarczający powód, żeby go używać?
Słuchając tej wymiany o selenicie i ametyście, myślę o czymś innym. Czy wy w ogóle czyścicie kamienie między sesjami, kiedy praca jest tak obciążona tematycznie? Pytam, bo przy tej konkretnej intencji kamień może zbierać dużo ciężkiej energii i następna sesja zaczyna się z tym bagażem.
Przepraszam, że się wtrącę z pytaniem podstawowym, ale co to znaczy 'czyścić energetycznie'? Czy to wystarczy położyć na słońce albo przy kwarcu? Bo to się pojawia w wielu wątkach i nie jestem pewna czy dobrze rozumiem.
Odpowiadając na pytanie Zenobii: czyszczę różnie, zależy od kamienia. Ale szczerze - przy tej pracy jeszcze nie wypracowałam rytuału czyszczenia, bo sama praktyka jest nowa. To chyba kolejna rzecz, którą muszę świadomie przemyśleć, a nie robić automatycznie jak dotąd.
Myślę, że to co powiedziała Jarzebinka o automatyzmie jest bardzo istotne. Kiedy praktyka jest stara i oswojona, robimy dużo rzeczy nawykowo. A tutaj wszystko jest nowe - temat, stan ciała, intencja. Może właśnie to 'nieprzepracowanie' rytuału czyszczenia jest warte uwagi, bo każda sesja zaczyna się świeżo, bez nawarstwiania.
Wracam do kwestii fizycznej, bo trochę zeszliśmy. Jarzebinka mówiła o 20 minutach i leżeniu. Czy ktoś próbował używać więcej niż jednego kamienia podczas jednej sesji w tej pozycji? Kombinacja uziemiającego przy stopach i czegoś przy koronie - ale martwię się o logistykę kiedy nie można swobodnie się poruszać.
Czytam od początku i mam jedno małe spostrzeżenie. Dużo mówimy o kamieniach i pozycji, ale prawie nikt nie wspomniał o dźwięku. Czy ktoś łączy medytację z tym tematem z dźwiękiem mis albo intonacją? Zastanawiam się czy to nie byłoby dodatkowe wsparcie, zwłaszcza kiedy sesja jest krótka.
Wchodzę w tę rozmowę bo mam pytanie, które chodzi mi po głowie od kilku postów. Czy ktoś z was rozmawiał z kimś bliskim o tej praktyce? Nie mówię o psychologu ani lekarzu - mówię o kimś w rodzinie albo przyjacielu. Pytam, bo wydaje mi się, że taka praca robi się łatwiejsza albo trudniejsza w zależności od tego, czy jest się z nią całkowicie samą.
Pytałam o bliskich i cisza - rozumiem to. Ale właśnie dlatego pytam. Jarzebinka, czy ktokolwiek w twoim otoczeniu wie, co robisz? Nie mówię o akceptacji ani wsparciu - po prostu czy ktoś wie?
Jedna osoba. Córka. Wie że medytuję z kamieniami, wie mniej więcej o intencji. Nie wchodzi w szczegóły i ja jej nie narzucam. To wystarczy - ktoś wie, że to się dzieje. Nie jestem z tym sama, choć jestem w tym sama, jeśli rozumiesz różnicę.
Mam. Wie, że sesje trwają do 30 minut, i wie żeby sprawdzić jeśli mnie nie ma dłużej. To jest ustalone. Ale dobrze, że o tym piszecie, bo to jest rzecz, którą powinien mieć każdy kto robi coś takiego w samotności - nie tylko ja.
To bardzo mądre i cieszę się, że to masz. Wracając do wcześniejszego wątku o kamieniach przy stopach - zastanawiam się nad czymś innym. Skoro pozycja jest ważna i masz ograniczony ruch, czy kiedykolwiek próbowałaś ułożyć kamienie nie na sobie, tylko wokół siebie? Jak krąg?
Krąg brzmi ciekawie, ale mam pytanie praktyczne: czy przy niskiej podłodze i trudności z ruchem samo ułożenie kręgu nie jest już wysiłkiem? Jarzebinka pisała o przygotowaniu przed sesją - ile czasu to zajmuje i czy samo przygotowanie nie wyczerpuje zanim zaczniesz?
Można ułożyć krąg przed sesją, kiedy jeszcze masz pełną sprawność ruchową, a potem po prostu się w niego położyć. Kamienie nie muszą leżeć blisko ciała - mogą być w odległości pół metra, nadal tworzą przestrzeń. Pytanie tylko, jakie kamienie do kręgu przy tej konkretnej intencji?
Ja bym tu uważał z łączeniem zbyt wielu kamieni w jednej sesji o takiej intencji. Ostatnio próbowałem turmalin plus kwarc i wyszedł z tego dziwny rozproszony stan - żaden, żadne z tych odczuć nie było wyraźne. Może przy tej pracy lepiej mniej?
Przepraszam za pytanie z boku, ale nie rozumiem jednej rzeczy. Piszecie o 'gotowości przed sesją' - co to konkretnie znaczy? Czy to jest coś, co się robi, czy coś, co się sprawdza w sobie? Bo brzmi jakby miało znaczenie, ale nie wiem jak to ocenić.
Tak, są. I to jest chyba jedna z ważniejszych rzeczy, których się nauczyłam przy tej pracy. Nie każdy dzień nadaje się na to pytanie. Kiedy jestem fizycznie mocno zmęczona albo kiedy coś akurat boli bardziej niż zwykle - odkładam. Kamienie czekają. Temat też czeka. Nie ma terminu.
