Właściwie nie wiem, od czego zacząć bo ta pierwsza sesja trochę mnie zaskoczyła. Kupiłam talię Rider-Waite, bo wszyscy polecają akurat tę dla początkujących. Usiadłam wieczorem, zapatrzyłam się w te karty i zaczęłam tasować. Zapytałam o coś konkretnego, co mnie wtedy nurtowało, ciągnęłam trzy karty i kompletnie nie wiedziałam co z nimi zrobić. siedziałam z książką i katalogiem znaczeń i po godzinie miałam jeszcze większy mętlik niż przed. ale coś w tym było... jakieś dziwne uczucie, że to nie jest losowe. Zastanawiam się jak wy pamiętacie swoje pierwsze razy. Czy od razu coś poczuliście, czy to była raczej nauka na sucho?
U mnie pierwsze czytanie to był totalny chaos i szczerze nie rozumiem, dlaczego wszyscy piszą, że Rider-Waite jest taki oczywisty dla początkujących. Dla mnie był przytłaczający. Za dużo szczegółów na każdej karcie, za dużo symboli, które nic mi nie mówiły. Dopiero po kilku miesiącach zaczęłam faktycznie rozmawiać z kartami zamiast szukać odpowiedzi w książce. Ale mam pytanie do ciebie, bo to ważne na początku. czy ciągnęłaś te karty z pytaniem otwartym, czy bardzo konkretnym? Bo to diametralnie zmienia to, co potem z nimi robisz.
Mnie zastanawia jedno. Czy nie jest tak, że te "uczucia" podczas pierwszego czytania to po prostu efekt tego że sami narzucamy znaczenie temu, co widzimy?? Mózg szuka wzorców, tasowanie to losowość, a my potem dopasowujemy karty do sytuacji. Pytam szczerze, bo sama nie wiem co myśleć o tarocie. Chętnie przeczytam jak wy to odczuwacie bo może czegoś mi brakuje.
Pierwsze czytanie miałam dokładnie tak samo, książka obok, szukam znaczeń, nic się nie klei. Dopiero ktoś mi powiedział, żeby przez pierwsze tygodnie w ogóle odkładać książkę i po prostu patrzeć na obrazek. Co widzisz, co czujesz, co pierwsze przychodzi do głowy. Dla mnie to był przełom. Choć przyznam szczerze że przy konkretnych pytaniach o relacje to się trochę różni bo tam emocje bardzo łatwo "dopowiadają" to czego się chce usłyszeć.
A skąd wiecie w ogóle czy wasze pierwsze czytanie było "prawidłowe" :)? no dobra nie ma chyba żadnego sposobu żeby sprawdzić czy dobrze odczytaliście karty, prawda? Mnie to właśnie blokuje, zanim zacznę, bo boję się że zrobię coś źle i wyciągnę złe wnioski
Ja wchodziłem od strony astrologii, więc wiedziałem ze każda karta ma przypisania astrologiczne i to był mój punkt wejścia. Pierwsze czytanie robiłem właśnie przez ten filtr, co kompletnie zmieniło odbiór. Ale mam wrażenie że to też nie jest dobra droga na sam start bo zamiast skupić sie na karcie, skupiałem się na szukaniu powiązań. Co oznacza że znowu odpłynąłem od obrazka.
Moim zdaniem te pierwsze czytania są ważne głównie jako kalibracja czakry sercowej na energię talii. Jeśli podczas tasowania nie czujesz przepływu przez dłonie, to znaczy, że karta jeszcze nie jest twoja... Dlatego wielu wróżbitów "śpi" z nową talią przez kilka nocy. To nie jest mit, to naprawdę działa na połączenie energetyczne.
Ja w ogóle nie wiedziałem co robię przy pierwszym czytaniu. Kolega mi pokazał jak tasować, dał mi jakieś znaczenia z pamięci i powiedział żebym ciągnął trzy karty. Wyszło coś strasznego, Wieża, Diabeł i odwrócona Dziesiątka Mieczy. Siedziałem z tym przez tydzień. Dopiero potem ktoś mi wytłumaczył ze pojedyncze karty bez kontekstu i układu to tylko fragmenty, nie wyrok. Ale szczerze, to mnie zniechęciło na dobre pół roku...
Czytam tę rozmowę i jestem ciekawa jednego. Czy tarot wymaga jakiegoś przygotowania zanim w ogóle zaczniesz, medytacji, oczyszczenia, czegoś takiego? Pytam bo z astrologią to po prostu wchodzisz, masz dane, masz narzędzia, liczyłaś i gotowe. Tutaj mam wrażenie, że jest dużo więcej "miękkiego" przygotowania.
przepraszam za głupie pytanie ale jak w ogóle wiadomo kiedy skończyć tasować? Serio nie wiem, bo słyszałam różne rzeczy, jedni mówią do intuicji, inni że konkretna liczba razy, a jeszcze inni że karty same wypadają. eh jak wy to robicie na co dzień ;)?
Właściwie zastanawiam się czy to pytanie o pierwsze czytanie nie zasłania czegoś ważniejszego :). Lilijka01 napisała na początku, że jej życie zaczęło się czuć jak jeden wielki rytuał. I teraz patrzę na tę całą rozmowę i myślę, że może warto się przy tym zatrzymać... Bo pierwsze czytanie to jedno, ale co się dzieje, kiedy karty przestają być czymś, po co sięgasz okazjonalnie, a stają się czymś, bez czego nie możesz zrobić kroku? Ktoś to czuł?!
Właśnie o to mi chodziło od początku, tylko nie umiałam tego ułożyć w słowa. serio teraz tasuje rano, wieczorem sprawdzam czy coś się zmieniło, jak mam jakiś dylemat to zamiast po prostu myśleć, sięgam po karty. I gdzieś mi umknął moment, w którym to się zaczęło. Czy to w ogóle normalne na początku?
To jest bardzo uczciwe pytanie i dobrze że je stawiasz. powiem ci tak, ten etap intensywnego sięgania po karty przy każdej okazji to coś, przez co przechodzi dużo osób. Ale jest różnica między etapem a nawykiem, który zaczyna cię obciążać :(. Jak ty sama to czujesz? Czy to ci pomaga czy raczej nakręca?
To ma nawet swoją nazwę, niektórzy mówią na to "spirala pytań". no i jest to sygnał, że coś nie gra, ale nie z kartami, tylko z tym, czego szukasz. Karty nie dają pewności, nigdy nie będą dawać pewności, i jeśli po nie sięgasz właśnie po pewność, to rzeczywiście możesz się w tym zakręcić bez wyjścia.
To co opisujecie wynika często z nieoczyszczonej przestrzeni energetycznej między sesjami. no jeśli nie zamykasz czytania rytuałem, energia pytania zostaje otwarta i naturalnie ciągnie do kolejnego sięgnięcia po karty. Dlatego tak ważne jest kończenie sesji, na przykład przykrywanie talii materiałem, zapalenie i zgaszenie świecy.
To jest bardzo ważna obserwacja :). Ten moment "wow, to jest trafne" to jednocześnie moment, w którym łatwo przekroczyć granicę między traktowaniem kart jako perspektywy a traktowaniem ich jako jedynej prawdy. I potem każda kolejna karta musi być tak samo trafna, a jak nie jest, sięgasz po kolejną.
Słyszę to i trochę mi serce ściska, bo rozumiem to uczucie. Sama przez jakiś czas sprawdzałam każdy wyjazd, każde spotkanie, każdy zakup niemal. Wychodziłam z tego stopniowo i szczerze nie polecam drogi przez zakazy, bo to nie działa długoterminowo. Pomogło mi przestawienie pytania, zamiast "czy mam to zrobić", zaczęłam pytać "co chcę z tego wynieść". Zupełnie inne czytania.
To co opisujesz, to nie jest już tylko kwestia częstości czytań. to jest coś, co można by nazwać nadpisaniem naturalnych reakcji przez schemat interpretacyjny. Mam pytanie czy pamiętasz kiedy ostatnio poczułaś coś, cokolwiek, i nie przyszło ci do głowy żadne powiązanie z kartami?
I to jest odpowiedź, której nie dawały ci karty, a właśnie powiedziałaś ją sama, bez żadnego czytania.
Trochę mnie niepokoi kierunek tej rozmowy, bo zaczynamy mówić do Lilijki01 tak, jakbyśmy wiedzieli, że ma problem, który trzeba naprawić. ej a może ona po prostu przechodzi etap głębokiego angażowania się i to samo się wyreguluje?! Czy naprawdę zawsze musimy to patologizować?
To zdanie o tym że powiedziałam sobie coś ważnego bez żadnej karty, chodzi za mną od kilku dni. Może rzeczywiście chodzi o to, żeby na chwilę odłożyć talię i sprawdzić, co zostanie, kiedy jej nie ma. no ale nie mam pewności czy to jest odpowiedź, czy tylko wygodna ucieczka. Jak wy to rozróżniacie - kiedy odłożenie kart jest krokiem naprzód, a kiedy zwykłym unikiem?
