Jest jeszcze jeden wymiar, o którym nie mówiliśmy. Przy spotkaniach grupowych zdarza się, że ktoś ciągnie kartę i odczyt jest neutralny, ale inna osoba przy stole zaczyna go przejmować na siebie. Nie mówi nic głośno, ale prowadząca, jeśli jest uważna, czasem to widzi po twarzy albo po tym, jak ktoś nagle milknie. Co wtedy?
Słucham tej rozmowy i mam wrażenie, że bardzo dużo zależy od prowadzącej. A co jeśli spotkanie jest po prostu nieformalne, między znajomymi, i nie ma żadnej prowadzącej jako takiej? Każda ciągnie karty dla siebie albo nawzajem?
To ciekawe, że więcej uwagi w tej rozmowie poświęcamy temu, kiedy nie robić grupowych odczytów, niż temu, jak je robić dobrze. Czy ktoś ma przykład spotkania grupowego z kartami, które naprawdę zadziałało, zwłaszcza gdy ktoś był w trudniejszym miejscu?
Właśnie to jedno zdanie na początku wydaje mi się czymś, co mogłabym wprowadzić u siebie. Proste, nienachalne, ale dające jakiś sygnał. Martwię się tylko o jedno: czy to nie sprawia, że ktoś czuje się zobowiązana do szczerości, kiedy wcale nie chce być szczera w tej chwili?
To pytanie o zobowiązanie do szczerości jest ważne. Ale chyba trochę odwracamy tu problem. Jedno zdanie na początku nie musi być szczere w sensie pełnego otwarcia się. Może być zupełnie ogólne. 'Szukam spokoju' albo 'chcę popatrzeć na bieżący miesiąc'. I to też daje prowadzącej sygnał, że ktoś jest raczej w trybie obserwacji niż eksploracji. Czy to nie wystarczy?
Słyszę w tym coś, co faktycznie mogłoby zadziałać. Bo mi wtedy chodziło właśnie o to, żeby nikt nie wchodził w moją sytuację. Gdyby ktoś powiedział tylko 'okej, szukasz spokoju, zostanę z boku', to by mi wystarczyło. Nie potrzebowałam rozmowy, tylko żeby ktoś wiedział, że nie ciągnąć.
Zmiana celu to coś, z czym się zmagam przy planowaniu moich spotkań. Bo przychodzę z myślą, że każda osoba wyciągnie kartę i coś z niej weźmie. A może powinnam planować to bardziej jako wspólne doświadczenie niż zbiór indywidualnych odczytów? Tylko jak to wtedy wygląda w praktyce?
Nie pomyślałam o tym, żeby chować nazwę karty. Czy to jest coś, co się faktycznie robi? Bo wtedy czytasz obrazek, nie znaczenie. To chyba zupełnie inna praca?
Próbowałam czegoś podobnego kilka miesięcy temu. Wzięłyśmy jedną kartę, każda opisała co widzi bez żadnych słów kluczowych dotyczących tarotu. I wyszła z tego rozmowa, której się nie spodziewałam. Jedna z uczestniczek powiedziała coś o figurze na karcie, co dotknęło ją samą w zupełnie innym kontekście niż karta. Ale to wyszło naturalnie, nikt jej nie pytał.
Słucham i zastanawiam się, czy ta różnica między 'moja karta' a 'nasza karta' jest właśnie kluczem do bezpiecznego spotkania przy stracie albo trudnym czasie. Bo jeśli nikt nie jest właścicielką odczytu, to nikt nie jest też pod presją, żeby go zakończyć jakimś wnioskiem.
Rozmarynka, a czy mówisz uczestnikom przed spotkaniem, że odczyt może nie dać odpowiedzi? Bo to może być właśnie to miejsce, gdzie nastawienie się kształtuje albo nie kształtuje.
To jest kwestia kontrastu między obietnicą a doświadczeniem. Jeśli ktoś przychodzi z przekonaniem, że tarot odpowiada, a ty mówisz, że nie musi, ale forma spotkania nadal sugeruje, że każda karta prowadzi do wniosku, to słowa nie wygrają z formą. Struktura rozmawia głośniej niż deklaracje.
To ciekawe rozróżnienie, ale zastanawiam się, czy ktoś kto przeżywa stratę i wyciąga kartę, w ogóle słyszy, jak sformułowane jest pytanie? Bo może jest wtedy tak głęboko w swoim, że forma przestaje mieć znaczenie.
Przy głębokim smutku często jest właśnie ta nadwrażliwość na ton, gesty, atmosferę. I dlatego moim zdaniem przy grupach, gdzie wiadomo, że ktoś jest w trudnym czasie, warto całą strukturę spotkania budować od tyłu, czyli zaczynać od pytania, czego ta osoba potrzebuje od spotkania, a nie od tego, jaką kartę wyciągnie.
Rozumiem ideę, ale mam wątpliwość. Kiedy prosisz grupę o 'jedno zdanie o nastawieniu', część osób powie prawdę, a część powie to, co jest bezpieczne. I ta osoba w trudnym czasie może powiedzieć 'szukam spokoju', a ty dalej nie wiesz, że potrzebuje czegoś zupełnie innego. Więc czy to naprawdę wyrównuje, czy tylko daje poczucie, że wyrównuje?
Dają się łączyć rundka nastawień i praca z jedną kartą dla grupy. To może być spójne, bo rundka buduje przestrzeń, a karta ją pogłębia. Natomiast praca z kartą bez nazwy przy jednoczesnym odczycie indywidualnym każdej osoby to już napięcie, bo jedna metoda zakłada wspólne doświadczenie, a druga zakłada indywidualne centrum.
U mnie to wyglądało tak, że robiłyśmy najpierw chwilę ciszy, każda brała oddech, a potem wyciągałyśmy jedną kartę dla grupy. Nikt nie musiał nic mówić od razu. Patrzyłyśmy na nią przez chwilę i dopiero potem ktokolwiek, kto chciał, mówił co widzi. Ta cisza przed była ważna, szczególnie kiedy któraś z nas miała gorszy dzień.
Zbieram to wszystko i mam wrażenie, że najważniejsza rzecz, którą z tej rozmowy wyciągam, to że format spotkania musi być spójny wewnętrznie. Że nie można mieszać metod, które zakładają coś innego. Tylko że teraz mam pytanie praktyczne, jak wyjaśnić uczestnikom, że spotkanie będzie inne niż myśleli? Bo część pewnie przyjdzie z oczekiwaniem, że wyciągnie kartę dla siebie.
Zbieram to wszystko i mam wrażenie, że najważniejsza rzecz, którą z tej rozmowy wyciągam, to że format spotkania musi być spójny wewnętrznie. Że nie można mieszać metod, które zakładają coś innego. Tylko że teraz mam pytanie praktyczne, jak wyjaśnić uczestnikom na początku, że dzisiaj pracujemy bez interpretacji, jeśli oni przyszli z konkretnym pytaniem do kart? Bo to może wywołać rozczarowanie zanim w ogóle zaczniemy.
To jest właśnie ten moment, gdzie forma komunikacji robi całą robotę. Ja mówię wprost: 'dzisiaj nie szukamy odpowiedzi, szukamy obrazów'. I widzę, że część osób odpoczywa na tym zdaniu, a część się zaciska. I ta reakcja już mówi mi, kto jest gdzie.
To rozwiązanie ma sens, ale zakłada, że osoba potrafi utrzymać pytanie przy sobie i jednocześnie patrzeć na obraz bez presji. Przy kimś w żałobie albo w ostrej fazie smutku to może być za dużo jednocześnie. Mam wrażenie, że rozmawiamy o spotkaniach z bardzo różnymi grupami jakbyśmy mówili o jednym formacie.
Ja bym powiedziała, że się da, ale tylko jeśli zrezygnujemy z porównywania. Kiedy każda pracuje z kartą po swojemu i nikt nie podsumowuje co karta 'znaczy', to osoba z ciekawości i osoba z bólem mogą być w tej samej przestrzeni bez kolizji. Problem zaczyna się przy odczycie zbiorowym, gdzie jedna interpretacja przykrywa wszystkie.
A co jeśli ktoś w grupie sam zacznie interpretować na głos, bez pytania? Bo wiem z własnych spotkań, że zawsze jest jedna osoba, która po prostu nie wytrzyma ciszy i zacznie tłumaczyć kartę innym.
Słucham tej rozmowy od dłuższego czasu i mam wrażenie, że cały czas krążymy wokół pytania Rozmarynki, ale nie odpowiadamy na nie wprost. Ona pyta jak to zrobić strukturalnie. Czy ktoś może powiedzieć konkretnie: krok po kroku jak wygląda takie spotkanie, które uwzględnia osobę w trudnym czasie?
Jedna kwestia, która mi się kręci w głowie od kilku postów. Mówicie o grupie jakby była jednorodna emocjonalnie. Ale przy stracie bywa tak, że jedna osoba jest w środku bólu, a inna jest już po, i te dwie są razem przy jednej karcie. Czy to nie jest samo w sobie napięcie, które trzeba jakoś zaadresować?
Osobne rundy przy jednej grupie to ciekawy pomysł, ale jak to technicznie wyglądałoby? Każda osoba ciągnie swoją kartę, czy każda runda ma inną kartę dla wszystkich?
Można to zrobić tak, że każda ciągnie swoją kartę, ale pracujecie z nimi jednocześnie w tej samej ciszy. Każda przy swojej, nikt nikomu nie wchodzi w odczyt. To też jest forma grupowego spotkania, tylko bardziej równoległa niż wspólna. U nas to działało przy trudniejszych tematach, właśnie dlatego, że każda miała własną przestrzeń i własne tempo.
