Ale czy to nie jest trochę zbyt subtelne, żeby planować wokół tego całą strukturę spotkania? Rozmarynka pyta o konkretne rozwiązanie dla konkretnej grupy. Wspólna cisza to piękna rzecz, ale jeśli ktoś jest w środku ostrego bólu, to czy obecność innych naprawdę wystarczy?
nie udawaj, bo wszyscy to poczują. Ale też nie etykietuj, bo to zamknie osobę w roli 'tej w żałobie'. Pytanie jest inne: czy ta osoba w ogóle chce być na spotkaniu grupowym? Czy sama o to poprosiła?
To jest kluczowe pytanie. Bo jeśli sama przyszła, to znaczy, że ma jakiś powód. Może potrzebuje bycia wśród ludzi bez konieczności tłumaczenia się. Tarot daje pretekst do bycia razem bez nacisku na rozmowę.
Mam wrażenie, że za dużo kładziemy na barki prowadzącej. Czy naprawdę prowadząca musi wiedzieć, kto jest w jakiej fazie i dostosowywać do tego strukturę? Może wystarczy stworzyć na tyle otwartą przestrzeń, żeby każda mogła w niej być po swojemu?
Zastanawiam się, czy to nie robi czegoś odwrotnego, tzn. czy takie ustawianie zasad przed spotkaniem nie uruchamia pewnego rodzaju czujności? Wchodzisz i już myślisz 'coś może mnie poruszyć, lepiej się pilnować'. Może to nie pomaga?
Wracam do pytania Rozmarynki o te dwie osoby po stracie w różnym czasie. Jedna kwestia mnie nie opuszcza: czy ta, która straciła dawno, może przypadkowo stać się niechcianym lustrem dla tej, która straciła niedawno? Że patrząc na siebie wzajemnie widzą różne etapy tej samej drogi?
Dobra, to chyba mam już jakiś zarys. Osobne karty dla każdej, wspólna cisza, minimalny komentarz prowadzącej, początkowe zdanie o tym że każda jest tu po swojemu. I żadnego podsumowania grupowego. Tylko mam jeszcze jedno pytanie: jak długa powinna być ta cisza na początku, zanim w ogóle ktokolwiek cokolwiek powie?
Cisza powinna trwać tyle, ile trwa. Nie żartuję. Jeśli narzucisz minuty, to znowu zaczyna działać stoper, a nie przestrzeń. Natomiast jeśli pytasz o praktykę, to z tego co obserwuję, coś między pięcioma a dziesięcioma minutami na jedną osobę przy karcie to minimum, żeby cokolwiek mogło się pojawić. Ale to zależy też od tego, ile osób masz w grupie.
Nas będzie pięć. Czyli przy dziesięciu minutach to już prawie godzina tylko na tę ciszę. Nie wiem czy to dużo czy mało, bo nie mam porównania z takim ustawieniem.
Mam wrażenie, że przy pięciu osobach wariant ze wspólnym stołem i jednoczesną ciszą ma jeszcze jeden efekt, którego nie wymieniliście. Słyszysz oddech innych, czujesz że nie jesteś sama w tym, co przeżywasz nad kartą. To może być bardzo konkretne fizycznie wsparcie, bez żadnych słów. Czy ktoś z was tego doświadczył?
My też się znamy, co może być i plusem i minusem. Plusem bo jest zaufanie, minusem bo czasem trudno nie zaglądać w to, co ktoś bliski przeżywa przy karcie. Mam jedną osobę, która bardzo chce pomagać i może mieć problem z nieinterweniowaniem, nawet w dobrej wierze. I teraz myślę, że może warto powiedzieć o tym wprost przed spotkaniem, bez wskazywania palcem na kogokolwiek.
