Mam pytanie do wszystkich, którzy regularnie używają tarotu w grupie. Chodzi mi konkretnie o sytuacje, gdy ktoś z grona przeżywa żałobę albo jest po stracie i właśnie wtedy spotykamy się i stawiamy karty. Byłam ostatnio na takim spotkaniu u znajomej, która straciła mamę kilka tygodni wcześniej. Siedziałyśmy w cztery osoby i zrobiło się bardzo ciężko, bo karty wychodziły jej naprawdę intensywne. Nie wiedziałam, czy przerywać, czy ciągnąć dalej. Jak wy to robicie? Czy w ogóle stawiać karty komuś, kto jest w środku żałoby?
To jest bardzo konkretne pytanie i cieszę się, że ktoś je wreszcie zadał. W grupie robi się inaczej niż jeden na jeden, bo jest świadek, jest presja, jest emocja zbiorowa. Mam jedno pytanie zanim cokolwiek powiem: czy ta znajoma sama chciała żeby postawić jej karty, czy to bardziej wyszło organicznie podczas spotkania?
Desperacja to bardzo ważne słowo, które tu padło. W grupie ten stan jest jeszcze bardziej widoczny, bo reszta osób też to czuje i zaczyna projektować swoje emocje na odczyt. Miałam kilka takich sytuacji i za każdym razem kończyło się tym, że interpretacja stawała się wspólnym przeżywaniem żalu, a nie faktyczną pracą z kartami. Niekoniecznie to źle, ale trzeba wiedzieć co się robi.
A jak w ogóle wygląda u was organizacja takiego grupowego stawiania? Bo ja wyobrażam sobie, że każda osoba po kolei zadaje pytanie i ktoś jeden ciągnie karty, ale może to działa inaczej? Pytam, bo nigdy nie byłam na takim spotkaniu i właśnie organizuję coś podobnego dla kilku osób, z których jedna jest po rozstaniu i jest jej naprawdę ciężko.
Tylko że Trójka Mieczy to karta smutku i straty, więc czy to nie jest tak, że ona po prostu powiedziała prawdę i ta osoba zareagowała adekwatnie? Nie rozumiem, dlaczego grupowy kontekst miałby to zmieniać na gorsze.
No właśnie i to jest sedno tego tematu moim zdaniem. Pytanie z tytułu jest szersze, ale teraz rozmawiamy o konkretnej warstwie, czyli o emocjonalnej wrażliwości osoby pytającej. Czy ktoś z was ma jakąś praktykę, jakiś sposób, żeby zanim zaczniecie w grupie, zorientować się w jakim kto jest stanie? Nie mówię o rozbudowanych rytuałach, tylko o czymś prostym.
U nas zawsze jest taka chwila przed, gdzie po prostu siadamy i ktoś pyta jak kto się dziś czuje. Brzmi banalnie, ale naprawdę dużo to mówi. Raz jedna z dziewczyn powiedziała 'dobrze' a jej głos wyraźnie drżał i zanim w ogóle dotknęłyśmy kart, już wiedziałyśmy że jest coś głębszego. To pozwoliło nam inaczej podejść do jej odczytu.
Są trzy podstawowe modele i każdy ma inne konsekwencje przy osobie w żałobie. Pierwszy: jedna osoba czyta wszystkim, wtedy mamy dużą asymetrię, bo ona ma władzę nad interpretacją. Drugi: rotacyjnie, każdy czyta kolejnej osobie, wtedy rozkłada się odpowiedzialność ale też rośnie ryzyko nietrafionych komentarzy od osób bez doświadczenia. Trzeci: każdy czyta sobie i potem ewentualnie dzieli się z grupą, co jest moim zdaniem najłagodniejsze przy kogoś, kto przeżywa stratę.
Czytam tę dyskusję od początku i mam pytanie może naiwne, ale szczere: czy w ogóle powinno się w takich momentach proponować karty jako pomoc? Nie jest tak, że tarot to trochę za dużo dla kogoś, kto jest tuż po stracie? Może lepiej po prostu posiedzieć razem?
U nas tak właśnie jest. Zawsze jest jedna osoba, którą po cichu nazywamy 'strażniczką spotkania'. Nie czyta dla wszystkich, nie interpretuje, ale pilnuje klimatu. Jak coś zaczyna iść w złą stronę, po prostu mówi zaproponuję teraz krótką przerwę albo zmieńmy temat. Brzmi skromnie, ale robi naprawdę dużą różnicę.
Czy ta 'strażniczka' jak to mówisz musi znać się na tarocie? Bo u mnie jest koleżanka, która absolutnie nie interesuje się kartami, ale jest bardzo spokojna i rozważna. Zastanawiam się czy mogłaby pełnić taką funkcję.
Dobra, bo ja chyba podjęłam decyzję czytając tę całą dyskusję. Najpierw spotkam się z koleżanką sam na sam, po prostu porozmawiamy i może wyciągniemy razem kilka kart bez presji i bez widowni. A grupowe spotkanie odłożę na kiedy ona będzie w lepszym miejscu. Dzięki za tę rozmowę, naprawdę otworzyła mi oczy na kilka rzeczy, których wcześniej nie widziałam.
Dobre pytanie i szczerze mówiąc sama nie wiem. Chyba jednak wolę nie mówić, że 'odłożyłam' grupowe spotkanie, bo to brzmi jakbym planowała to wrócić. A nie wiem czy wrócę. Może po prostu powiem, że mam ochotę spotkać się tylko my dwie i zobaczyć jak jej będzie.
To jest mądre podejście. I wiesz, nie musisz tego jakoś oficjalnie ogłaszać. Zapraszasz koleżankę, siadacie, może wychodzi rozmowa o kartach, może nie. Nie trzeba robić z tego ceremonii ze wstępem i zapowiedzią.
No i tu w końcu mamy to rozróżnienie, którego brakowało w tej rozmowie. Bo przez ostatnią godzinę mieszamy ze sobą dwie rzeczy: czy karty 'działają' inaczej w grupie, co jest pytaniem metafizycznym, i czy ludzie inaczej reagują na odczyt w grupie, co jest pytaniem psychologicznym. Te dwie kwestie trzeba trzymać osobno, bo inaczej dyskusja idzie w kółko.
Z mojego doświadczenia ta rola najlepiej sprawdza się gdy osoba, która ją pełni, nie ma żadnego osobistego pytania na danym spotkaniu. Jeśli przyszłaś z własną sprawą, to siłą rzeczy jesteś gdzieś myślami przy sobie. A do pilnowania innych trzeba być naprawdę obecnym.
Wracając do tego, o co pytałam na początku, bo mi się trochę zgubił wątek: kiedy kilka osób zbiera się żeby stawiać karty, to czy w ogóle jest jakiś model, który lepiej chroni uczestników? Słyszę teraz dużo o tym co nie działa, ale nie słyszę co działa.
Na to pytanie nie ma jednej odpowiedzi i mówię to z przekonaniem, nie z lenistwa. Zależy od grupy, od celu, od składu. Ale jeśli miałbym powiedzieć co zmniejsza ryzyko, to powiedziałbym: jawność intencji przed spotkaniem, dobrowolność na każdym etapie i jedna osoba, która nie jest zanurzona w swoim własnym pytaniu.
Dodałabym do tego jedno: umówienie się na początku, że każdy może powiedzieć 'nie chcę ciągnąć karty' i to nie wymaga wyjaśnienia. Że cisza albo odmowa są w porządku. Bo często to właśnie ta presja grupowa, żeby wziąć udział, popycha ludzi do sytuacji, na które nie są gotowi.
zmieniają, ale nie dlatego że ludzie nagle przestają wywierać presję. Zmieniają dlatego, że osoba, która chce odmówić, ma teraz gotowe zdanie do użycia. Nie musi tłumaczyć, bo zasada była. To małe, ale robi różnicę.
To dobre pytanie i właściwie rzadko o tym mówimy. Odmowa udziału nie jest tym samym co opuszczenie przestrzeni. Ktoś może nie chcieć własnej karty, ale wciąż słucha odczytów innych i bywa, że to jest bardziej obciążające niż własny odczyt.
Chyba w ogóle nie da się tego wiedzieć, chyba że ta osoba sama powie. A raczej nie powie, bo właśnie dlatego odmówiła, że nie chciała wchodzić w to głębiej.
Dlatego przy spotkaniach, gdzie jest ryzyko, że ktoś jest w trudnym miejscu emocjonalnie, warto wziąć pod uwagę nie tylko to, kto bierze kartę, ale też kto jest w pokoju. To nie jest pytanie retoryczne, to dosłownie pytanie do organizatora przed spotkaniem.
Czytam tę rozmowę od jakiegoś czasu i mam pytanie, które mnie męczy od dłuższego czasu. Mówimy o osobach w złym stanie emocjonalnym na spotkaniach grupowych, ale skąd właściwie bierze się przekonanie, że tarot może pomóc komuś w żałobie albo kryzysie? Bo ja sama tak myślałam, a teraz nie jestem pewna.
I to chyba dotyczy też sytuacji grupowej, o którą pytałam na początku, prawda? Jeśli ktoś przychodzi na grupowe spotkanie z tarota z nadzieją, że karta mu 'coś powie' o stracie, to jest już w innym trybie niż reszta grupy.
Przepraszam, że się wtrącam, bo śledzę tę rozmowę i jestem trochę nowicjuszką jeśli chodzi o spotkania grupowe. Czy dobrze rozumiem, że wiele osób tutaj uważa, że grupowe odczyty tarota dla kogoś w żałobie lub w kryzysie to zły pomysł? Czy jest jakaś sytuacja, w której jednak miałoby to sens?
Wracając do pytania Aurelidy, bo ono właściwie dotyka sedna tego, o co mi chodziło, gdy zakładałam ten temat. Kiedy stawiamy karty w grupie, to kto tak naprawdę pilnuje, żeby przestrzeń była bezpieczna? Przy odczycie dla jednej osoby ta rola jest jasna. Przy grupie rozmywa się i każdy zakłada, że zrobi to ktoś inny.
