to jest naprawdę piękna decyzja i nigdy bym na to sama nie wpadła :). Ale mam pytanie - co zrobiłaś jeśli nie znałaś jej talii? Czy musiałaś się czegoś douczyć albo dopytywać ją o karty w trakcie?
To co Monisia opisuje to jest właściwie metoda projekcji obrazowej z podejścia skoncentrowanego na kliencie. pytasz "co widzisz" zamiast mówić "to znaczy". I w kontekście żałoby to ma ogromny sens bo żałoba jest absolutnie indywidualna - żaden podręcznik nie powie ci co Śmierć znaczy dla konkretnej osoby która właśnie straciła kogoś bliskiego.
Właśnie to pytanie o "tryb lustra" jest dla mnie kluczowe w całej tej rozmowie. kurcze bo żeby wejść w ten tryb, trzeba najpierw wyciszyć własne interpretacje, własne skojarzenia z kartą. A w żałobie, jeśli czytasz komuś bliskiej osobie, to ty sama możesz mieć ładunek emocjonalny. jak sobie z tym radziłaś, Monisiu?
To było trudne. Naprawdę. Raz prawie popłakałam się przy rozkładzie, bo wyszła karta którą kojarzę z moją własną stratą. Musiałam na chwilę odłożyć karty i powiedzieć wprost - "potrzebuję chwili". I myślę ze to było uczciwe, zamiast udawać że wszystko w porządku
To co powiedziałaś o odłożeniu kart i powiedzeniu wprost - to brzmi jak coś bardzo trudnego do zrobienia. no dobra większość osób które znam, starałaby się "utrzymać twarz" i czytać dalej. Nie bałaś się że to wybije rozmówczynię z jakiegoś wewnętrznego skupienia?
Bałam sie. Ale ona potem powiedziała że to był ważny moment - że zobaczyła że tarot to nie jest jakaś zimna procedura, tylko że siedzą przy nim dwie osoby z prawdziwymi emocjami. Nie wiem czy to reguła, ale w tej konkretnej sytuacji zadziałało.
Chcę tu jednak podnieść pewną kwestię. Monisia miała relację z tą osobą i działała w specyficznym kontekście - zaufania, bliskości, wspólnej historii. Ale czy opisywany przez nią sposób czytania można w ogóle przenieść na sytuację gdzie ktoś siada sam, bez drugiej osoby, i próbuje użyć tego rozkładu w żałobie ;)?? Bo chyba rozmawiamy trochę o dwóch różnych rzeczach.
To jest świetny pomysł z tym zapisywaniem, dziękuję Kazia! Ale mam pytanie do całej grupy - czy ktoś miał sytuację że po takim samodzielnym rozkładzie po prostu... poczuł się gorzej? I co wtedy? Czy to znaczy że rozkład nie był dobrym pomysłem w danym momencie?
Ja miałam taką sytuację, nie przy żałobie ale przy trudnym rozstaniu. Wyszło kilka ciężkich kart pod rząd i zamiast wglądu miałam po prostu płacz przez pół nocy. Więc mam wrażenie że rozkład może byc za wcześnie jeśli jest się jeszcze w ostrej fazie bólu.
Dobre pytanie. To był jakiś czas po stracie - nie w pierwszych dniach. Ona sama powiedziała że jest gotowa "spojrzeć". Gdyby przyszła do mnie tydzień po pogrzebie, pewnie bym zaproponowała żebyśmy po prostu popiły herbatę.
Przepraszam że wchodzę z takim podstawowym pytaniem, bo dopiero czytam ten wątek od początku i próbuję zrozumieć - skąd wiadomo że ktoś "jest gotowy spojrzeć"? Czy to zawsze musi powiedzieć sama zainteresowana osoba, czy można to jakoś wyczuć z zewnątrz?
I chyba właśnie dlatego Monisia zrobiła słusznie czekając aż znajoma sama powiedziała że jest gotowa. Bo to przenosi odpowiedzialność za gotowość na właściwą osobę - nie na czytającą.
Ale jak ktoś jest sam i nie ma przy sobie nikogo kto mógłby ocenić czy jest gotowy, to co powinien zrobić? Poczekać nieokreślony czas :)? haha to trochę bezradna sytuacja, szczególnie kiedy żałoba bywa bardzo samotna.
Marlenka, ja robiłam właśnie coś takiego w najgorszym czasie. jedna karta dziennie, bez rozkładu, bez pytania o stratę wprost. Tylko "co dziś". I to jakoś dawało mi poczucie że jestem w kontakcie ze sobą, ale nie otwierało wszystkiego naraz. Może to jest odpowiedź dla Dianki.
Właśnie to co napisała Kazia z tą jedną kartą dziennie - ja robiłam to samo, tylko nie wiedziałam że to ma jakąś metodę. Myślałam że jestem za słaba żeby zrobić pełny rozkład. A może to wcale nie jest "za słaba", może to jest po prostu mądrzejsze w pewnych momentach? Mam takie pytanie do Marlenki i Mocarnej - czy wy to traktujecie jako pełnoprawne czytanie czy bardziej jako coś przejściowego, zanim człowiek bedzie gotowy na więcej?
Apolonia, dla mnie to jest pełnoprawne czytanie. Jedna karta dobrze zadana potrafi dać więcej niż dziesięć kart pośpiesznie rozłożonych :P. W żałobie szczególnie - bo pojemność uwagi jest po prostu mniejsza. Mózg zajęty bólem nie przetworzy siedmiu pozycji rozkładu tak samo jak mózg spokojny. To nie jest kwestia słabości, to jest kwestia biologii. Ale mam pytanie do Kazi - czy ty miałaś jakiś konkretny moment kiedy poczułaś że możesz już wyjść poza tę jedną kartę? Czy to się po prostu wydarzyło bez decyzji?
Ten zeszyt który wspomniała Kazia - to mnie bardzo uderzyło. Bo ja nigdy niczego nie zapisuję po czytaniu, myślałam że to niepotrzebne... Ale jeśli się jest i czytającym i czytanym jednocześnie, to może zapis jest właśnie tym co zastępuje drugą osobę? Coś co patrzy na to co napisałaś trochę z zewnątrz? Czy tak to działało u ciebie Kazio?
