Chyba prawda leży pośrodku. Nie stawiaj w pierwszych pięciu minutach po kłótni – to za gorąco. Ale nie czekaj też trzy tygodnie, bo wtedy kontekst się zmieni. Kilka godzin, noc, max dwa dni – to taki złoty środek, przynajmniej u mnie.
A co z odwróconymi kartami? Bierzecie je pod uwagę przy samodzielnych odczytach? Bo ja zauważyłem, że kiedy stawiam sobie, to mam tendencję do ignorowania odwróceń, bo „komplikują sprawę".
Ja używam odwróceń i uważam, że przy samodzielnych odczytach są one wręcz cenne. Bo zmuszają Cię do konfrontacji z aspektem karty, który może Ci się nie podobać. Prosty Diabeł to jedno, odwrócony Diabeł to coś innego – i ta różnica potrafi pchnąć refleksję w zupełnie nowe rejony.
Mam wrażenie, że ta dyskusja jasno pokazuje jedną rzecz – nie ma jednego „prawidłowego" sposobu na stawianie sobie tarota. Każdy wypracowuje własną metodę.
Dodam jeszcze coś, co mi się wydaje ważne – samodzielne stawianie tarota to umiejętność, którą się rozwija. Nie oczekuj, że od pierwszego rozkładu będziesz się czytać jak otwarta książka. Ja na początku połowy swoich samodzielnych odczytów nie rozumiałam. Dopiero z czasem „dogadałam się" z kartami.
A propos nauki – czy ktoś z Was kiedyś robił sobie odczyt i potem szedł do profesjonalnego tarocisty z tym samym pytaniem, żeby porównać wyniki?
Znacie takie zjawisko, że karta „prześladuje" w samodzielnych rozkładach? Mam na myśli sytuację, kiedy ta sama karta wypada Ci raz za razem, w różnych rozkładach, na różne tematy. Mnie ostatnio Księżyc chodzi po piętach – pięć rozkładów z rzędu.
Ja mam taką powtarzającą się kartę od lat – As Kielichów. Pojawia się zawsze na początku nowego etapu w życiu emocjonalnym. Nawet nie muszę się już zastanawiać, co oznacza. To moja „karta witająca".
Chciałbym jeszcze poruszyć jedną kwestię – czas. Kiedy stawiam innym, staram się podać ramy czasowe. Ale kiedy stawiam sobie? Prawie nigdy tego nie robię, bo wiem, że będę się na te terminy nakręcał. Więc wolę czytać karty jako „kierunek" bez przyczepiania dat.
Przeczytałam tu wszystkie wypowiedzi i chyba zaczynam rozumieć, gdzie popełniam błędy. Podchodzę do samodzielnego stawiania z oczekiwaniem konkretnych, jednoznacznych odpowiedzi, zamiast potraktować to jako rozmowę z samą sobą.
Dodam od siebie jeszcze jedną rzecz – nie bójcie się „złych" kart w samodzielnych rozkładach. Śmierć, Wieża, Dziesiątka Mieczy – to nie wyroki. Przy samodzielnym stawianiu masz luksus, którego nie ma klient u tarocistki – możesz z tą kartą usiąść, pożyć, oswoić ją. Nikt Ci nie patrzy na twarz i nie ocenia Twojej reakcji.
Podsumowując moje podejście – stawiam sobie regularnie, prowadzę dziennik, używam małych rozkładów, nie powtarzam pytań. Czy to daje mi stuprocentową trafność? Nie. Ale daje mi coś cenniejszego – stały kontakt z własną intuicją.
A ja na koniec zapytam Was o coś – czy ktoś próbował metody „trzeciej osoby"? To znaczy, stawiasz sobie, ale formulujesz pytanie tak, jakby dotyczyło kogoś obcego. Np. zamiast „czy powinnam zmienić pracę?" mówisz „czy ta osoba powinna zmienić pracę?". Teoretycznie ma to obniżyć emocjonalne zaangażowanie. Ja eksperymentowałam z tym przez jakiś czas i mam mieszane odczucia, ale ciekawa jestem, czy ktoś tu to stosuje.
