Temat pewnie nie raz się pojawia w głowach wielu z Was, więc otworzę go oficjalnie. Stawiacie tarota sami sobie? Ja to robię od lat i mam na ten temat dość wyrobiony pogląd, ale chętnie posłucham, jak to u Was wygląda. Bo wiem, że opinie są podzielone – jedni uważają, że to w ogóle nie ma sensu, bo emocje zaburzają odczyt, a drudzy twierdzą, że wręcz przeciwnie, nikt nie zna nas lepiej niż my sami.
Stawiam sobie regularnie i nie wyobrażam sobie, żeby było inaczej. Natomiast muszę przyznać, że przez lata wypracowałem sobie pewne zasady, których się trzymam. Przede wszystkim – nigdy nie stawiam, kiedy jestem emocjonalnie nakręcony. Jeśli coś mnie mocno ruszło, czekam minimum dobę. A najlepiej dwie.
A ja mam z tym problem, bo ciągle mam wrażenie, że interpretuję karty pod siebie. Wyciągam Wieżę i zamiast przyjąć, że coś się posypie, zaczynam szukać „pozytywnego aspektu" na siłę. I potem sama nie wiem, czy odczyt był rzetelny, czy po prostu powiedziałam sobie to, co chciałam usłyszeć.
Dokładnie tak. Ja mam żelazną zasadę – maksymalnie jedna karta wyjaśniająca i koniec. Jeśli po niej dalej nie rozumiem przekazu, odkładam rozkład i wracam do niego następnego dnia. Zdarza się, że rano patrzę na te same karty i nagle wszystko jest oczywiste.
A czy Wy prowadzicie dziennik tarotowy? Bo ja zaczęłam parę miesięcy temu i widzę ogromną różnicę. Zapisuję pytanie, karty, moją interpretację, a po tygodniu albo dwóch wracam i sprawdzam, co się faktycznie wydarzyło. I muszę powiedzieć, że to brutalnie weryfikuje, na ile obiektywnie czytam.
Mi się wydaje, że największy problem z samodzielnym stawianiem to nie tyle emocje, co powtarzanie rozkładu na ten sam temat. Znacie to? Stawiasz, dostajesz odpowiedź, która Ci się nie podoba, więc za godzinę stawiasz jeszcze raz. A potem jeszcze raz. I w efekcie masz trzy różne odpowiedzi i nie wiesz, która jest „ta prawdziwa".
U mnie wygląda to tak, że potrafię stawiać sobie na tematy, w które emocjonalnie nie jestem zaangażowana. Pytania w stylu „nad czym powinnam się skupić w tym tygodniu" albo „co blokuje mój rozwój zawodowy" – bez problemu. Ale jak chodzi o miłość albo bliską osobę, to od razu robię się stronnicza.
Ja mam znajomą tarocistkę i mamy taki układ, że stawiamy sobie nawzajem w sprawach, w które jesteśmy emocjonalnie wplątane. Działa świetnie. Na co dzień każda z nas stawia sama sobie bez problemu, ale jak coś poważnego – dzwonimy do siebie.
Dla mnie kluczowe jest rozróżnienie – stawiam sobie tarota nie po to, żeby „poznać przyszłość", ale żeby lepiej zrozumieć sytuację. Traktuję to bardziej jako lustro niż kryształową kulę. I w takim podejściu samodzielne stawianie ma ogromny sens, bo nikt nie zna mojego kontekstu lepiej ode mnie.
Ja stawiam sobie codziennie jedną kartę rano – taką „kartę dnia" – i to uważam za najlepszą formę samodzielnej pracy z tarotem. Zero presji, zero emocjonalnego zaangażowania w jakiś konkretny wynik. Po prostu pytam: „czego mogę się dziś spodziewać?" albo „na co zwrócić uwagę?". Wieczorem wracam i sprawdzam, czy mi się to gdzieś pojawiło w ciągu dnia.
A ja powiem coś kontrowersyjnego – uważam, że mit o tym, że „nie powinno się stawiać sobie tarota" wymyślili ludzie, którzy żyją z rozkładów. Im więcej osób wierzy, że samodzielne stawianie jest niemożliwe lub niebezpieczne, tym więcej klientów. Nie mówię, że wszyscy tarocistki tak robią, ale ten mit jakoś dziwnie im na rękę.
To prawda, ale z mojego doświadczenia wynika, że problem leży gdzie indziej. Większość osób, które mówi „nie umiem stawiać sobie", tak naprawdę nie umie czegoś innego – nie umie być wobec siebie szczera. A to już nie jest kwestia tarota, tylko kwestia samoświadomości.
Ja mam jeszcze takie pytanie – czy ma znaczenie, jakim rozkładem stawiacie sobie? Bo gdzieś czytałam, że do samodzielnych odczytów lepiej stosować małe rozkłady, trzy-pięć kart, bo Krzyż Celtycki czy inne rozbudowane rozkłady łatwiej „zagmatwać" własną interpretacją.
Ja się nie zgodzę. Stawiam sobie na Krzyżu Celtyckim i nie mam z tym problemu. Ale faktem jest, że robię to od ponad piętnastu lat i znam ten rozkład na wylot. Dla kogoś, kto dopiero się uczy, mniejsze rozkłady będą zdecydowanie lepsze.
A co z sytuacją, kiedy karty mówią coś kompletnie niezwiązanego z pytaniem? Mi się to zdarza przy samodzielnych odczytach. Pytam o pracę, a dostaję same Kielichy i Kochankowie. I nie wiem, czy źle stawiam, czy karty mi mówią: „hej, tu nie chodzi o pracę, tu chodzi o coś innego".
To jest trochę przerażające, nie? Że karty mogą widzieć coś, czego my sami nie chcemy dostrzec?
Mam pytanie praktyczne. Jak Wy się przygotowujecie do samodzielnego rozkładu? Mam na myśli takie fizyczne aspekty – czy zapalajcie świecę, kadzidło, medytujecie przed? Czy po prostu siadacie i tasujecie?
Ja w ogóle nie rytualizuję swoich samodzielnych rozkładów i to celowo. Bo uważam, że tarot powinien być dostępny tu i teraz, bez budowania wokół niego atmosfery mistycznego seansu. Rano piję kawę, taguję kartę i idę dalej. Działa.
Wracając do głównego pytania – czy można stawiać sobie tarota? – ja uważam, że nie tylko można, ale wręcz powinno się. Przynajmniej od czasu do czasu. Bo to buduje relację z talią, której nie zbudujesz robiąc odczyty wyłącznie dla innych. Twoje karty muszą „znać" Twoją energię.
To mi przypomina temat, który kiedyś tu wyskoczył – że nie powinno się kupować sobie pierwszej talii, tylko trzeba ją dostać w prezencie. Też mit?
Wracam do tematu dziennika – chciałam się podzielić jedną obserwacją. Prowadzę dziennik od czterech lat i widzę wyraźne cykle w kartach, które mi wypadają. Np. co jakiś czas wraca mi Pustelnik – zawsze w okresach, kiedy potrzebuję się wycofać i przemyśleć sprawy. Bez dziennika bym tego wzorca nie zauważyła. I to jest coś, co widzisz tylko przy samodzielnym stawianiu, bo żaden tarocista nie będzie za Ciebie śledzić tych powtórzeń przez miesiące.
Jest jeszcze jeden aspekt samodzielnego stawiania, o którym mało kto mówi – cierpliwość. Jak idziesz do tarocistki, to chcesz odpowiedzi tu i teraz. Ale jak stawiasz sobie sama, to możesz z rozkładem żyć. Nie musisz go od razu „rozwiązać". Możesz zostawić karty na stole i wracać do nich przez kilka dni. Ja tak robię z bardziej złożonymi rozkładami – pierwsza interpretacja, potem sen, potem rano patrzę świeżym okiem.
Ja mam jeszcze jedno spostrzeżenie – jak stawiam sobie, to dużo częściej wypadają mi karty „trudne". Wieża, Dziesiątka Mieczy, Diabeł. U innych osób mam bardziej zrównoważony rozkład. Czy to jest jakaś prawidłowość, czy po prostu tak mi się kręci?
A czy ktoś z Was próbował stawiać sobie online? Mam na myśli te generatory rozkładów w internecie. Bo ja czasem tak robię, kiedy nie mam talii przy sobie, i nie jestem pewna, czy to daje takie same efekty.
Czytam tu Wasze wpisy i mam jeszcze jedno pytanie – czy macie jedną talię, którą używacie do odczytów dla siebie, czy osobną? Bo słyszałam, że powinno się mieć osobną talię do osobistych rozkładów.
Ja mam dwie talie – Rider-Waite do odczytów dla innych i Tarot Marsylski do pracy ze sobą. I powiem, że z Marsylczykiem mam zupełnie inną relację niż z RW. Marsylczyk jest bardziej bezpośredni, mniej „owijający w bawełnę". Do pracy z samą sobą to mi pasuje.
Wracam do tematu emocji, bo mi to nie daje spokoju. Rozumiem, że nie powinno się stawiać, kiedy jest się nakręconym. Ale co, jeśli to właśnie emocje są powodem, dla którego chcę postawić? Np. kłócę się z partnerem, chcę zrozumieć sytuację. Mam czekać, aż emocje opadną? Bo wtedy może mi się już nie chcieć pytać...
