Temat, który mnie mocno zajmuje już od jakiegoś czasu. Zaczęłam interesować się przewodnikami duchowymi po serii dziwnych snów, w których pojawiała się ta sama postać - kobieta w ciemnym płaszczu, bez twarzy, ale z wyraźnie spokojną obecnością. Nie budziło to strachu, wręcz przeciwnie. Zastanawiam się czy to w ogóle może być znak obecności przewodnika, czy raczej szukam sensu tam, gdzie go nie ma. Jak wy to rozróżniacie? Bo czytałam różne rzeczy i każde źródło podaje coś innego.
Sny to jedno z częstszych 'wejść', ale sam sen nie wystarczy jako dowód. Pytanie brzmi: czy ta postać w snach kiedykolwiek coś mówiła, pokazywała, czy tylko była? Bo przewodnik rzadko kiedy zjawia się wprost z tabliczką 'to ja'. Działa raczej przez wrażenia, powtarzające się obrazy, coś co czujesz jako kierunek. Co cię pcha do szukania teraz, akurat w tym momencie życia?
Też miałam podobne sny i zastanawiam się - czy to nie jest tak, że przewodnik dopasowuje swoją formę do tego, co jesteśmy w stanie przyjąć? Czyli jeśli bałabyś się konkretnej twarzy, to może właśnie dlatego jest bez twarzy? Gdzieś czytałam, że przewodnicy często przyjmują symboliczne formy.
Zanim pójdziemy dalej - chcę zapytać o jedną rzecz. Skąd w ogóle wiadomo, że to przewodnik, a nie zwykła aktywność podświadomości? Bo sny o postaciach, które wskazują drogę, mogą być po prostu tym, jak mózg przetwarza nasze własne dylematy. Nie mówię, że tak jest, ale jak wy to w praktyce rozróżniacie? Mam wrażenie, że czasem za szybko przyklejamy łatkę 'przewodnik'.
Mam pytanie do całej dyskusji - czy nie jest tak, że każdy z nas ma więcej niż jednego przewodnika? Bo słyszałem, że jedni towarzyszą przez całe życie, a inni przychodzą tylko na konkretny etap. Czy da się w ogóle sprawdzić ile ich jest?
Wtrącę się bo to mnie bardzo ciekawi. Czy afirmacje mają tu jakieś znaczenie? Znaczy - czy jeśli regularnie powtarzam coś w stylu 'jestem otwarta na kontakt z moim przewodnikiem', to czy to w ogóle cokolwiek zmienia, czy to za mało?
Ja szłam do tego przez medytację i to zajęło mi dobre kilka miesięcy zanim cokolwiek poczułam. Pierwszy wyraźny znak to był zapach, zupełnie nieoczekiwany, podczas medytacji - coś jakby stare drewno i zioła. Żadnego logicznego wytłumaczenia, okna zamknięte, sama w pokoju. Od tamtej pory zaczęłam traktować to poważniej. Ale żeby wrócić do pytania o metody - co wy konkretnie robicie, żeby nawiązać kontakt?
Słucham tej rozmowy i muszę powiedzieć wprost: dużo tu mówienia o snach i zapachach, ale mało o tym, jak w praktyce rozwijać tę komunikację. Sam pracuję z tarotem i karty są dla mnie jedną z dróg - nie dlatego, że karta 'mówi', ale dlatego, że wymuszają skupienie i otwierają na coś, co jest już w nas. Ale zanim ktokolwiek siada do kart z intencją kontaktu z przewodnikiem - powinien wiedzieć po co i być gotowy na to, co usłyszy. Czy ktoś tu w ogóle próbował pracy z kartami pod tym kątem?
Może głupie pytanie, ale jak w ogóle zacząć jeśli nigdy nic nie czułem ani nie widziałem? Czytam wasze posty i zastanawiam się czy po prostu jestem za mało wrażliwy na te rzeczy albo mój przewodnik milczy bo nie ma nic do powiedzenia. Da się to jakoś rozruszać od zera?
Słucham tej dyskusji i zastanawiam się - czy to ma znaczenie czy szukamy kontaktu pod wpływem trudnego okresu w życiu? Pytam bo sama jestem teraz w niezbyt łatwym miejscu i chyba właśnie dlatego zaczęłam myśleć o przewodniku. Czy taka motywacja nie zaburza kontaktu, czy nie przyciągnie czegoś złego zamiast opiekuna?
Czytam ten wątek z Isą i Ansuz i zaczynam rozumieć że to nie chodzi o dosłowne widzenie czy słyszenie. Ale nadal nie wiem od czego fizycznie zacząć. Medytacja, karty, runy - to wszystko wymaga jakiegoś przygotowania. Czy jest coś prostszego na początek, jakiś pierwszy krok żeby w ogóle sprawdzić czy coś czuję?
A może to też zależy od tego, kiedy zaczynamy szukać? Bo czytałem że podczas pewnych tranzytów, szczególnie gdy Saturn wchodzi w konkretne domy, jesteśmy naturalnie bardziej otwarci na takie doświadczenia. Czy to ma sens że astrologia mogłaby podpowiedzieć kiedy w ogóle próbować?
Ale chwilę - czy to nie jest trochę za bardzo racjonalne podejście jak na ten temat? Znaczy jeśli przy każdym znaku będziemy go podważać to chyba nigdy nic nie poczujemy? Jak to się ma do tego co pisała Akacja wcześniej że strach jest wskaźnikiem - strach odróżnia coś złego od przewodnika?
Bardzo dziękuję za to rozróżnienie, Akacja, bo naprawdę to mi dużo daje! Chciałem zapytać o coś praktycznego - czy jest jakiś sposób żeby świadomie poprosić przewodnika o znak, który będzie jednoznaczny? Bo mam wrażenie że moje 'znaki' zawsze są na tyle niejednoznaczne, że mogę je interpretować w każdą stronę.
A mi się wydaje że tu wszystko jest strasznie skomplikowane. Moja babcia po prostu czuła kiedy coś jest nie tak i wiedziała. Nie miała żadnej techniki ani kart ani run. Czy naprawdę trzeba tyle przygotowania żeby po prostu... poczuć?
Przepraszam że wchodzę w środek, ale chcę zapytać o jedną konkretną rzecz. Czy kontakt z przewodnikiem można stracić? Znaczy czy jeśli ktoś go kiedyś czuł wyraźnie, a potem przestał - to jest jego decyzja, naszego przewodnika, czy coś my robimy nie tak?
Słuchajcie, mam wrażenie że ta rozmowa trochę odpłynęła od pytania jak w ogóle poznać swojego przewodnika i jak się z nim komunikować. Bo wciąż mówimy o zasadach i podejściu, ale czy ktoś mógłby powiedzieć konkretnie - jest jakiś moment albo znak, po którym można powiedzieć 'to był mój przewodnik, a nie coś innego'? Bo tego mi najbardziej brakuje w tej dyskusji.
Akacja, bardzo ci dziękuję że wróciłaś do pytania bo sam się gubiłem w tych wszystkich wątkach o tranzytach i słowiańskich duchach - to wszystko ciekawe, ale czułem że gdzieś zniknął ten punkt wyjścia. Ja miałem coś trochę podobnego - poczułem nagłe, nieuzasadnione ciepło w okolicach klatki piersiowej podczas całkowicie zwykłej sytuacji, zmywania naczyń. Czy to w ogóle może być sign czy jestem zbyt chętny do interpretacji?
A co ze snami? Bo ja ostatnio miewam bardzo wyraziste sny z tą samą postacią, której twarzy nigdy nie widzę, ale której obecność wydaje się... opiekuńcza, nie groźna. Zawsze budzę się spokojniejsza. Czy to może być właśnie ten codzienny kontakt o którym piszesz Mokosza, czy to po prostu mój mózg przetwarza to co ostatnio czytam?
Teraz jak o tym myślę to chyba tak... Zawsze kiedy jest jakiś chaos emocjonalny. Ale czy to nie może oznaczać że po prostu wtedy śnię intensywniej i mój mózg tworzy sobie jakiś archetyp opiekuna? Bo Heniek ma rację z tym bias potwierdzenia i sama już nie wiem jak to odróżnić.
Słucham tej rozmowy i mam wrażenie że wracamy w kółko do tego samego dylematu. Ja u siebie to rozwiązałam praktycznie przez runy - nie jako wyrocznię, ale jako strukturę do rozmowy. Losuję jedną runę z pytaniem do przewodnika i zapisuję co przychodzi mi do głowy przy patrzeniu na nią. Potem zostawiam i wracam po kilku dniach. To co zostaje, to co nie wyparowało - to traktuję poważnie. Czy ktoś próbował czegoś podobnie strukturyzowanego?
I właśnie o to mi chodzi z tymi runami - nie szukam odpowiedzi gotowej, tylko szukam czegoś co wymusi na mnie nazwanie tego co już gdzieś wiem. Ale pytanie do Anusi: piszesz o spójności z tym kim jesteś w dłuższej perspektywie - jak to sprawdzić, jeśli jest się w środku jakiegoś procesu zmiany? Bo wtedy to 'kim jestem' samo w sobie jest płynne.
Właśnie ten spokój po trudnym śnie to jeden z sygnałów które u mnie pojawiały się najwcześniej i które teraz, po czasie, interpretuję jako kontakt a nie jako własną produkcję mózgu. Choć oczywiście Heniek powie że to nie dowód 🙂 Ale dla mnie ważne było to że ten spokój był jakiś... zewnętrzny. Jakby nie wynikał z treści snu, tylko był osobny od niej.
Akacja, nie powiem że to nie dowód - powiem że to jest coś, czego nie da się zweryfikować zewnętrznie i co ma wartość dla ciebie jako doświadczenie. To mi zupełnie wystarcza. Nie jestem tu po to żeby rozkładać cudze przeżycia na czynniki pierwsze.
A czy ktoś z was miał tak, że przewodnik - albo cokolwiek to jest - odezwał się w momencie kiedy wy sami tego zupełnie nie szukaliście? Bo u mnie właśnie tak. Nie byłam w żadnym rytuale, nie medytowałam, po prostu stałam w kuchni i nagle coś... przesunęło się w środku. Nie wiem jak inaczej to opisać.
Ten wątek o kontroli mnie zatrzymuje, bo widzę że cała ta rozmowa kręci się trochę wokół tego samego napięcia - chcemy kontaktu, ale kontakt pojawia się kiedy nie chcemy. To trochę jak z numerologią ścieżki życia - pewne rzeczy są zapisane, ale ujawniają się wtedy kiedy przestajesz na nie czekać. Czy ktoś próbował podejść do komunikacji z przewodnikiem przez karty albo cokolwiek strukturalnego właśnie po to, żeby uwolnić się od tej presji oczekiwania?
I chyba na tym polega ta trudność całego tematu - że nie ma momentu kiedy możesz powiedzieć 'teraz to jest on, nie ja'. Przynajmniej ja go nie znalazłam. Ale im dłużej prowadzę dziennik, tym wyraźniej widzę że pewne rzeczy które przychodziły w tych momentach miały sens, który ujawnił się znacznie później. Nie wiem czy to dowód, ale dla mnie jest wystarczającą podstawą żeby kontynuować.
