Ciekawy przypadek, powiem szczerze. Sama miałam parę razy paraliż senny i wiem jak to wygląda, ale to co tu zostało opisane brzmi trochę inaczej niż klasyczny schemat.
Ktoś tu opisał sytuację z drzemki po południu. Przebudzenie w pół jawi, pół śnie, słyszy domowników za ścianą, widzi rzeczy w pokoju, ale nie może się ruszyć. No i ta jasna kulka zlatująca z sufitu, uderzenie w poduszkę, poczucie czyjejś obecności. Potem coś jakby wyrywało duszę z ciała, konwulsje, niemożność wydania głosu. Brzmi intensywnie.
Z czysto racjonalnego punktu widzenia paraliż senny może wywoływać bardzo realistyczne halucynacje, zarówno wzrokowe jak i czuciowe. Mózg w tej fazie potrafi płatać różne figle i poczucie „czegoś przy łóżku” jest jednym z najczęstszych objawów. Nawet to uczucie wyrywania z ciała zdarza się przy przejściu między fazami snu.
Ale... to pytanie na koniec jest całkiem sensowne. Dlaczego ustąpiło dokładnie w momencie gdy zaczęło sie krzyczeć wewnętrznie? To może być po prostu mechanizm w mózgu, wystarczył wystarczający poziom pobudzenia emocjonalnego żeby go wyrwac ze stanu paraliżu. Albo jednak coś innego.
Nie mam gotowej odpowiedzi. Warto by zastanowic sie czy wcześniej coś podobnego miało miejsce, albo czy w tamtym czasie działo się coś specyficznego ze zdrowiem, stresem itp.
to co opisujesz to wedlug mnie tak zwana kradzież energii przez kogoś, kto już odszedł z tego świata... może to być ktoś bliski, ktoś z rodziny. Taka istota żeby w ogóle móc się uaktywnić, potrzebuje energii od żywego człowieka. Ja sama przez to przechodziłam kiedy byłam jeszcze bardzo młoda i dziś wiem już że stało się to za sprawą pewnej znajomej, która zmarła w zbyt młodym wieku. Niezałatwione sprawy z tego życia potrafią ich do nas przyciągać i dlatego właśnie tak postępują. Pozdrawiam serdecznie 🙂
No i właśnie tak to jest z tymi „niespodziankami” kiedy człowiek się rozwija i medytuje... intuicja rośnie, postrzeganie pozazmysłowe się otwiera i zaczynają się takie rzeczy dziać.
Opowiem wam historię sprzed kilku lat. Wynajmowałam wtedy mieszkanie w bloku z koleżankami, jedna z nich też się rozwijała podobnie jak ja. Zdarzało mi się być w domu samej, normalna sprawa, ale przez jakiś czas czułam wyraźnie jakby ktoś siadał mi na kołdrze... dosłownie. Modliłam się za tę duszę, bałam się, ale zawsze przywołuję Siłę Wyższą. I wtedy jeszcze nie ogarnełam, że to co mnie spotykało nad ranem albo podczas drzemki to był właśnie ten stan - byłam świadoma co się dzieje wokół, słyszałam wszystko, a nie mogłam się wybudzić. Czułam jakby poduszka mnie dusiła. Zdarzało się to często bo ten dom w ogóle obfitował w takie rzeczy.
Minęło, pokonałam ten lęk. Wiem już od lat że Bóg jest tą potężną siłą i że modlitwa pomaga duszom, które po prostu nie mogą trafić do Swiatła.
Dziś rano, jak synek wstał, odetchnęłam i weszłam w głęboki relaks... odpłynęłam. Słyszałam głosy z pokoju obok, a jednocześnie widziałam sen i rozmawiałam sama ze sobą, miałam jakiś przekaz. I w tym czasie poczułam znowu że nie mogę się wybudzić. Ale tym razem od razu rozpoznałam ten stan i zanim cokolwiek mogło się przyczepić, obudziłam się siłą woli.
No i osobna kwestia - w głębokim relaksie można też po prostu wyjść z ciała. Chyba się już z tym oswajam 🙂
Nie wiem dokładnie kto co przeżywa, bo ja medytuję od jakiegoś czasu i oddycham świadomie, wchłaniając pranę... to powoduje puszczanie blokad i czuję to wyraźnie, więc mogę powiedzieć że mi to służy. Nie czuję żeby coś się kręciło w kółko albo jakkolwiek źle. A opętanie, no to moim zdaniem przychodzi do osób które są zbyt otwarte na negatywne siły, tych co piją, biorą narkotyki i jeszcze do tego medytują bo to po prostu zaprzeczenie samego siebie.
Ja pozbyłam sie nałogów, takich typowych dla osób które tłumią swoją osobowość albo się gubią w życiu... po prostu odeszły same, bo Bóg i smród się wykluczają, delikatnie ujmując 🙂 to moje zdanie.
Medytacja otwiera najpierw na to co mamy we własnym umyśle, wyłażą emocje, nieraz wspomnienia, po to żeby zintegrować psychikę i uczucia. Mamy stawać sie ludźmi dosłownie, którzy doświadczają świadomości Boga, a nasza dusza doświadcza zycia w ludzkim ciele... i tak dalej.
W medytacji doświadczyłam potężnej Miłości, takiej której wcześniej nie czułam, i obecności Boga. To moje własne doświadczenie i słowami się tego nie przekaże. Bóg dał nam różne sposoby zbliżania się do Niego, ale żebyśmy to robili systematycznie.
Może to być modlitwa, medytacja, skupianie się na wzniosłej myśli, mantrzze... Bóg mówi do nas przez słowa człowieka, słowa piosenki, przekaz z książki, radia, cokolwiek. Tylko czy my to słyszymy...
no więc to co opisujesz to dosyć klasyczny przypadek, zdarza się u osób które mają tendencje do nadmiernego zamartwiania się i trochę przekrzywiony obraz siebie i otoczenia, wiesz o co chodzi 🙂
ale dobra, trzy rzeczy które naprawdę warto zapamiętac:
po pierwsze - nie mieszaj różnych leków ze sobą, serio to jest ważne
po drugie - leki z alkoholem to już w ogóle masakra, nie rób tego
no i po trzecie - nie pal tego świństwa bo sie wykończysz... po prostu za mocne na ciebie było, widać to po tym co opisałeś
Ciekawe... a skąd ta wiedza, że Bóg tego nie popiera? Podzielił się tym z tobą osobiście? 🙂
Według mnie, i nie tylko według mnie zresztą, medytacja i „ta forma rozwoju” to jedna z wielu dróg do nawiązania kontaktu z Bogiem, rozmowy z Nim, przynajmniej w założeniu. Dlaczego miałby to odrzucać?
Szczerze mowiac, pierwszy raz spotykam sie z takim poglądem, a naczytałam się i nastudiowałam już całkiem sporo na ten temat 🙂
To mi się przydarzyło ostatniej nocy wakacji, w zupełnie nieoczekiwanym momencie. Wydawało mi się, że już się obudziłam i widziałam nasz pokój hotelowy normalnie, ale nie mogłam się ruszyć ani mówić. Krzyczałam imię chłopaka, żeby mi pomógł, i widziałam jak wstaje... tylko coś było nie tak. Miał długie włosy, a mój chłopak długich włosów nie ma. Zdałam sobie sprawę, że to nie on, tylko jakaś obca postać, która do tego wykrzywiła twarz w paskudnym, złośliwym grymasie. Miałam wrażenie że umieram, że ta postać chce mnie gdzieś zabrać i dosłownie walczyłam mentalnie o zachowanie przytomności. W końcu udało mi się wyrwac z tego stanu, zaczęłam płakać, zapaliłam światło i chłopak mnie uspokajał przez dłuższą chwilę.
Tego samego dnia mieliśmy lot powrotny i to był ostatni moment, na jaki miałam wtedy ochote po takiej nocy.
Wcześniej zdarzał mi się już paraliż senny, wiec wiedziałam jak to mniej więcej wygląda od środka. Ale zawsze bez żadnych postaci, tylko niemożność ruszenia się i ogromny wysiłek żeby to przełamać. Tym razem było zupełnie inaczej i do dziś uważam to za jedno z najbardziej przerażajacych przeżyć jakie miałam. Pamiętam każdy szczegół tej twarzy: chuda, wystające kości policzkowe, ciemne oczy, krótkie włosy.
zwykły paraliż senny, nic więcej 🙂 przez lata wiele osób opisywało podobne doświadczenia i zawsze sprowadzało się to do tego samego zjawiska. Medycyna zna to doskonale i nawet ma na to nazwę... nie ma tutaj żadnej mistyki, choć wiem że wielu chce w to wierzyć 🙂
