No więc mam taki problem i nie wiem, jak to ugryźć...
Od kilku lat utrzymuję kontakt z pewną kobietą, nazwijmy ją X. To raczej układ niż prawdziwa przyjaźń. Wkrótce po tym, jak się poznałyśmy, jej życie zaczęło się sypać w sposób, jakiego rzadko doświadcza jeden człowiek. Właściwie nigdy jej nie szło, ale byłam świadkiem tego, co można by nazwać ostatecznym upadkiem.
Kiedy się spotkałyśmy, byłam zdrowa, bystra, atrakcyjna i właśnie poznawałam interesującego mężczyznę, przy wzajemnym zainteresowaniu. Ona siedziała w nieszczęśliwym małżeństwie, była zakompleksiona, miała kłopoty zdrowotne i kilkanaście kilo nadwagi.
I tu zaczyna się ta dziwna historia. Najpierw straciłam pamięć, z którą nigdy wcześniej nie miałam żadnych kłopotów. Potem problemy ze snem stały się poważne, zaczęłam się bez żadnego racjonalnego powodu objadać i oczywiście przytyłam. Od tamtej pory walczę żeby wrócić do dawnej wagi, ale jak dotąd bez trwałego skutku. Postarzałam się, zbrzydłam. A ona w tym samym czasie wyglądała coraz lepiej i coraz młodziej, jakby jej biologia się odwróciła. Schudła znacząco i bez żadnego widocznego wysiłku. Stała się pewna siebie, swobodna w mówieniu, przebojowa. Ja tymczasem zaczęłam tracić zdolność myślenia i wysławiania się, co mnie samą zaskakuje, bo nigdy nie byłam gwiazdką towarzyską, ale to co teraz przeżywam, to inna skala. Do tego zaczęły mnie dopadać dolegliwości, które ona miała przez całe życie, a u niej te same dolegliwości po prostu zanikły.
Na samym początku mojego związku pozazdrościła mi go, sama zresztą to przyznała. Dała mi pewne sugestie, które bezwolnie wykorzystałam na własną szkodę, choć normalnie bym się z nich śmiała. Nie wiem, dostałam jakiegoś zaćmienia. Mój związek przeżywał wzloty i upadki dokładnie w rytm wzlotów i upadków kolejnych jej mężczyzn po odejściu od męża. Im lepiej jej szło, tym gorzej u mnie, i odwrotnie. Teraz ona ma wspaniałego partnera, spokojną pracę i stabilną sytuację finansową, a ja tkwię w zawieszeniu. Skomplikowany związek, w pracy przez większość czasu czuję się zaorana, trzynaście kilo na plusie, kompletny bezwład i brak energii. Od czasu do czasu krótkie zrywy żeby się ogarnąć, podczas gdy ona realizuje cele, które na początku naszej znajomości brzmiały jak science fiction.
Najbardziej uderza mnie symetria tego wszystkiego. Kiedy ja zarzynając się chudnę trzy kilogramy, ona te trzy kilogramy nabiera. Kiedy ona chudnie pięć kilo bez wysiłku, ja mimo starań tyle samo przybywam. Kiedy jej mężczyzna się jej oświadcza, mój idzie do kogoś innego. Kiedy w moim związku jest chwila spokoju, ona zaczyna się kłócić ze swoim. Kiedy mam finansowe problemy, u niej pojawia się gotówka. To działa bez pudła i we wszystkich dziedzinach. Co ciekawe, ona sama tę zależność dostrzegła i przyznała, kiedy kiedyś ją o to zapytałam. Nie musimy nawet rozmawiać, żeby wiedzieć, co u siebie słychać.
Instynktownie próbowałam tę znajomość zakończyć, ale zauważyłam, że nawet po kilku miesiącach braku kontaktu sytuacja niewiele się zmieniała.
Po długich przemyśleniach doszłam do wniosku, że trafiłam na wampira energetycznego, i to z funkcją wysysania zarówno energii, jak i pomyślności. Czuję się bezradna. Zauważyłam też, że coraz bardziej wycofuję się od innych ludzi, podczas gdy ona stawała się coraz śmielsza i bardziej otwarta. Co znamienne, X nie ma żadnych bliskich koleżanek poza mną. Kontakty z innymi kobietami są bardzo powierzchowne i przelotne. Może inne kobiety wyczuwają coś, co ja przeoczyłam? Bo obiektywnie nie można jej niczego zarzucić, jest pomocna i życzliwa.
Jest jeszcze jedna rzecz. Ilekroć cieszyłam się z czegoś fajnego i mówiłam jej o tym, zaraz zaczynało się sypać. W drugą stronę to nie działa. Teraz wszystko przedstawiam jej co najwyżej w neutralnym tonie, narzekam, wyrażam niezadowolenie i zniechęcenie, sporadycznie wręcz kłamię, bo boję się, że mi to zabierze. I faktycznie po sesji narzekania nic się nie psuje. Ale wystarczy, że nieopatrznie powiem coś pozytywnego, i mogę s
karty mogą dać pewien wgląd, ale decyzja i tak musi wyjść z środka ciebie. żadna talią nie podejmie jej za ciebie...
Hmm, no nie wiem czy to akurat coś aż tak niezwykłego...
Sprzężenie zwrotne po prostu.
