Tak, właśnie przy Hilmie af Klint, jej obrazy to często żółcie, pomarańcze, czernie, bardzo mało fioletu. A jednak wracam do nich w tym kontekście. Więc albo kolor nie jest decydujący, albo te obrazy działają przez coś innego. Strukturę, symetrię, może tę centryczność o której pisała Kunia.
I to właśnie jest coś co mnie w tej dyskusji bardzo kręci od początku. Bo gdy patrzę na te obrazy Hilmy af Klint, ona sama była spirytystką i rysowała te formy w stanach trans, więc intencja była tam, nawet jeśli wywodząca się z innego systemu. Ale co z artystą który maluje po prostu geometrię abstrakcyjną bez żadnego duchowego kontekstu? Czy taki obraz mógłby działać?
Wracając do geometrii którą Czulu poruszył, chcę dodać że w praktyce z Adżną istotne jest nie tylko że coś jest symetryczne, ale że daje punkt skupienia. Środek. Coś co oko może znaleźć i tam zostać. Dlatego mandala działa dobrze, rozeta działa, pewnie niektóre abstrakcje też. Pytanie do Leonory, czy te obrazy Hilmy mają taki wyraźny środek kompozycji?
Mam pytanie może trochę naiwne, ale jak rozróżnić że to Adżna reaguje, a nie po prostu że obraz mi się podoba i jest mi przyjemnie? Bo boję się że mylę doznanie estetyczne z doznaniem energetycznym i nie chcę wmawiać sobie czegoś czego nie ma.
Chcę wrócić do wątku sztuki bo trochę zejdziemy za daleko. Czy ktoś próbował pracować z konkretnym stylem malarskim, nie z konkretnym obrazem, ale ze stylem jako takim? Mam na myśli czy na przykład abstrakcja geometryczna jako gatunek działa inaczej niż figuratywna symbolika, mandala, surrealizm?
I to chyba jest najlepsza konkluzja do tej pory w całej rozmowie, że nie ma jednego typu obrazu który by działał dla wszystkich tak samo. Ale to nie znaczy że wybór jest przypadkowy, bo każdy może zbadać co u niego zatrzymuje myślenie. I to jest właściwa rama dla pracy ze sztuką przy Adżnie. Czy coś z tym obrazem się w środku wycisza czy nie.
To co Nikita powiedziała na końcu jest dla mnie ciekawe, bo opisuje coś co można by nazwać testem. Zwalnianie myślenia jako wskaźnik. Ale mam pytanie do Bylicy i Czulu, bo oboje mówiliście o różnych gatunkach sztuki, czy ten efekt zatrzymania jest trwały przy tym samym obrazie, czy po kilku sesjach zanika?
To jest coś co pojawia się też w tradycji tybetańskiej. Nowe thangki mają inną funkcję niż stare, ze "stażem". Nie tylko dlatego że były używane, ale dlatego że praktyk się z nimi zaznajomił. Znajomość formy może obniżać próg wejścia w stan skupienia. Natomiast nie zrównałbym tego z nudą, to różne rzeczy.
Chcę dopytać o coś praktycznego. Mówimy dużo o tym jak patrzeć i na co, ale co z otoczeniem w którym się patrzy? Czy ktoś eksperymentował z pracą z obrazem w różnych kontekstach, w ciemności, przy świecy, w dzień, przy naturalnym świetle? Mam poczucie że to może zmieniać całe doświadczenie.
Wracając do tego co Kapturek pyta, bo to jest wątek który mnie mocno ciągnie, myślę że kolor światła może mieć znaczenie sam w sobie, niezależnie od obrazu. Indigowe lub niebieskawe światło, nawet niebieskawa godzina przed zmierzchem, wydaje mi się że inaczej wpływa na ciszę w głowie niż żółte czy białe. Czy ktoś próbował świadomie pracować z kolorowym oświetleniem jako elementem sesji?
Chcę się upewnić że dobrze rozumiem to co tu pada, bo trochę mi się miesza. Mówimy teraz że intensywne doznanie wizualne jest dobrą oznaką, a wcześniej Kunia mówiła że praca z Adżną skupia się w konkretnym miejscu, a nie rozlewa. Jak to ze sobą pogodzić?
To co Kapturek powiedziała jest dla mnie bardzo pomocne, bo miałam poczucie że robię coś źle gdy na początku czułam dużo w oczach i obrazie, a dopiero po dłuższej chwili coś w głowie. Rozumiem teraz że to może być właśnie naturalny przebieg, nie błąd.
To co Nikita opisuje z opóźnieniem między doznaniem w oczach a skupieniem w punkcie między brwiami to jest coś co mnie bardzo ciekawi. Czy to opóźnienie było za każdym razem podobnie długie? Minuty, czy dłużej?
To jest ciekawe i chcę tu doprecyzować. Czy to przeniesienie było nagłe, taki skok, czy raczej stopniowe wyciszanie doznania wzrokowego i narastanie czegoś w głowie?
To co Nikita opisuje brzmi jak klasyczny przebieg od dharany do dhyany, od skupionej uwagi na obiekcie do skupienia bez obiektu. Obraz służy jako punkt wyjścia, a potem zostaje za tobą. Ciekawe że da się to osiągnąć przez zwykłe patrzenie na wydruk, bez żadnej formalnej instrukcji.
Mam wrażenie że trochę uciekamy od pierwotnego pytania Leonory o sztuki wizualne. Wszystko co mówimy o świetle, o wejściu i przenoszeniu uwagi to ważne, ale co z samą treścią obrazu? Czy symbol na mandali robi coś innego niż zwykły wzór geometryczny?
Wracam tu do wątku symbolu kontra forma, bo mam przeczucie że to jest serce tego tematu. Kiedy zaczęłam zbierać obrazy do pracy z szóstą czakrą, nie szukałam od razu mandali. Trafiłam przez przypadek na pewien obraz Odilon Redona i coś w nim działało na mój punkt między brwiami intensywniej niż wiele rzeczy które miały "działać" z założenia. Może energia obrazu jest czymś niezależnym od jego przeznaczenia rytualnego.
Trochę mnie to wszystko przesuwa w stronę pytania o rolę artysty jako medium. I dobrze, to jest ciekawe. Ale chcę zapytać o coś bardzo konkretnego, bo mam znajomego który maluje i pyta czy jego własne obrazy mogą mu służyć do pracy z Adżną. Czy tworzenie ma inną jakość niż oglądanie?
Ja próbowałem rysować mandale własnoręcznie zamiast kupować gotowe. I to było zupełnie inne. Bardziej zmęczające, ale też bardziej wciągające. Nie wiem czy to była praca z Adżną czy po prostu koncentracja przy rysowaniu, ale po dłuższej sesji miałem to uczucie w głowie o którym Nikita mówiła.
Ja chcę spróbować tego co Young opisuje, bo do tej pory tylko korzystałam z gotowych wydruków. Czy to wymaga jakichś umiejętności rysunkowych, czy raczej chodzi o sam akt tworzenia formy a nie o efekt końcowy?
Pytam serio, bo nie mam w ogóle zdolności plastycznych. Czy rysując mandalę własnoręcznie chodzi o to żeby efekt był ładny, czy właśnie o sam ruch ręki, skupienie na linii, na symetrii?
To co Young opisuje to jest coś ważnego i chcę to rozwinąć, bo to nie jest tylko kwestia koncentracji. W wielu tradycjach tworzenie sacralnych wzorów ręcznie ma znaczenie samo w sobie. Mnisi tybetańscy tworzący mandale z piasku nie robią tego dla efektu wizualnego, bo potem i tak go niszczą. Proces jest rytuałem. Ale pytanie jest takie, czy Young to czuł jako rytuał, czy tylko jako ćwiczenie koncentracji?
Tu wracamy do tego samego pytania co przy Nikicie i patrzeniu na obraz. Czy przypadkowe wejście w stan ma tę samą wartość co intencjonalne? Myślę że Young dotknął czegoś prawdziwego nawet bez intencji, ale żeby to rozwijać świadomość jest potrzebna. Co ty na to, Kunia?
Chcę na chwilę wrócić do pytania które zadałem wcześniej, bo mi uciekło w dyskusji. Czy tworzenie własnych obrazów do pracy z Adżną jest głębsze dla twórcy niż dla odbiorcy? Leonora zaczęła zbierać obrazy innych artystów, Young rysuje własne mandale. Czy to są dwie różne ścieżki pracy z tą samą czakrą, czy jednak różne rzeczy?
Whisper porusza coś czego sama nie rozstrzygnęłam. Odkąd zaczęłam zbierać obrazy i obserwować co na mnie działa, mam wrażenie że jestem bierną stroną. Obraz działa na mnie. Kiedy słyszę jak Young opisuje rysowanie, mam wrażenie że on jest aktywną stroną. Pytanie czy w pracy z szóstą czakrą jedno jest lepsze od drugiego, czy może potrzeba obu?
to jest dobre rozróżnienie. W praktykach jantry masz właśnie te dwie strony, tworzenie i kontemplację. Tradycyjnie tworzenie jest dla zaawansowanych, kontemplacja jako wejście. Nie dlatego że odbiór jest gorszy, ale że tworzenie wymaga, żebyś już znał krajobraz w którym wchodzisz. Inaczej możesz rysować i nic nie otwierać, bo nie wiesz dokąd zmierzasz.
Wtrącę się bo ta rozmowa o tworzeniu kontra odbiorze przywołuje mi coś co robiłem przez chwilę. Próbowałem kopiować ręcznie obrazy które na mnie działały, tzn. brać konkretny obraz, powiedzmy ten typ palety którą Bylica opisywała przy Redonie, i odwzorowywać go ręcznie. I to było coś zupełnie trzeciego. Ani czyste tworzenie, ani czyste odbieranie.
