To, co napisała Gwiazdarka97 o płaczu bez nazwanego powodu — czy to jest dla was bezpieczne w kontekście sesji? Pytam, bo jeśli ktoś przychodzi z traumą i nagle coś się otwiera bez gotowości na to, co wyjdzie, to czy oddech nie może być zbyt szybkim kluczem? Czy wy jakoś zabezpieczacie tę przestrzeń przed sesją?
Ale jak możesz 'iść za oddechem' kogoś, jeśli ty jako terapeuta oddychasz inaczej niż on? Nie rozumiem tej metafory. Synchronizujesz się z nim jakoś?
Znam tę technikę z rytualnego kontekstu — mamy coś podobnego przy pracy w parach, kiedy prowadzący i uczestnik wchodzą w ten sam oddech przed przejściem do głębszej części rytuału. Tam to się nazywa inaczej, ale mechanizm jest identyczny. Mam pytanie do Skorpionicy — czy to synchronizowanie oddechu jest świadome po obu stronach, czy klient nie musi wiedzieć, że to robisz?
To co powiedziała Skorpionica o zgodzie jest ważne i chcę to rozwinąć. Przy pracy z traumą ta kwestia staje się jeszcze ostrzejsza. Osoba z traumą może nie wiedzieć, że jej układ nerwowy jest nadwrażliwy na bodźce, które dla innych są neutralne — w tym na czyiś oddech, obecność, dotyk. Czy wy w ogóle rozmawiajecie z klientem o oddechu przed sesją, czy to się dzieje milcząco?
To jest piękne, co napisała Gwiazdarka97 o tym, że sama informacja już coś zmienia. Ja nigdy o tym tak nie myślałam, że poczucie wpływu samo w sobie reguluje układ nerwowy. Ale to ma sens — jak wiesz, że możesz powiedzieć stop, to jest inaczej niż kiedy nie wiesz. Czy to znaczy, że samo przygotowanie do sesji jest już częścią pracy energetycznej?
Wróćmy na chwilę do tematu afirmacji przy zamknięciu sesji, bo to mi się teraz łączy z tym, co mówi Lipowa00. Jeśli całe spotkanie jest już częścią pracy, to afirmacja na koniec nie jest oddzielonym elementem, tylko kontynuacją tego samego procesu. Ale wtedy pytanie brzmi — czy ta afirmacja działa inaczej, jeśli poprzedza ją praca oddechowa? Tzn. czy ciało, które przeszło przez świadomy oddech, przyjmuje afirmację inaczej?
Dobra, ale to brzmi jak zwykłe auto-sugestia pod wpływem relaksacji. Czy to nie jest po prostu efekt placebo? Że jak jesteś rozluźniony, to w cokolwiek łatwiej uwierzyć?
U mnie dają, to mogę powiedzieć z doświadczenia. Sama przez długi czas robiłam afirmacje bez żadnej pracy z oddechem i efekt był taki se. Potem zaczełam najpierw oddychać, uspokoić się, a dopiero potem wypowiadać te zdania — i coś się zmieniło. Nie wiem jak to nazwać, ale różnica była wyraźna.
To, co opisuje Julisia80, jest bardzo bliskie temu, co robię przy czakrze gardła. Długi wydech przez usta, przez lekko rozchylone wargi, aktywuje ten obszar w sposób, którego nie da się osiągnąć samym skupieniem myślowym. Ale mam pytanie do całej tej rozmowy o afirmacjach: czy ktoś z was próbował używać afirmacji przy naprawdę trudnym materiale, nie przy motywacyjnych zdaniach o sobie, ale przy czymś, co wiąże się z konkretną traumą? Bo tam mechanizm jest zupełnie inny.
Właśnie to chciałam poruszyć. Mam wrażenie, że przez całą tę rozmowę rozmawiamy o afirmacjach w kontekście ogólnego dobrostanu, a Gwiazdarka97 teraz dotknęła czegoś ważniejszego. Czy afirmacja przy traumie nie jest trochę jak próba przyklejenia plastra na coś, co potrzebuje czegoś zupełnie innego?
To jest naprawdę ważne, co napisał Numerolog.2. Ja zawsze używałam tych 'jestem' afirmacji i teraz zaczynam rozumieć, dlaczego często czułam się z nimi nieswojo, jakby coś w środku protestowało. Dziękuję, że to tak konkretnie wyjaśniłeś. Ale mam pytanie — czy ten rodzaj afirmacji z 'uczę się' albo 'zaczynam' działa tak samo z oddechem, czy może inaczej?
Przy rytuałach pracy z intencją mamy podobną zasadę — intencja wypowiedziana na szczycie wydechu ma inną jakość niż ta sama intencja wypowiedziana na wdechu albo przy zatrzymanym oddechu. Wydech to puszczanie, wdech to przyjmowanie. Jeśli afirmacja jest o zmianie, o ruchu ku czemuś, to wydech ma sens. Czy ktoś z was stosuje świadomie ten podział, co do kiedy mówić?
Dobrze, że to powiedziała Gwiazdarka97, bo to jest rzecz, którą zbyt łatwo przemilczeć w takich rozmowach. Mam jedno pytanie do tej granicy: jak ją rozpoznajesz w trakcie sesji? Skąd wiesz, że to, co się dzieje, już przekracza to, z czym oddech i afirmacja mogą pracować?
To, co opisała Gwiazdarka97 o rozpoznawaniu granicy w sesji, brzmi naprawdę ważnie, ale trochę mnie przeraża. Mówisz, że jeśli napięcie narasta zamiast opadać, to sygnał, że oddech i afirmacja już nie wystarczą. Ale co wtedy? Czy przerywasz sesję zupełnie, czy próbujesz inaczej poprowadzić oddech?
to rozróżnienie między stabilizacją a pracą z treścią traumy wydaje mi się kluczowe i cieszę się, że to wyraźnie nazwałaś. Mam wrażenie, że wiele osób, które pracują z energią, nieświadomie wchodzi w to drugie, bo ktoś zaczyna płakać albo reagować intensywnie i terapeuta myśli, że 'praca idzie'. A to nie zawsze jest postęp, prawda?
Słucham tej rozmowy i zaczynam się zastanawiać nad czymś innym. Mówicie o traumie i reakcjach ciała, ale co z osobami, które nie mają żadnej wyraźnej traumy, tylko chroniczne napięcie, takie codzienne, ze stresu, z pracy? Czy dla nich afirmacje przy oddechu działają inaczej, łatwiej? Czy to w ogóle porównywalne sytuacje?
Ja się tu trochę wtrącę, bo mam takie doświadczenie własne. Przez długi czas myślałam, że mam po prostu napięcie ze stresu i tak do tego podchodziłam, czyli oddech, afirmacje, wszystko szło gładko. A potem w pewnym momencie coś się ruszyło i okazało się, że pod tym jest cos zupełnie innego. Nie mówię, żeby wszystkich straszyć, ale że ciało potrafi trzymać rzeczy w warstwach i do głębszych dotarłam dopiero jak już miałam jakiś czas spokojniejszej praktyki za sobą.
Czytam tę rozmowę i w sumie jest tu dużo więcej sensu niż się spodziewałem. Ale mam jedno pytanie, może naiwne: jeśli oddech to tak silny sygnał dla układu nerwowego, to dlaczego nie wystarczy sama praca z oddechem bez afirmacji? Po co w ogóle dodawać te zdania? Czy to nie jest nadbudowywanie czegoś zbędnego?
Wchodzę w tę rozmowę trochę z boku, ale to zdanie Faddiego o energii, która nie wie dokąd mnie zatrzymało. Bo to zakłada, że energia ma jakąś zdolność do odbierania intencji. Nie chcę teraz otwierać filozoficznego sporu, tylko zapytam praktycznie: czy w waszej pracy widzicie różnicę między sesją z wyraźną intencją a sesją bez?
Właśnie to zdanie Gwiazdarki97 o tym, że coś zostaje, chciałam zapytać głębiej. Bo skąd wiemy, że to efekt intencji, a nie po prostu efekt głębszej relaksacji, która i tak daje dłuższy efekt? Jak te dwie rzeczy rozróżnić w praktyce?
Przepraszam, że wchodzę z dość podstawowym pytaniem, ale gubię się w tej rozmowie o intencji. Czy intencja to jest to samo, co cel sesji? Czy coś innego? Bo jak mówicie o intencji, to brzmi to bardziej jak... nastrój? Stan? Nie wiem jak to dobrze ująć.
Okej, to teraz zaczynam rozumieć dlaczego sam oddech bez intencji może być mniej skuteczny. Ale mam jeszcze jedno: czy intencję ustawia terapeuta, czy osoba, która przychodzi na sesję? Bo mam wrażenie, że czasem to może być sprzeczne i co wtedy?
okej, ale co konkretnie się dzieje, jak ta kolizja wychodzi? Bo wyobrażam sobie, że ktoś wychodzi z sesji i po prostu czuje się dziwnie, ale nie wie dlaczego. Czy to jest właśnie ten objaw?
Dobra, ale wróćmy na chwilę do oddechu, bo trochę odpłynęliśmy. Mam wrażenie, że zaczęliśmy od roli oddechu w bioenergoterapii, a teraz gadamy prawie wyłącznie o intencji. Jak to się łączy? Czy oddech jest tylko środkiem do osiągnięcia stanu, w którym intencja może zadziałać, czy jest czymś więcej?
Słowo 'bezpieczniejszy' w kontekście oddechu brzmi trochę jak ostrzeżenie, że reszta jest niebezpieczna. A nie o to chodzi. Przeponowy jest po prostu bardziej neutralny, mniej inwazyjny. Dla kogoś, kto dopiero zaczyna i nie ma doświadczenia z ciałem w kontekście pracy z energią, to dobry punkt wyjścia. Ale nie dlatego, że inne są groźne, tylko dlatego że dają mniej nieprzewidywalne reakcje.
To rozróżnienie, które zrobiła Julisia80, wydaje mi się kluczowe i chcę je rozwinąć. Praca z oddechem w bioenergoterapii, szczególnie gdy dołączamy do tego afirmacje, to jest praca z układem nerwowym i z tym, co jest w nim zapisane. Dla kogoś z chronicznym napięciem — łagodna, stopniowa. Dla kogoś z trudnymi doświadczeniami w tle — może ujawnić rzeczy, na które trzeba być gotowym. Nie chodzi o strach, tylko o świadomość, że to nie jest wyłącznie technika relaksacyjna.
To co napisała Gwiazdarka97 bardzo mnie trafia, bo sama robiłam te praktyki myśląc właśnie, że to 'tylko relaksacja'. I teraz czytam tę całą rozmowę i trochę mi w głowie siada, dlaczego czasem po takim oddychaniu z afirmacjami byłam bardziej zmęczona niż przed. Czy to mogło być właśnie to, o czym mówicie?
