Hej, chcialam sie was zapytac o cos co mnie ostatnio trapi. Mam na co dzien do czynienia z bioenergoterapia, sama tez praktykuje troche, i zastanawiam sie jak wy podchodzicie do sesji kiedy jestescie chorzy. znaczy sie - czy jak ktos ma goraczke, przeziebienie, jakis wirus, to wogole brac sie za prace z energia? Bo mi jeden znajomy powiedzial ze choroba to swietny moment bo cialo i tak juz jets w jakims procesie oczyszczania, wiec energia idzie latwiej. Ale z drugiej strony sama czuje ze jak jestem oslabiola to ta praca mnie totalnie dobija, wychodzam z sesji bardziej zmeczona niz przed. no i niewiem co z tym robic. jak wy to u siebie obserwujecie? Ciezko sie teraz umowic osobiscie, wiec na razie robimy to przez telefon.
pytanie jak pytanie ale ważne i rozumiem te watpliwosci. 😉 ogolnie zasada ktora sama stosuje jets taka - rozrozniamy prace na se i prace z kims innym,bo to dwie rozne sytuacje. jesli chodzi o przyjmowanie energii podczas choroby, to tak, moze byc wspierajace, ale tylko jesli nie jestes totalnie wypalona i masz jakies minimum sily. Jesli masz wysokia goraczke i ledwo stoisz, to cialo ma teraz inne priorytety niz przetwarzanie energii z zewnatrz. Natomiast co do dawania energii kiedy sama jestes chora - tutaj bym powiedzila stanowcze nie. Karmisz z wlasnych zasobow i jak ich nie masz, to sobie po prostu szkodzisz. Widzialam kilka razy jak ludzie po sesji ktora prowadzili bedzac chorzy przez kolejne dni wogole nie mogli wstac z lozka.
Hm, to ze twoj znajomy powiedzial ze choroba to dobry moment na prace energetyczna - z jakiego zrodla to ma? Bo to mi troche brzmi jak teza wyciagnieta z powietrza. Owszem, organizm podczas choroby jets w intensywnym procesie, ale to nie znaczy ze jest bardziej otwarty na przeplywy energii. Czesto jest wrecz odwrotnie - system jest przeciazony i nie ma jak przetworzyc dodatkowych impulsow. Znam podejscia roznych szkol i wiekszosc mowi o ostroznosci, nie o zachecaniu do sesji w ostrej fazie choroby. Co nie znaczy ze trzeba calkowicie rezygnowac - tu Malwinia ma racje co do rozroznienia dawca/biorca. Ale bym sie nie opieral na radach jednej osoby bez sprawdzenia skad to pochodzi.
A ja mam pytanie bo jestem nowa w tym temacie - jak wogole poznac ten swoj stan energetyczny? Bo to co opisujecie brzmi jakbyscie mieli jakis wewnetrzny barometr i poprostu wiecie kiedy mozecie a kiedy nie. Ja tego jeszcze nie czuje tak wyraznie, jak bym miala sie tego nauczyc to w ogole nie wiem jak ocenic czy mam za malo energii zeby dac komus, czy mam dosc. To dla mnie bardziej intuicja czy da sie to jakos nauczyc?
Uwazam ze watek z tym oczyszczaniem podczas choroby to mit ktory krazyl juz od lat i szkoda ze sie powtarza. znam go z roznych zrodel i za kazdym razem jak ktos probowal tak robic to albo mu sie pogorszylo albo osoba ktora prowadzila sesje padala. Praktykuje od dobrych kilkunastu lat i moje doswiadczenie jets jednoznaczne - ostry stan chorobowy to czas odpoczynku, nie stymulowania. Mozna robic absolutne minimum, jakies delikatne wzmocnienie pola ale intensywna praca to nie jest dobry pomysl. Chyba ze ktos naprawde wie co robi i ma wystarczajaco rozeznania zeby ocenic stan pacjenta.
dla mnie minimum to na przyklad praca bez kontaktu,na odleglosc kilku centymetrow od ciala... bardo krotko, bez intensywnego skupienia intencji na konkretnym organie czy obszarze. Raczej ogolne przesuniecie energii niz celowana praca. Ale to tez zalezy od szkoly i podejscia. Ja nie polecam nikomu kto nie ma solidnej podstawy robic tego samemu podczas choroby bo wtedy trudniej wyczuc gdzie jets granica.
Nie do konca sie zgadzam z tym ze choroba to tylko czas odpoczynku od energii. W pewnych tradycjach choroba jest widziana jako moment przejscia,oczyszczenia na glebszym poziomie, i towarzyszenie temu procesie moga byc czymsc cennym. oczywiście nie chodzi o forsowanie ale o subtelne przytrzymanie przestrzeni. znam praktyke kiedy podczas choroby robi sie bardo lalagodne oczyszczenie aury, bez doladowania, i to pomaga nie blokowac tego co cialo juz robi. pytanie zaawsze brzmi - czy rozumiesz co sie dzieje, czy tylko cos robisz bo tak napisali.
oj tam, nie wiedzialm ze to az tak skomplikowane. Ja myslalam ze energia to zawsze dobrze i im wiecej tym lepiej, a tu okazuje sie ze mozna przesadzic albo zrobic se krzywde. To troche zmienia moje spojrzenie. Wgl to jak sie zaczelo u mnie ze zainteresowanie bioenergoterapia to bylo wlasnie przy okazji choroby, chcilam sprawdzic czy to pomoze, i teraz niewiem czy to byl dobry pomysl w tamtym momencie 🙂
Sluchajcie, troche z boku patrze na te dyskusje bo bioenergoterapia to nie moja glowna dziedzina, ale obserwuje taka prawidlowosc - duzo z tego co tu mowicie opiera sie na wlasnych odczuciach i doswiadczeniach konkretnych osob, a to jest bardzo rozne u roznych ludzi. Jedna osoba po sesji podczas choroby czuje sie gorzej, inna lepiej. Jak wy to rozrozniajcie czy to kwestia stanu tej konkretnej osoby, podejscia prowadzacego, rodzaju choroby? Bo chyba nie ma jednej odpowiedzi.
ojejku,no to wlasnie to mnie interesuje najbardziej - jak praktycznie rozpoznac ten moment,ta granice. Bo w teorii brzmi logicznie ze ostry stan to odpoczynek. Ale co z sytuacja kiedy ktos juz kilka tygodni choruje, to juz nie jets ostry stan ale cialo nadal jest w procesie. jak wtedy podchodzic?
Przy przewleklych stanach rzeczywiscie jets wiecej przestrzeni do pracy ale tez wiecej pulapek. cialo jest zmeczone, czasem juz nie sygnalizuje tak wyraznie co potrzebuje, moze byc przekarmione sygnalami. Ja w takich przypadkach zaczynam bardo ostroznie, krotkie sesje, duzo obserwacji miedzy nimi, i przede wszystkim pytam jak sie czuje osoba po - nie w trakcie bo w trakcie czesto jest euforyczne odczucie, ale wlasnie po i nastepnego dnia. To jest lepszy wskaznik.
Samopraca to troche inna historia. Przy lekkim przeziebieniu delikatna medytacja,skupienie oddechu, wizualizacja - to moze naprawde wspierac. Sam tak robie i czuje ze to pomaga nawet kiedy jestem oslabioly. Ale to musi byc naprawde delikatne, nie forsowanie sie przez godzinna intensywna sesje. Piec, dziesiec minut spokojnego oddychania i intencji to inne co niz godzina pracy z czakrami. Proporcje maja znaczenie.
Dodam jeszcze ze wedlug mnie wazne jets tez intencja jaka za tym stoi. Jesli medytujesz z pozycji strachu przed choroba i desperacji zeby to szybko minely - to czujesc jakos inaczej energetycznie niz kiedy poprostu towarzyszysz se w tym procesie z akceptacja. To rozroznienie wydaje mi sie istotne,nawet jesli nie wszyscy sie z tym zgadza
Wracajac do pytania o samodiagnoze stanu energetycznego bo kilka osob sie o to pytalo - wedlug mnie niema tu jakiejs jednej metody dla wszystkich. U mnie to sie zaczelo od prostej obserwacji po sesjach. Notowalam jak sie czulam za godzine,za dwa, nastepnego dnia. Po jakims czasie zaczelam widziec wzorzec. Nie bylo to zadne nagłe objawienie, poprostu systematyczna obserwacja przez dluzszy czas.
He, to ze intencja robi roznice to akurat zgadzam sie z Obsydianną, ale z troche innych powodow niz ona pewnie mysli. strach jako intencja to jest napiec miesniowe, nierowny oddech, skupienie na objawach a nie na procesie - i to juz samo w sobie zaburza jakosc pracy. Nie musi to byc nawet kwestia energii metafizycznej, samo cialo reaguje inaczej.
Hej,mam pytanie moze troche z boku ale zwiazane z tematem - czy ktos z was kiedys mial tak ze w trakcie choroby sam z siebie odczuwal jakies energie, bez zadnej celowej pracy? Mnie sie raz przytrafiło kiedy mialam goraczke i czulam cos jakby przeplyw przez rece, bylam wtedy juz po kil ku tygodniach, nie na poczatku choroby. Nie wiedzialam co z tym zrobic
od paru dni tu zagladam o goraczce i sie zastanawiam - czy ktos ma jakies realne obserwacje co sie dzieje z energia bezposrednio po przebyciu choroby... nie w trakcie? Bo ja mam takie wrazenie ze po kazdym powaznie przebytem przeziebieniu moje czakry jakos sie przestawiaja, ale nie mam sie z czym porownac tylko nie wiem czy to nie jest sugestia.
Czakry przestawiaja sie po chorobie - brzmi jak cos co mozna mowic bez mozliwosci weryfikacji. Co to znaczy ze sie przestawiaja? Jak to mierzysz?
Powracajac do glownego pytania Uwarowit o te przewlekle stany - jets jeszcze jeden aspekt ktory pominalysmy. przy dlugiej chorobie czesto jest tez zmeczenie psychiczne, frustracja, niecierpliwosc i to wplywa na prace tak samo jak stan fizyczny. Widzialam osoby ktore fizycznie juz byly w stanie pracowac ale psychicznie zaciagaly hamulec reczny.
kurcze, o, to wlasnie jets to co mnie dotyczy chba. bylam przewlekle chora przez kilka miesiecy i faktycznie ta frustracja ze to tak dlugo trwa wchodzila w kazda sesje ktora probowalam prowadzic. nawet jak czulam sie jako tako fizycznie to ta niecierpliwosc chyba przeszkadzala. Jak se z tym radzie??
Niecierpliwosc podczas przewleklej choroby to wedlug mnie jest komunikat ze cialo potrzebuje czegosc innego niz tego co mu dajemy. Czasem to znaczy ze trzeba po prostu odpuscic prace i dac se przestrzen na zwykly odpoczynek bez zadnych intencji. Takie bezintencyjne lezenie moze byc bardo odbudowujace. 😉
Okej ale „cialo komunikuje ze potrzebuje czegoś innego” - to jets teza ktora brzmi pieknie ale co z nia robic praktycznie? Jak rozroznic komunikat ciala od zwyklego zlego nastroju? Serio pytam,bo sama sie z tym zmagam i nie mam jednoznacznej odpowiedzi.
Dobra, to moze ja wejde z czyms bardziej konkretnym bo ta dyskusja troche plywa. Dla mnie praktyczny sygnał ze nie powinienem pracowac to jets to ze nie moge sie skupic przez wiecej niz minute na niczym. Nie na energii, nie na oddechu, nie na niczym. To jest moj osobisty barometr i sprawdza sie u mnie od lat. Ale to jest moje, inne osoby moga miec zupelnie inne sygnały.
Wlaczam sie bo temat mnie wciagnal. Ja mam troche inne doswiadczenie - choruja przez dluzszy czas odkrylam ze najlepszym wyznacznikiem dla mnie sa kamienie. Nie jako leczenie, tylko jako rodzaj termometru. Leze z kilkoma kamieniami i obserwuje co czuje. Jesli czuje ze cos plynie to jets ok, jesli czuje totalny brak to odpuszczam calkowicie. Moze brzmi dziwnie ale mi to pomaga.
Ten watek z kamieniami jako barometrem jets ciekawy,nie myslalam o tym tak. ale wracajac do sedna - rozumiem ze chodzi o budowanie wlasnego systemu obserwacji a nie o szukanie jednej metody dla wszystkich. to troche zniecheca i troche uwalnia jednoczesnie 🙂
to co opisuje Uwarowit z ta niecierpliwoscia wchodzaca w sesje - mysle ze to jets wlasnie jeden z tych momentow gdzie trzeba sie zatrzymac i zapytac po co tak naprawde robie sesje. Zeby sie wyleczyc szybciej? Zeby cos kontrolowac? Bo jesli odpowiedz brzmi „zeby przyspieszyc” to ta energie juz na starcie bierzemy z miejsca strachu a nie spokoju. I wtedy faktycznie lepiej nie robic nic.
Ale jak masz kilka miesiecy za soba i cialo poprostu nie wraca do normy to chba naturalne ze sie niecierpliwisz? Nie mozna czlowiekowi powiedziec po prostu „odpusc” jak on juz odpuszcza od miesiecy i nic sie nie zmienia. To brzmi troche jak radzenie z pozycji zdrowia 🙂
