Czyli wychodzi na to, że żeby być odpowiedzialnym bioenergoterapeutą, trzeba znać przynajmniej podstawy psychologii, mieć superwizję, długi trening i świadomość własnych projekcji? To brzmi jak wymogi, które mało kto spełnia po krótkim kursie. Czy to znaczy, że większość praktykujących nie powinna w ogóle pracować z klientami?
Słucham tej rozmowy i zaczynam rozumieć, że moje pytanie, które miałam w głowie od początku tego wątku, było źle postawione. Zastanawiałam się, czy ja mogę być bioenergoterapeutką. A teraz widzę, że to pytanie powinno brzmieć inaczej: do jakiego poziomu pracy jestem teraz gotowa i co jeszcze muszę zrobić, zanim przejdę do kolejnego. Czy tak to rozumieją osoby, które są dalej na tej ścieżce?
Właśnie to zdanie, które napisałam na końcu poprzedniego posta, zostało ze mną. Do jakiego poziomu pracy jestem gotowa? To jest chyba znacznie uczciwsze pytanie niż 'czy mogę'. Bo 'czy mogę' brzmi jakby szukała odpowiedzi na zewnątrz, a to drugie pytanie zmusza do spojrzenia do środka. Dziękuję tej całej rozmowie za to przesunięcie.
To pytanie Dzidki trafia w samo centrum tego, o czym rozmawiamy już od dawna. Powiem tak z własnego doświadczenia: ja przez długi czas byłem przekonany, że jestem gotowy, bo czułem silne odczucia podczas pracy. I dopiero ktoś z zewnątrz, kto patrzył na to ze spokojem, pokazał mi, że mieszałem własne stany z tym, co dotyczyło drugiej osoby. Nie da się tego zobaczyć samemu.
Ale właśnie to mnie zastanawia od jakiegoś czasu w tej rozmowie. Mówisz, że ktoś z zewnątrz pokazał ci to, co sam widziałeś. Ale skąd ta osoba wiedziała, że ma rację? Czyli znowu pytanie o to, kto weryfikuje weryfikatora. Przepraszam, że kręcę, ale naprawdę nie mogę znaleźć końca tej pętli.
Ale właśnie, czy ma? Bo przez ostatnie kilkadziesiąt postów rozmawiamy o tym, co powinno być, ale nikt nie powiedział wprost, co w tej chwili faktycznie istnieje. Klimcia, Zdzichu, wy macie więcej doświadczenia w tym środowisku. Czy są jakieś struktury, które faktycznie działają, czy to wszystko jest rozsiane?
Iga, to jest trudne pytanie, bo odpowiedź jest niejednolita. Są szkoły, które mają naprawdę dobrze zbudowaną strukturę wsparcia i superwizji. Są stowarzyszenia, które próbują coś kodyfikować. Ale nie ma żadnej instytucji, która obejmuje całe środowisko. Więc to, co istnieje, istnieje lokalnie i zależy od tego, z kim się człowiek zetknął na początku drogi.
Słucham tej rozmowy z dużym zainteresowaniem, bo wchodzę tu z pozycji osoby, która patrzy na to z dystansu. I zastanawiam się nad czymś zupełnie innym. Czy nie jest tak, że ta niejednolitość, o której mówi Zdzichu, jest wbudowana w samą naturę tej dziedziny? Jeśli nie ma obiektywnego kryterium skuteczności, to trudno zbudować jedną strukturę weryfikacji.
Ja bym wróciła na chwilę do tego, o czym mówiła Michasia wcześniej, bo wydaje mi się, że ta sprawa z superwizją i projekcjami jest kluczem do pytania z tytułu wątku. Michasia powiedziała, że dopiero superwizja pokazała jej, jak bardzo myliła własne projekcje z rzeczywistością. To brzmi jak coś, czego żadna ilość samodzielnej nauki nie zastąpi. Czy ktoś miał inne doświadczenie, czyli że samodzielnie to sobie uświadomił?
Coś mnie uderzyło, jak Michasia to opisała. Bo ja też mam to z innymi rzeczami, nie z bioenergoterapią jeszcze, ale z tarotem. Czytam dla siebie i zawsze widzę to, czego się boję albo czego chcę. I dopiero kiedy ktoś inny czyta dla mnie, widzę, że to samo ułożenie kart może znaczyć coś zupełnie innego. Czy to jest podobny mechanizm?
No właśnie i to mnie ciągnie do pytania, które mam od dłuższego czasu w tej rozmowie. Czy nie jest tak, że te wszystkie afirmacje i przekonania, które ktoś sobie buduje w trakcie nauki, czyli że jest wrażliwy, że ma zdolności, że czuje energię, mogą działać jak te projekcje? Że ktoś afirmuje sobie bycie terapeutą i zaczyna interpretować wszystko jako potwierdzenie tej tożsamości?
Widziałem. I to nie jest rzadkie. Grupy, gdzie wszyscy nawzajem mówią sobie, że są wrażliwi i zdolni, tworzą bańkę, z której bardzo trudno wyjść. Bo wyjście oznacza zakwestionowanie nie tylko własnych umiejętności, ale całej wspólnoty, która cię wspierała. To jest psychologicznie bardzo trudne.
To, co Zdzichu opisuje, brzmi trochę jak coś, co znam z zupełnie innych kontekstów. Czy bioenergoterapia jako środowisko jest szczególnie podatna na takie bańki, czy to jest po prostu coś, co zdarza się wszędzie, gdzie jest silna wspólnota?
Bo nie ma takiego momentu przełamania bańki. I właśnie dlatego wracam do pytania z tytułu, czy każdy może być bioenergoterapeutą. Bo jeśli weryfikacja jest niemożliwa albo bardzo trudna, a bańka grupowa zastępuje weryfikację, to odpowiedź brzmi: technicznie tak, każdy może nim zostać, bo nikt mu nie powie, że nie może. Ale to nie znaczy, że powinien.
Właśnie o to mi chodziło, kiedy wcześniej mówiłam o superwizji. Bo moje własne odczucia podczas sesji były dla mnie przez długi czas jedynym punktem odniesienia. I byłam święcie przekonana, że skoro coś czuję, to znaczy, że coś się dzieje. Dopiero kiedy ktoś z zewnątrz zaczął mi zadawać niewygodne pytania, zobaczyłam, że to co czuję, to niekoniecznie to co się faktycznie dzieje u drugiej osoby.
To, co Michasia opisuje, jest moim zdaniem kluczowe dla pytania, czy każdy może być terapeutą. Bo to nie chodzi o zdolności wrodzone ani o wrażliwość samą w sobie. Chodzi o to, czy ktoś jest w stanie odróżnić własny stan od stanu drugiej osoby. I to jest umiejętność, która wymaga pracy, nie tylko wewnętrznego przeświadczenia.
Czytam to i mam pytanie, może naiwne, ale nie mogę go pominąć. Czy to odróżnienie, o którym Zdzichu mówi, w ogóle jest możliwe do sprawdzenia bez narzędzi z zewnątrz? Tzn. czy można dojść do tego samemu, czy zawsze potrzeba kogoś drugiego?
A mnie zastanawia coś innego. Rozmawiamy o tym, jak afirmacje i przekonania działają poza świadomością, ale czy nie jest tak, że to samo dotyczy klientów bioenergoterapeutów? Jeśli klient wierzy, że mu pomoże, to może mu pomóc niezależnie od umiejętności terapeuty. Więc skąd wiadomo, co tak naprawdę działa?
I tu jest chyba największy problem z pytaniem z tytułu, bo nawet jeśli ktoś ma wrodzoną wrażliwość, nawet jeśli czuje energię, to to nie wystarczy, żeby bezpiecznie pracować z ludźmi. Potrzebna jest jeszcze ta meta-umiejętność, o której mówi Klimcia. Rozpoznanie, kiedy się wychodzi poza swoje kompetencje.
Wracając do afirmacji i tego co Karma pytała wcześniej, bo myślę, że nie powiedzieliśmy tego wprost. Afirmacja 'jestem uzdrowicielem' powtarzana codziennie może dać komuś siłę i motywację, ale może też zasłonić pytanie, które powinno być zadane: dla kogo to robię i czy na pewno nie szkodzę? I to jest właśnie ten moment, gdzie przekonanie zaczyna działać poza świadomością w sposób, który już nie jest neutralny.
Czytam tę rozmowę i mam poczucie, że wszystko co tu pada dotyczy bardziej zaawansowanych praktyków. A ja jestem na początku i zastanawiam się, czy w ogóle mogę wiedzieć, czy mam do tego predyspozycje. Czy jest jakiś etap, kiedy to po prostu staje się widoczne?
Miałam kilka sesji u terapeutki i po jednej z nich poczułam coś bardzo wyraźnego w okolicach serca. Ona powiedziała, że oczyszczała tę czakrę. I od tamtej chwili zastanawiam się, czy sama mogłabym coś takiego czuć u innych. Nie wiem, czy to predyspozycja, czy tylko wyobraźnia.
A czy ktoś próbował w ogóle porównać swoje odczucia z odczuciami osoby, na której pracował? Tzn. czy kiedykolwiek zapytałaś terapeutkę, co ona wtedy czuła po swojej stronie? Bo zastanawiam się, czy takie bezpośrednie porównanie cokolwiek by wyjaśniło.
To jest bardzo trafne pytanie, które Nagietka postawiła. Bo jeśli terapeuta pracuje w określony sposób od lat, to jego opis własnych odczuć też będzie zabarwiony tym, w co wierzy. Nie dlatego, że kłamie, ale dlatego że mózg opowiada nam spójną historię. I z tego powodu rozmowa między terapeutą a klientem o 'co oboje czuliście' może być bardziej projekcją niż weryfikacją.
Wracając do pytania Apolonii, bo mi się wydaje, że trochę ją zostawiliśmy z pytaniem bez odpowiedzi. Ona pyta o predyspozycje, a my rozmawiamy o weryfikacji. Czy to znaczy, że najpierw trzeba w ogóle odpowiedzieć na pytanie 'czy mogę', zanim w ogóle zaczniemy pytać 'jak sprawdzić'?
To 'czy jestem gotowy' to jest chyba inne pytanie niż zdolności. Czyli mówisz, że gotowość można wypracować nawet bez wrodzonych predyspozycji? To by znaczyło, że odpowiedź na tytuł wątku jest 'prawie każdy, jeśli włoży w to odpowiednią pracę'? Powiedz, czy dobrze to rozumiem.
Ale jest jeszcze jeden aspekt, który mi chodzi po głowie od połowy tej rozmowy. Afirmacje, o których rozmawialiśmy, działają poza świadomością, to ustaliliśmy. Ale czy jest możliwe, że ktoś przez lata afirmowania swojego 'daru' faktycznie rozwinął jakieś realne umiejętności obserwacji, empatii, czytania niewerbalnych sygnałów, i że to właśnie daje efekty? Tzn. czy afirmacja może być drogą okrężną do realnej kompetencji?
