Pracuje z bioenergią od kilku lat i coraz bardziej dochodzę do wniosku, że cisza to nie jest tylko brak halasu. Chodzi o coś więcej. Kiedy pracuję z pacjentem w terenie, na lace albo w lesie, efekty są po prostu inne niż w zamkniętym pomieszczeniu. Nie mówię, że lepsze albo gorsze, ale inne. Energia jakby... płynie inaczej. Mniej oporów, mniej blokad. zastanawiam się czy to kwestia samej przyrody, czy właśnie tej ciszy, którą przyroda ze soba niesie. Czy ktoś z was ma podobne doświadczenia z pracą na zewnątrz?
O tak, dokładnie to samo! Jak pracuję w ogrodzie albo gdzieś na trawie to czuję że energie są bardziej miękkie, płynne. W domu jakby jest jakaś ściana, energia jakby się odbija od ścian. cisza w naturze to zupełnie inny rodzaj ciszy niz ta domowa, chyba każdy kto praktykuje to wie 🙂
Hm, ale co to znaczy że energia płynie inaczej? Jak to możesz zmierzyc? Nie mówię że to nieprawda ale trochę nie rozumiem tego mechanizmu. Może po prostu lepiej się koncentrujesz bo nie słyszysz lodówki i sąsiada przez sciane?
Cisza w naturze ma swoja warstwę. To nie jest zero dźwięku, bo w lesie jest dużo dzwiekow, ptaki, wiatr, szum liści. To jest cisza w sensie energetycznym, brak tej statyki, szumu elektromagnetycznego, który mamy wszędzie wokół siebie w mieście. Pracuję od dawna i zawsze powtarzam swoim uczniom, że ziemia ma własny rytm i jak przychodzisz do niej z intencją uzdrawiania, to ona podpowiada gdzie szukać. ale żeby ją usłyszeć, trzeba samemu wyciszyć głowę, a to w naturze przychodzi łatwiej. 😛
Mhm, dokładnie tak. Czakra podstawy to jest połączenie z ziemią i jak siedzisz w betonowym bloku to ta czakra jest po prostu odcięta, nie ma jak się zakotwić. dlatego praca w lesie albo na łące daje takie efekty. To kwestia uziemienia, po angielsku mówi się earthing i są nawet badania że chodzenie boso po trawie wpływa na bioelektryczność ciała. No więc cisza to przy okazji, główna sprawa to kontakt z ziemią.
Czytam tą dyskusję i mam pytanie do bardziej doświadczonych. Czy w ogóle cisza jest WARUNKIEM pracy bioenergoterapeutycznej, czy tylko ułatwieniem? Bo znam kogoś kto pracuje w centrum masażu z muzyką w tle i twierdzi że mu to nie przeszkadza. Więc gdzie jest granica? ^^
Ja próbowałam raz robić ćwiczenia z czakrami na działce teściowej i muszę powiedzieć ze czułam coś inaczej. Ale trudno powiedzieć czy to nie był po prostu świeży powietrz i spokój, bo byłam tam sama. Trudno mi oddzielić co było energetyczne a co zwykły relaks. czy da się w ogóle to odróżnić?
Jest takie pojecie genius loci, duch miejsca. Stare tradycje mówiły że każde miejsce ma swojego opiekuna, swojego ducha. Kiedy pracujesz w lesie, nie pracujesz tylko z własną energią i energią pacjenta. Wchodzisz w relacje z miejscem. Cisza naturalna to nie brak dźwięku, to obecność. I w tej obecności praca bioenergoterapeutyczna ma inne kotwice, inne punkty odniesienia.
To co Ignaś napisał o duchu miejsca jest ciekawe, nigdy tak na to nie patrzyłam. zawsze myślałam o bioenergii jak o czymś co jest w człowieku, a nie w miejscu.
auć... właśnie! I tu jest chyba sedno. energia nie jest tylko w nas, jest wszędzie wokół i miejsce może nam albo pomagać albo przeszkadzać. Dlatego dobór miejsca do sesji to jest moim zdaniem PODSTAWA, a jakos mało się o tym mowi. Znam terapeutów którzy pracują w takich klinikach ze sztucznym oświetleniem i plastikowanymi fotelami i serio mnie to zastanawia.
Wróćmy na chwilę do pytania z tytułu bo trochę odpłynęliśmy. Czy energia boi się ciszy to ciekawe sformulowanie. Ja bym odwrócił pytanie, energia NIE boi się ciszy, to my się boimy ciszy bo nie jesteśmy do niej przyzwyczajeni. A cisza jest warunkiem żeby w ogóle coś usłyszeć, wyczuć, zobaczyć to co zwykle przykrywa szum codziennosci. Praca bioenergetyczna w ciszy to nie przywilej, to po prostu bardziej uczciwe warunki pracy.
Dla mnie zdecydowanie ta wewnętrzna. Zewnętrzną mogę sobie zorganizować, wyjezdzam za miasto, szukam miejsca. Elektromagnetyczną ciezej, ale to kwestia gdzie się pracuje. Ale żeby wyłączyć tą gadaninę w głowie przed sesją, to trwa, czasem dłużej niż sama sesja. I mam wrażenie że to właśnie ona najbardziej wpływa na jakość pracy, nie to czy za oknem jedzie tramwaj.
matko... ok ale teraz to brzmi jakby cisza zewnętrzna i środowisko w ogóle nie miały znaczenia, a przecież piszecie że w lesie działa lepiej. To jedno i drugie naraz? Że środowisko pomaga i nie pomaga? Bo trochę mi się to kręci w kółko.
a propos genius loci, bo Ignaś to poruszył wcześniej i temat trochę przepadl. Czy to znaczy że są miejsca ktore aktywnie pomagają w pracy, i takie które przeszkadzają? Nie mówię o hałasie tylko o czymś głębszym. Jak to rozpoznać? ^^
Rozpoznanie miejsca to temat na osobny wątek, ale krótko: ciało wie zanim głowa zdąży zanalizowac. Wchodzisz gdzieś i masz nieuzasadniony spokój, albo nieuzasadniony niepokój. Starożytni Rzymianie to rozumieli intuicyjnie, stad właśnie genius loci. Nie pytali czy miejsce jest energetyczne, po prostu czuli. My to samo uczucie próbujemy opisać inaczej.
o, to ciekawe co Ignaś pisze o ciele. Bo ja jak byłam raz na jakimś starym cmentarzu (nie nocą, nie w takim sensie, po prostu spacer) to miałam dziwne uczucie jakby coś mnie przyciągało do ziemi. Nie nieprzyjemne, ale inne. To mogło być tak jak mówisz?
a ta pacjentka wiedziała że jesteście na warsztatach w górach, tak? Czyli wiedziała że jest inne miejsce, inny klimat, może podekscytowanie. To trochę psuje ten przykład, bo sugestia mogła zadziałać nawet bez żadnych słów z twojej strony. 😀
ja coś podobnego ale nie tyle oddechowe co po prostu kilka minut stania boso na trawie jak jest lato. Wiem że brzmi dziwnie ale mnie to bardziej uziemia niż ćwiczenia. Niewiem czy to ma jakiś sens energetyczny, może to tylko psychologiczne, ale działa na mnie.
czytam ten wątek od dłuższego czasu i mam pytanie trochę z innej strony. Wszyscy mówicie o ciszy jako czymś co POMAGA. Ale czy jest możliwe ze dla kogoś za duża cisza przeszkadza? Mam na myśli że znam osoby które nie mogą medytować w totalnej ciszy, muszą mieć jakiś dźwięk w tle bo inaczej za bardzo słyszą własne myśli ^^
tak, pracuję z takimi osobami. i szczerze to jedne z ciekawszych sesji. Właśnie dlatego że to nieznoszenie ciszy często jest objawem, nie przyczyną. Ale - i tu wracam do tematu - to nie znaczy że od razu fundujemy im totalną ciszę. Czasem zaczynam od delikatnego dźwięku w tle, potem stopniowo ciszej. To trochę jak aklimatyzacja.
ale to brzmi już bardziej jak psychoterapia niż bioenergoterapia. I nie mówię że to źle, tylko że ciekawi mnie gdzie ty sam stawiasz granicę miedzy jednym a drugim. bo ta aklimatyzacja którą opisujesz to brzmi jak metoda ekspozycyjna.
To nie jest mieszanie, to jest splot. Cisza miejsca i cisza człowieka wchodza w dialog. Miejsce może mieć swoją ciszę, głęboką, starą, taką której nie da się opisać slowami. Ale jeśli człowiek przynosi ze sobą wewnętrzny hałas, to ta cisza miejsca zostaje zasłonięta. Stąd wazne jest jedno i drugie, ale w odpowiedniej kolejności.
okej to jest uczciwe i za to chwała. Ale te badania dotyczą przebywania w naturze, nie pracy energetycznej w naturze. To nadal dwa różne twierdzenia.
mam pytanie trochę z boku - co jeśli ktoś nie ma dostępu do natury? Mieszka w dużym mieście, nie ma samochodu. Czy ta praca w ogole może działać w mieszkaniu w bloku? Pytam bo mnie to dotyczy i troche się martwię że jestem z góry na przegranej pozycji.
eh a parki? Szczerze pytam, bo nigdy nie próbowałem pracowac w parku i jakos wydaje mi się że to nie to samo co las, ale może się mylę. Czy ktoś miał doświadczenia z pracą energetyczną w parku miejskim
Park może być wystarczający, choć zależy jaki. Stary park z dużymi drzewami to co innego niż skwer z trawnikiem i ławkami. Drzewa są w tej pracy kluczowe - mają swój rytm, powolny, niezależny od naszego pospiechu. Sama kiedyś prowadziłam ćwiczenia w starym parku i powiem że cisza pod koronami dębów to cisza inna niż na polanie. Niewiem czy lepsza ale inna.
wracając do mojego pytania o miasto - rozumiem że las i park to lepsze warunki, ale czy ktoś faktycznie prowadził sesje w mieszkaniu i widział efekty? Bo ta dyskusja troche mnie przytłacza, mam wrażenie że bez natury w ogóle nie ma sensu próbować
