A ja wyciągnęłam karty do tej dyskusji, bo nie mogłam się powstrzymać 🙂 Wenus w piątym kojarzy mi się z Dziewiątką Kielichów, bo to taka karta spełnienia przez przyjemność, ale też przez własne szczęście. Czy ktoś z was też widzi to połączenie, czy to tylko moje skojarzenie?
Ale zaraz, to by zmieniało całą tę rozmowę o lekkości. Jeśli Wenus w piątym prowadzi ku samowystarczalności emocjonalnej, to może ten mit o 'głębokiej miłości w drugiej połowie życia' bierze się stąd, że wcześniej ktoś po prostu nie potrzebuje partnera na serio? I dopiero jak coś się zmienia w tej wewnętrznej konfiguracji, szuka głębi?
Właśnie to mnie w tym układzie zastanawia od początku. Czy ta miłość późniejsza przychodzi dlatego, że ktoś dojrzał, czy dlatego, że przez długi czas wybierał partnerów którzy nie zakłócali jego własnej radości? Bo to są dwa zupełnie różne mechanizmy i prowadzą do różnych wniosków.
A mi się nagle przypomniało że to pytanie o głęboką miłość w drugiej połowie życia jest w tytule wątku od początku i jakoś to zgubiłyśmy po drodze. Martynka, czy ty sama uważasz że ten aspekt naprawdę tak działa? Pytam bo przez całą rozmowę bardziej dekonstruujesz ten mit niż go potwierdzasz.
Może to nie jest kwestia układu samego w sobie, tylko tego co on wyzwala w konkretnym życiu? Tak jak wróżby - kiedy ktoś pyta karty o miłość, to nie karty 'robią' miłość, ale pytanie otwiera coś w środku. Może z Wenus w piątym jest podobnie, że sam układ nic nie gwarantuje, ale wiedza o nim może uruchomić proces.
Wróciłam do tej rozmowy i właśnie to co Kabalista napisał bardzo mi się ułożyło w głowie. Bo właśnie ten konflikt, między chceniem żeby było lekko i jednocześnie żeby było poważnie, to jest dokładnie to co czuję w relacjach. Tylko nigdy nie miałam na to słów. Więc może ten symbol jest dobry właśnie dlatego że nazywa coś realnego, a nie dlatego że to 'przepowiednia'.
Babcia mówiłaby pewnie że to co Sandra opisuje to jest po prostu 'głód serca który nie wie czego chce'. I w sumie nie potrzeba astrologii żeby to poczuć, ale może astrologia pomaga to zobaczyć z zewnątrz, jak lusterko. Czy wy tak z niej korzystacie, bardziej jak z lustra niż jak z przepowiedni?
Słuchałam tej całej rozmowy i nie zabrałam głosu, ale jedno mnie intryguje, przepraszam że użyję tego słowa, bo nie mam innego. To co Wandzia mówi o lustrze, i to co Martynka mówiła o dzieciństwie, i to co Sandra czuje, to wszystko wskazuje na jedno: może Wenus w piątym to nie jest obietnica ani przepowiednia, tylko po prostu pytanie które ten układ zadaje. Pytanie brzmi: czy umiesz kochać kogoś tak samo lekko jak siebie samą w chwili prawdziwej radości? I może właśnie dlatego ta głęboka miłość przychodzi późno, bo to pytanie długo zajmuje.
...bo może Wenus w piątym to nie jest opis tego jak kochamy, tylko opis tego czego się boimy w miłości? Że zabawa jest bezpieczna, a głębia przeraża? I ta 'głęboka miłość w dojrzałości' przychodzi wtedy kiedy ktoś wreszcie przestaje się bać?
Przeczytałam to co Kinsia napisała i mam dreszcze. Bo to właśnie tak wygląda u mnie. Jak coś zaczyna być poważne, to natychmiast szukam pretekstu żeby to rozluźnić, zażartować, nie brać zbyt serio. Myślałam że to mój charakter. A tu nagle wychodzi że to może być coś głębszego.
To jest dokładnie to o czym myślałem kiedy Nasturcja pisała o sabotażu. U mnie też jest automatyczne. I zawsze tłumaczyłem sobie że partner był 'za poważny' albo 'za szybko chciał zobowiązania'. Ale jak teraz patrzę na to co Sandra opisuje, to może to ja byłem tym problemem.
Cieszę się że Kabalista to powiedział wprost, bo za często na forach ezoterycznych astrologia jest traktowana jako zamiennik terapii. A to jest po prostu niebezpieczne. Można mieć naprawdę trafny opis w horoskopie i nadal nie wiedzieć co z nim zrobić, bo opis to nie praca.
Dobra, ale to teraz wychodzi że Wenus w piątym to jest jakiś wyrok? Bo czytam tę rozmowę i mam wrażenie że każde wyjście jest złe. Albo uciekasz w zabawę, albo czekasz na właściwy czas, albo sabotażujesz, albo masz skrypt. Gdzie tu jest jakiś pozytywny scenariusz?
To zestawienie tarota z horoskopem jest naprawdę ciekawe i chciałabym zapytać Kabalista i Westaklę razem, bo mi to nie daje spokoju. Czy te systemy pokazują to samo, tylko innym językiem? Czy mogą sobie zaprzeczać? Bo w duchach i zjawiskach też widzę wzorce które powtarzają się niezależnie od systemu opisu, ale nigdy nie wiem czy to zbieżność czy coś głębszego.
Wróćmy na chwilę do pytania z tytułu, bo mam wrażenie że odpowiedź na 'czy miłość powinna być zabawa' jest inna w zależności od tego czy Wenus w piątym jest w harmonii czy w napięciu z innymi planetami. Czy ktoś tu wie czy jest jakaś różnica w tym jak ten aspekt działa przy różnych konfiguracji? Bo może problem nie leży w samym piątym domu, tylko w tym z czym Wenus jest połączona.
Martynka, to co powiedziałaś o dwóch znajomych jest naprawdę kluczowe. Bo Wenus w piątym to nie jest jeden wzorzec, to jest rama. I to co ją wypełnia zależy od aspektów, od znaku, od pozycji władcy piątego domu. Nie ma jednej Wenus w piątym, są dziesiątki wariantów. Więc kiedy ktoś pyta czy ta pozycja oznacza głębszą miłość po czterdziestce, to ja chcę wiedzieć: co jeszcze jest w tym horoskopie?
No ale moment, bo mnie już gubi ta rozmowa. Z jednej strony mówicie że wzorzec istnieje, z drugiej że nie można go uogólniać. To jak w ogóle mamy to używać praktycznie? Po co komuś ta wiedza jeśli za każdym razem trzeba tłumaczyć że 'to zależy'?
Jak to przeczytałam to musiałam odejść od komputera na chwilę. Powierzchnia doskonale zamaskowana. To jest właśnie to. I najgorsze jest to że ta powierzchnia jest naprawdę przyjemna. Nie cierpisz. Cieszysz się. I dopiero jak patrzysz wstecz to widzisz że wszystko było płytkie.
Jedna z nich miała stratę. Nie powiem szczegółów bo to nie moje do opowiadania, ale przeszła przez coś trudnego i po tym już nie mogła bawić się w miłość jak wcześniej. Jakby życie powiedziało: dosyć. Druga natomiast była na jakiejś długiej pracy z psychologiem i sama mówi że tamten proces coś w niej otworzył. Więc u obu był jakiś punkt przełamania, tylko inny.
Babcia mówiła że człowiek poważnieje kiedy ma co stracić albo kiedy już stracił. Nie wiem czy to pasuje do astrologii, ale to co Martynka opisuje brzmi właśnie tak. Dopóki wszystko jest lekkie, to nie ma powodu żeby wchodzić głębiej. A jak coś się wywróci, to nagle ta głębia staje się koniecznością.
Słucham tej rozmowy od początku i mam takie naiwne pytanie pewnie. Czy ktoś z Wenus w piątym w harmonii, bez tych trudnych aspektów, kiedyś tu powiedział że nie ma tego problemu z lekkością? Bo cała rozmowa kręci się wokół ludzi którzy mają z tym trudność. A może są osoby które mają ten układ i po prostu mają lekką, głęboką i dobrą miłość bez żadnego przełamywania?
A właśnie, bo zostałam przy tej myśli o trygonie z Jowiszem i chcę dopytać. Czy to oznacza że Wenus w piątym z dobrym aspektem do Jowisza to jest ta wersja gdzie lekkość naprawdę jest darem, nie mechanizmem? Bo to by zmieniało całą rozmowę o głębi po czterdziestce. Może u niektórych osób z tym układem głębia po prostu nie jest celem i nie ma w tym żadnej blokady?
To mi przypomina pewną wróżbę którą kiedyś robiłam sobie z kart na nowy rok. Wyszedł Hermit i myślałam że to katastrofa, a okazało się że to był rok kiedy wszystko się poukładało, tylko w ciszy. Może Saturn jest trochę jak Hermit właśnie? Nie zabiera, tylko każe się zatrzymać?
Czytam to i myślę o sobie, i właśnie nie wiem do której grupy należę. Mówiłam wcześniej że ta radość w związkach jest u mnie prawdziwa, nie udawana. Ale po tym co Stefcia napisała wcześniej o powierzchni która maskuje coś głębszego, to zaczęłam się zastanawiać czy w ogóle byłabym w stanie odróżnić jedno od drugiego.
Słucham Sandry i to brzmi znajomo. Ja mam podobnie, tylko nie wiem co mam w piątym domu bo nigdy dokładnie nie patrzyłem na swój horoskop w ten sposób. Ale ten odruch żartowania kiedy rozmowa robi się poważna, to u mnie jest i zawsze myślałem że to po prostu charakter.
Właśnie o to mi chodziło kiedy zakładałam ten temat. Bo jedna z moich znajomych też tak mówiła, że to charakter, że ona jest po prostu wesoła i lekka. I przez długi czas wszyscy jej w to wierzyli, ona też sobie wierzyła. A potem przyszło to trudne doświadczenie które opisywałam i okazało się że ten charakter miał dno, którego wcześniej nie dotknęła.
Babcia mówiła też takie zdanie że człowiek nie wie co czuje, dopóki nie poczuje czegoś naprawdę. Może to jest to właśnie. Że lekkość nie jest fałszywa, ona jest prawdziwa, ale niepełna. I to nieszczęście albo ta praca z psychologiem, o których Martynka pisała, to nie jest zamiana jednego na drugie, tylko dodanie drugiego dna.
