Przepraszam że znów dopytam, bo naprawdę staram się zrozumieć. Skoro mówicie że Chiron przy ascendencie zaprasz ludzi przez 'widoczną ranę', to czy ta rana jest widoczna dla innych, czy tylko dla nas? Bo Kacperek chyba sam tego nie widzi u siebie, inni to czują. Jak to działa?
Ale to jest trochę niepokojące jak tak o tym myślę. Jeśli nasza rana jest widoczna dla innych, a my o tym nie wiemy, to znaczy że jesteśmy jakoś... bezbronni? Czy ten aspekt z Jowiszem cokolwiek z tym robi, czy tylko amplifikuje tę otwartość bez żadnej ochrony?
Hilek, ale jak to jest z tą zmianą perspektywy? Bo to brzmi jak coś co przychodzi samo z aspektem, a z tego co czytam w tym wątku wynika że aspekt sam nic nie robi, potrzeba pracy. Czy ta 'pogoda ducha' przy Jowiszu to coś danego czy wypracowanego?
Ja też się nad tym zastanawiam. Bo Hilek wcześniej mówił o etapach, a teraz brzmi jakby Jowisz dawał jakiś naturalny zasób. To trochę sprzeczne. Może mógłbyś to rozwinąć? Naprawdę staram się to ogarnąć.
Okej, ale wracając do tego co pytałam, bo chcę to zrozumieć. Jeśli inni widzą tę ranę, a my nie, to jak w ogóle możemy pomagać innym świadomie? Wydaje mi się że uzdrowiciel powinien wiedzieć co robi, a nie działać przez przypadek przez jakąś niewidoczną dla siebie energię.
Lunella, ja przez długi czas pomagałam dokładnie tak jak opisujesz, przez przypadek i bez świadomości. I wiesz co, może to nie jest najgorsza rzecz? Czasem zbyt duża świadomość własnej 'roli uzdrowiciela' bardziej przeszkadza niż pomaga. Widziałam ludzi którzy tak bardzo wiedzieli że są uzdrowicielami, że zapomnieli słuchać.
Zaraz, zaraz. Czy nie mieszamy tu poziomów? Bo Jowisz powiększa co mu dasz, to prawda, ale to nie znaczy że automatycznie powiększa ego. Mogę się mylić, ale przecież Jowisz jest też związany z mądrością, a mądrość raczej ego redukuje niż nadmuchuje. Skąd ta teza o ego przy tym aspekcie?
Ja przeczytałem całą tę dyskusję i mam jedno proste pytanie. Skoro tak dużo zależy od tego jaką mamy gotowość, a nie od samego aspektu, to czy astrologia w ogóle tu cokolwiek mówi nam konkretnego? Pytam serio, nie złośliwie.
Kacperek, ja mam podobne wątpliwości szczerze mówiąc. Ale wydaje mi się że astrologia nie mówi 'będziesz tak a tak', tylko raczej 'masz takie a takie zasoby i takie wyzwania'. To nie jest przepowiednia, to mapa. Przynajmniej tak to rozumiem po tym wątku.
Sybilia to dobrze ujęła. Aspekt Jowisz-Chiron to właśnie mapa, nie wyrok. I żeby trzymać się tytułu, bo nam trochę rozmowa odpłynęła, kluczowe pytanie brzmi: czy szczęście w tym aspekcie wynika z samego uzdrowienia, czy że zdolności do uzdrawiania innych? Bo to są dwie różne rzeczy i myślę że tu jest serce tego wątku.
O, to jest świetne rozróżnienie. Czy ktoś tu ma dosyć wyraźny ten aspekt i może powiedzieć jak to czuje od środka? Czy bardziej czujesz że to ty uzdrawiasz, czy że to twoje własne uzdrowienie daje ci spokój, który inni czują przy tobie?
Czytam ten wątek już od dłuższego czasu i mam pytanie które mnie nurtuje. Mówicie o uzdrawianiu innych, ale czy Jowisz-Chiron może też działać czysto na poziomie wewnętrznym, bez żadnej pracy z innymi? Czy ktoś z tym aspektem może po prostu... sam siebie uzdrowić i na tym skończyć? Czy to aspekt który zawsze jakoś ciągnie do ludzi?
To co Hilek mówi o 'wyciekaniu' jest dla mnie klucz do tego wątku. Może właśnie o to chodzi w tym aspekcie, że szczęście przychodzi kiedy przestajemy kontrolować czy pomagamy czy nie, i po prostu żyjemy z tą energią. I wtedy naturalnie trafia do tych którzy potrzebują. Nie wiem, może to naiwne, ale tak to czuję.
To co Kachna pisze o 'wyciekaniu' to mnie uderzyło. Bo to tak jakby powiedzieć że aspekt sam decyduje kiedy pomagasz, a nie ty. Ale przecież mamy wolną wolę, nie? Albo mówimy że aspekt działa niezależnie od nas, albo że musimy pracować. Nie można mieć i tego i tego naraz.
To co Otylka mówi jest ważne dla tytułowego pytania. Jeśli szczęście pochodzi z uzdrowienia, to może właśnie ten moment kiedy zaczynasz rozumieć własną ranę i stawiać granice, to jest ten punkt gdzie szczęście naprawdę się zaczyna. Nie wcześniej. Bo wcześniej dajesz, ale kosztem siebie, a to nie brzmi jak szczęście.
