Zaczęłam pisać ten temat bo ostatnio znowu się posypało. Mąż usłyszał jak powtarzam afirmacje przed lustrem i zaczął się śmiać. Nie złośliwie, ale jednak. Powiedział coś w stylu - słyszysz siebie w ogóle? Gadasz do lustra jak wariatka. I wiesz co, przez chwilę mi się posypała ta cała "prawda wewnętrzna" którą budowałam przez tygodnie. Zamiast mu odgryźć albo spokojnie wyjaśnić, poprostu uciekłam do łazienki. Siedziałam tam z dziesięć minut i myślałam: no i co teraz? Czy on ma rację? Czy ja się po prostu okłamuję? I tu jest właśnie ten problem - jak wy sobie z tym radzicie? Z tym że ktoś bliski kompletnie nie rozumie po co to robimy i zamiast zostawić w spokoju, to komentuje? Nie chodzi mi o przekonanie go do afirmacji, bo to jego sprawa... chodzi o to żeby mi ta jedna głupia uwaga nie niszczyła tygodnia roboty.
To jest jeden z tych tematów gdzie ludzie dają najgorsze rady w stylu - po prostu go zignoruj, otocz się złotym światłem ochrony, wyobraź sobie tarczę energetyczną itd. I potem się dziwią że nie działa, bo za tydzień ta sama sytuacja i znowu się sypie. Moim zdaniem problem jest głębiej. Jeśli jedna uwaga męża potrafi zburzyć tygodnie pracy, to te afirmacje jeszcze nie zakorzeniły się naprawdę. To nie zarzut, to diagnoza. sama przez to przechodziłam.
Trochę zgadzam się z Raveną, trochę nie. Bo jest różnica między tym że reagujesz emocjonalnie na uwagę bliskiej osoby, a tym że ta uwaga rozkłada ci całą praktykę. Pierwsze jest ludzkie, drugie to już wskazówka że coś w fundamencie nie gra. Ale to nie znaczy od razu że afirmacje są złe albo że za słabo pracujesz. morze poprostu robisz je zbyt mechanicznie, bez zakorzenienia w ciele? Mówisz sobie pozytywne rzeczy, ale głębiej w to nie wierzysz, więc jeden komentarz z zewnątrz wystarczy żeby cały zamek z kart się posypał.
Ja mam dokładnie odwrotnie - u mnie to mama, nie partner. I ona jest bardziej subtelna niż ten śmiech wprost, ona po prostu pyta: no i co ci to dało? z taką miną że wiadomo co myśli. I to jest nawet gorsze bo nie możesz się odgryźć wprost, bo niby nic nie powiedziała. Czy ktoś próbował w ogóle jakoś rozmawiać z tą drugą osobą o co chodzi? Czy lepiej w ogóle nie tłumaczyć i po prostu oddzielić te przestrzenie?
Joj, znam to z obu stron bo sam kiedyś byłem tym który się śmiał, zanim zacząłem rozumieć o co chodzi. I powiedzcie mi, bo ciekaw jestem - czy wy wogóle próbujecie osłaniać tą praktykę energetycznie przed wpływem domowników, czy to traktujecie jako czysto mentalną sprawę bez wymiaru energetycznego? Bo to co opisuje Kinia to klasyczny przykład gdy cudzysza energia wchodzi w przestrzeń którą próbujesz budować. I to nie jest metafora, to jest realna interakcja pól.
Ale czy to nie jest trochę tak że jak musisz tyle pracy wkładać w ochronę przed własnym mężem czy mamą, to może problem nie jest w afirmacjach tylko w tej relacji? Bo to brzmi jakbyś musiała się od kogoś bliskiego chronić, a to juz chyba nie powinno tak działać w zdrowym domu?
No właśnie, to ważna uwaga. Różnica jest ogromna między partnerem który aktywnie sabotuje i partnerem który po prostu nie kumuje o co chodzi i robi głupie komentarze. W tym pierwszym przypadku to jest realny problem do rozwiązania w relacji. W tym drugim, i to jest chyba sytuacja Kini, sprawa jest zupełnie inna - chodzi o budowanie wewnętrznej stabilności ktora nie wali się od jednego zdania. I Nekromanta ma rację w jednym - ta stabilność nie bierze się z samego powtarzania słów. To jest głębsza robota xD
No cóż, A ja mam inne pytanie może trochę z boku - czy wy mówicie bliskim wogóle że robicie afirmacje, czy to jest wasza prywatna sprawa? Bo może problem zaczyna się już na poziomie tego że w ogóle ktoś o tym wie i może komentować?
Ja już nie mówię nikomu, bo po tym jednym razie się nauczyłam. Ale coś mi tu nie gra co do tego, bo z jednej strony mam spokój, a z drugiej strony czję że ukrywam część siebie. I nie wiem czy to jest zdrowe 🙂
Uff, przeczytałam Wasze wpisy i mam jedno pytanie - czy to jest tak że im dłużej robisz afirmacje tym ta zewnętrzna krytyka mniej boli, i to jest znak że dobrze idziesz? Czy może to jest bardziej skomplikowane?
Wracając do swojej sytuacji - po przeczytaniu tego wszystkiego chyba zaczynam rozumieć że mój problem nie jest z mężem. On jest tym co ujawniło problem który już był. Nie mam stabilnej bazy pod tymi afirmacjami, mówię je ale chyba jeszcze im nie wierzę naprawdę. I zamiast na niego się złościć albo szukać jak się przed nim chronić, to może muszę najpierw posiedzieć z tym czemu sama w siebie nie wierzę wystarczająco. To jest niekomfortowa myśl ale chyba prawdziwa.
I to jest właściwy wniosek, serio. Nie partner jest problemem, bo partner to tylko lustro. Ale mam pytanie, bo mnie to interesuje - mówisz że mówisz afirmacje ale im nie wierzysz. To jak długo już to robisz? Bo jest duża różnica między tym że jesteś za wcześnie w procesie, a tym że te konkretne afirmacje po prostu nie są twoje i nigdy nie zadziałają.
No i tu jest sedno. joj, gotowe afirmacje z netu to jak kupiona modlitwa - niby słowa są ok ale niema w tym twojego oddechu. jak zaczniesz pisac własne, nawet jezeli beda mniej "ładne" i bardziej koślawe, to beda twoje i nikt ci ich jednym zdaniem nie wywróci.
