Mam pytanie, które chodzi mi po głowie od jakiegoś czasu i nie znalazłam na nie odpowiedzi w innych wątkach. Chodzi o to, KIEDY właściwie zacząć pracę z afirmacjami - czy przed problemem (proaktywnie, żeby w ogóle nie dopuścić do kryzysu) czy dopiero kiedy już jesteś w dołku i próbujesz się z niego wydostać (reaktywnie). Bo intuicyjnie czuję, że to są dwie różne rzeczy i że nie każda afirmacja sprawdza się w obu sytuacjach. Ale nie wiem jak to ugryźć. Zaczęłam się nad tym zastanawiać szczególnie w kontekście osób które mają za sobą jakieś trudne przeżycia - traumy, straty - i nie wiem czy afirmacje w ogóle powinny tam wchodzić na wczesnym etapie. co myślicie?
O, dobry temat. ja tez sie nad tym zastanawiałam ale jakoś nigdy nie ułożyłam tego w słowa tak konkretnie jak ty. Z mojego doswiadczenia - jak probowałam afirmacje w najgorszym momencie to sie odbijały jak od sciany. Powtarzałam sobie "jestem spokojna i bezpieczna" a gdzies w środku cos krzyczało ze to nieprawda i wogóle czułam sie przez to gorzej. jak by to kłamstwo wchodziło w konflikt z tym co naprawde czuję. Dopiero jak się trochę ustabilizowałam to zaczęło dzialac. Więc imo - reaktywnie owszem, ale nie w samym środku kryzysu tylko troche pozniej.
Czytam i zastanawiam się - a co to właściwie znaczy "proaktywnie"? Że się powtarza afirmacje na zapas, zanim coś złego się wydarzy? Nie wiem, jakoś dziwnie to brzmi, bo skąd wiadomo co cię spotka. Nie pytam złośliwie, serio nie rozumiem tej logiki.
Tamarka.2 trafnie to opisała i chcę to rozwinąć, bo to jest kluczowa kwestia, która często umyka w dyskusjach o afirmacjach. Jest coś, co w psychologii nazywa się konfliktem poznawczym - kiedy afirmacja jest zbyt daleko od twojego aktualnego stanu, umysł ją odrzuca. I to nie jest słabość ani błąd w praktyce, to jest mechanizm ochronny. Dlatego w pracy z osobami po trudnych przeżyciach - szczególnie urazowych - afirmacje w klasycznej formie mogą nie tylko nie pomóc ale wręcz pogłębiać poczucie porażki. "Jestem silna i szczęśliwa" powiedziane osobie w ostrym stanie po traumie to jak naklejenie plastra na złamanie. Nie chodzi o to, żeby nie pracować ze słowem i intencją, chodzi o to, że trzeba dobrać sposób do etapu. Czy ktoś z was pracował z afirmacjami pomostowymi - takimi, które nie zaprzeczają aktualnemu stanowi, tylko przesuwają o jeden krok?
Słuchajcie, wchodzę tu z nieco innej strony, bo mnie to pytanie "proaktywnie czy reaktywnie" skojarzyło się ze starymi słowiańskimi praktykami ochronnymi - tam nie czekało się na zło, tylko regularnie odnawiano ochronę domu, siebie, bliskich... Coś w stylu codziennej higieny duchowej. Może proaktywne afirmacje to jest właśnie to - nie przewidywanie katastrof, tylko regularne utrzymywanie wewnętrznego porządku. A reaktywne to już bardziej praca naprawcza, inna jakościowo. Nie wiem czy to porównanie ma sens dla was, ale mi jakoś pomaga to odróżniać.
Mam pytanie trochę z innej strony - co jeśli ktoś nie wie, że ma traumę? Np. długo myślał że po prostu "tak ma" albo że jest za słaby, a dopiero teraz zaczyna rozumieć że to mogło być coś poważniejszego. I w tym czasie przez lata robił afirmacje bo gdzieś wyczytał że trzeba. Czy to mu szkodziło? 🙂 bo teraz się trochę boję
Od dawna tu zaglądam i mam wrażenie że w ogóle nie poruszyłyście jednej rzeczy - a mianowicie CZASU. bo nawet jeśli ktoś wie że jest po trudnym przeżyciu i chce zacząć z afirmacjami reaktywnie,to skąd ma wiedzieć że już "pora"? Że jest wystarczająco stabilna żeby to miało sens, a nie sie odbijało jak Tamarka pisała? Jest jakiś sygnał, znak, coś konkretnego?
Śledziłem ten wątek i mam takie naiwne może pytanie - czy ktoś próbował robić coś w stylu afirmacji proaktywnych jako rutyna poranna, zanim jeszcze wiadomo co będzie tego dnia? Coś krótkiego, 2-3 zdania. uff, zastanawiam się czy to ma wogóle sens jeśli nie jesteś w żadnym kryzysie, po prostu chcesz być bardziej odporny na co dzień.
