Mam wrażenie, że temat afirmacji jest na tym forum traktowany albo entuzjastycznie, albo w ogóle go nie ma. A chciałem poruszyć coś, co mnie od jakiegoś czasu uwiera. Kiedy afirmacje zaczynają być wymówką żeby nie robić nic konkretnego? Znam ludzi, którzy od miesięcy powtarzają sobie 'przyciągam pracę marzeń' i siedzą w domu. Nie aktualizują CV, nie piszą do nikogo, nie robią nic. Mówią, że 'ustawiają wibrację'. I to mnie zastanawia — gdzie jest granica między pracą z przekonaniami a zwykłym unikaniem działania?
Dokładnie to samo obserwuję od lat. Afirmacja bez działania to jak sadzenie nasiona i zalewanie go wrzątkiem zamiast wodą — intencja jest, forma jest, efektu nie ma. Problem leży gdzie indziej — część ludzi zaczyna afirmacje właśnie dlatego, że działanie jest dla nich zbyt przerażające. Afirmacja daje poczucie, że coś robią, i to poczucie jest bardzo wygodne. To nie jest praca z przekonaniami, to jest substytut.
Ja bym to powiedziała inaczej. Afirmacja bez zakorzenienia w ciele i emocji to jest właśnie ta pułapka. Powtarzasz słowa, ale głębiej — nie wierzysz w ani jedno z nich. I wtedy nie ma mowy o żadnej zmianie, tylko o recytacji. Widziałam to u siebie. 'Zasługuję na miłość' — mówiłam to przez miesiąc i nic, bo gdzieś głębiej siedziało przekonanie dokładnie odwrotne. Dopiero kiedy zaczęłam pracować z tym przekonaniem od środka, słowa zaczęły cokolwiek znaczyć.
Ale czy to nie jest tak, że samo powtarzanie ma zmienić to przekonanie od środka? Bo gdzieś czytałam, że chodzi o to, żeby mózg się do tego 'przyzwyczaił' i zaczął traktować to jak prawdę. Czy to jest błędne założenie?
A jak w ogóle sprawdzić, czy afirmacja 'działa'? Bo nie bardzo wiem, czego szukać. Zmiana nastroju? Zmiana zachowania? Coś zewnętrznego? Przepraszam, że pytam tak podstawowo, ale nie chcę tego robić na oślep.
Mam inną perspektywę. Numerologicznie rzecz biorąc, wielu ludzi wchodzi w praktykę afirmacji w cyklach dziewiątek — bo to naturalny czas zamknięcia i otwarcia. I wtedy afirmacja ma największy sens jako uzupełnienie działania, nie jego zamiennik. Ale co ciekawe, osoby z silną czwórką w numerach rdzeniowych często wpadają w pułapkę, o której tu piszecie — planują i afirmują zamiast robić. To nie jest wada charakteru, to jest pewna struktura energetyczna.
Zupełnie z innej beczki, bo czytam ten wątek i myślę o tym, jak to wygląda w pracy z kartami. Kiedy ktoś przychodzi po rozkład i pyta 'czy moja afirmacja zadziała', to często jest to sygnał, że szuka potwierdzenia, żeby dalej siedzieć i czekać. Karty nigdy nie mówią 'siedź i powtarzaj'. Zawsze gdzieś w rozkładzie jest element ruchu, decyzji, wyjścia. Moim zdaniem afirmacja bez decyzji to afirmacja bez celu — pusty dźwięk.
A czy jest coś złego w tym, żeby najpierw afirmować, a potem działać? Tzn. czy kolejność ma znaczenie? Bo ja zawsze myślałam, że afirmacja ma mnie przygotować emocjonalnie do działania, a nie zastąpić działanie. Ale teraz zaczynam się zastanawiać, czy to też może być forma odkładania.
Myślę, że to ma też związek z tym, jakich afirmacji się używa. Afirmacje w stylu 'wszechświat mnie wspiera' są tak ogólne, że ciężko je spiąć z jakimkolwiek konkretnym krokiem. A coś w rodzaju 'mam zasoby, żeby zadzwonić dzisiaj' jest już osadzone w działaniu. Czy ktoś rozróżnia te dwa typy i celowo wybiera jeden?
Chcę zapytać szczerze: czy ktoś tu ma dowód, że afirmacje w ogóle działają niezależnie od działania? Bo z tego co czytam, to wszystkie przykłady, które pojawiają się w tym wątku, to przypadki gdzie jednak ktoś coś też robił. Może po prostu to działanie robiło robotę, a afirmacje były przy okazji?
Przeczytałam cały wątek i mam wrażenie, że zgubiliśmy jedno pytanie. Czy można afirmować 'za dużo'? Tzn. czy jest jakiś moment, kiedy należy przestać afirmować i po prostu działać bez żadnego przygotowania? Bo jak słucham tego co piszecie, to mam wrażenie, że idealny moment nigdy nie nadchodzi, jeśli człowiek czeka aż afirmacja 'się skończy'.
Bo wydaje mi się, że nie ma jednej granicy, po której należy porzucić afirmacje i po prostu działać. Ale jednocześnie rozumiem, o co pytam. Czy ktoś z was miał taki moment — dosłownie jeden konkretny moment — kiedy powiedział sobie: dość przygotowania, wychodzę i robię?
'system nieszczelny' — to określenie do mnie trafia. Bo właśnie tak to wyglądało u mnie. Wlewałam, wlewałam i nic się nie gromadziło. Pytanie, które mam: czy można w ogóle sprawdzić z zewnątrz, czy system jest szczelny, zanim dojdzie do tego zmęczenia? Czy to zawsze trzeba poczuć na własnej skórze?
A co jeśli działania były takie same, ale jakość myślenia się zmieniła? Tzn. te same kroki, ale mniej stresu przy nich? Czy to się liczy jako efekt?
Słucham tego i myślę o sobie. Mam cel, afirmuję go od jakichś sześciu tygodni. Jak liczę te kroki... to mam może dwa. Czy to jest mało? Czy to zależy od celu?
To co mówi Eufemka_51 mnie uderza, bo to jest chyba najuczciwsze ujęcie tematu w całym wątku. Afirmacja jako zasłona dla braku planu. Sama to czułam, tylko nie umiałam tego nazwać.
Przepraszam, że znowu pytam tak podstawowo — ale czy jest jakaś metoda na to, żeby mieć i afirmację, i plan jednocześnie? Tzn. żeby nie rezygnować z afirmacji, ale żeby nie była wymówką? Czy to w ogóle da się pogodzić?
Czytam to od początku i zastanawiam się, czy nie za bardzo sprowadzamy afirmacje do narzędzia efektywności. A co jeśli ktoś afirmuje nie po to, żeby osiągnąć cel, tylko żeby po prostu lepiej się czuć? Czy to też jest 'wymówka', czy po prostu inne zastosowanie?
ale jak ktoś afirmuje dla dobrostanu i nie ma celu zewnętrznego, to jak w ogóle ocenia, czy afirmacje mu pomagają? Bo bez celu nie ma punktu odniesienia.
właśnie to alibi mnie niepokoi, bo nie wiem, czy sama nie wpadam w tę pułapkę. Mówię sobie, że ćwiczę afirmacje bo lepiej sypiam, ale gdzieś z tyłu głowy mam cel, który nie rusza. Czy to już jest ta granica?
Zastanawiam się, czy nie jest tak, że my tu wszyscy rozmawiamy o afirmacjach jako o jednolitej praktyce, a tymczasem to są bardzo różne rzeczy u różnych ludzi. Ktoś powtarza jedno zdanie rano, ktoś inny prowadzi zeszyt z dwudziestoma zdaniami dziennie. Czy ta skala ma znaczenie dla tematu wątku?
To jest chyba najostrzejszy wniosek z całego wątku — że bycie aktywnym w sposób, który wygląda jak praca, może być gorsze niż zwykłe lenistwo. Bo przynajmniej lenistwo nie buduje fałszywego poczucia postępu.
czyli mówisz, że sam język afirmacji — to że brzmią jak stwierdzenie faktu — jest częścią problemu? Że mówiąc 'jestem' zamiast 'chcę być' mózg traktuje to jak wykonane zadanie?
To mi trochę zmienia perspektywę. Ja zawsze układałam afirmacje w formie 'mam', 'jestem', bo gdzieś wyczytałam, że muszą być w czasie teraźniejszym. Nigdy nie słyszałam o tej wersji procesowej. Czy to znaczy, że przez kilka tygodni robiłam to w sposób, który mnie usypiał?
Ja przez rok używałam wyłącznie formy 'jestem' i nie powiem, żeby mi to przeszkadzało w działaniu. Ale ja miałam już plan, zanim zaczęłam afirmować. Zastanawiam się, czy forma zdania ma znaczenie sama w sobie, czy dopiero w połączeniu z brakiem planu.
Słuchajcie, może za dużo generalizujemy. Ja mam notatki z kilku miesięcy praktyki i widzę, że efekty były różne w różnych tygodniach — i nie zawsze zależały od formy afirmacji. Zależały od tego, czy cokolwiek się działo wokół. W tygodniach, gdy miałam konkretne zadania, afirmacje działały jako przypomnienie kierunku. W tygodniach, gdy nic nie planowałam, działały jak kołysanka.
Ten test z ryzykiem jest dla mnie nowy. Czyli właściwie miara postępu to nie to, ile razy powtórzyłam afirmację, ale to, ile razy naraziłam się na możliwość porażki? Brzmi uczciwie, ale też trochę surowo.
