Siedzę od kilku tygodni w totalnym chaosie - w ciągu ostatnich miesięcy rozpad małżeństwa, przeprowadzka do innego miasta i nowa praca, której się trochę boję. Wszystko naraz. Ktoś mi polecił afirmacje jako sposób na utrzymanie głowy nad wodą w takim wirze. Próbowałam kilku, ale nie wiem czy dobrze to robię, bo nijak nie czuję żeby cokolwiek się zmieniało w środku. Czy ktoś miał podobną sytuację - dużo zmian jednocześnie - i wie, jakich afirmacji szukać? Czy w ogóle mają sens, kiedy emocje są tak rozchwiane?
Ja dopiero zaczynam z afirmacjami i też zastanawiałam się nad tym samym. Czytałam gdzieś, że afirmacje nie działają, kiedy się im nie wierzy. Że jeśli mówisz 'jestem spokojna' a w środku krzyczysz, to umysł to odrzuca. Czy tak jest naprawdę? Bo jak to działa w takim trudnym czasie jak ty opisujesz?
To co pisze Kabalista brzmi logicznie, ale mam inne doświadczenie. Przy przeprowadzce kilka lat temu afirmacje w ogóle mi nie szły, dopóki nie zaczęłam łączyć ich z oddechem. Samo powtarzanie zdań na sucho było dla mnie jak recytowanie listy zakupów. Dopiero kiedy przed każdym zdaniem robiłam powolny wydech i mówiłam afirmację na wydechu, coś zaczęło 'wchodzić'. Jakby ciało musiało być zaangażowane, nie tylko głowa.
Czyli rozumiem, że trzeba po prostu wytrwać nawet bez poczucia efektu? To jest trudne, kiedy jednocześnie rozpakowujesz pudła w obcym mieszkaniu i nie wiesz jak będzie w nowej pracy. Mam jeszcze jedno pytanie - czy afirmacje powinny dotyczyć konkretnej sytuacji, np. 'moja nowa praca jest dla mnie właściwym miejscem', czy raczej ogólnych stanów, np. spokoju, siły?
Konkretne są lepsze, bo umysł wie o co chodzi. Ogólne jak 'jestem silna' mogą być zbyt rozmyte. Afirmacja 'daję sobie czas na zadomowienie się' jest bardziej celna niż 'wszystko jest dobrze'.
A czy ktoś próbował łączyć afirmacje z czymś fizycznym, na przykład z kamieniami? Czytałem, że niektóre kamienie wspierają przy zmianach życiowych. Pytam, bo sam jestem w podobnej sytuacji - zmiana pracy - i szukam czegoś co połączyłoby kilka praktyk naraz.
Mam pytanie może trochę z boku, ale mnie to nurtuje od początku tego wątku. Czy afirmacje przy rozwodzie to w ogóle dobry pomysł, skoro człowiek przeżywa żałobę po związku? Nie wiem czy na siłę wmawiane sobie 'jestem wolna i szczęśliwa' nie blokuje po prostu normalnego przeżywania smutku.
Możesz spróbować czegoś takiego: 'Mój smutek jest częścią mojej drogi, ale nie definiuje tego gdzie idę'. Albo: 'Pozwalam sobie czuć i jednocześnie iść dalej'. Widziałam podobne formuły w kilku miejscach i sama stosowałam przy trudnym okresie - pomagają, bo nie zaprzeczają emocjom.
To jest właśnie rozsądne podejście. Zacznij od czegoś gotowego, co nie budzi w tobie wyraźnego oporu. Jak poczujesz, że to zdanie jest 'twoje', znaczy że zadziałało. Jak cały czas coś zgrzyta, to wtedy wymieniaj słowa jedno po drugim.
Wróćmy na chwilę do tego co mówił Kabalista o żałobie po związku. Mnie to bardzo dotyczy, bo moja siostra jest po rozwodzie i ona w ogóle nie chce słyszeć o żadnych afirmacjach. Mówi, że to udawanie. Jak jej tłumaczyć, że to nie o to chodzi? Czy w ogóle tłumaczyć?
Mam pytanie do Onyksowej, bo wcześniej pisała o labradoryce przy zmianach. Czy to znaczy, że różne etapy zmiany wymagają różnych kamieni? Bo przeprowadzka to co innego niż nowa praca, a to co innego niż rozwód. Czy kamień dobiera się do etapu, czy do człowieka?
Wracając do samych afirmacji - mam teraz trzy zmiany naraz i zastanawiam się, czy powinnam mieć trzy osobne zestawy afirmacji na każdą sytuację, czy lepiej jedną bardziej ogólną, która ogarnie to wszystko? Bo boje się, że trzy zestawy to za dużo i w ogóle nic nie zrobię.
Jedna afirmacja na wszystko może być dobra na start, ale z czasem warto mieć bardziej celowane. Ja przy podobnym natłoku miałam jedną główną na rano i jedną bardziej konkretną przed snem, zależnie od tego co danego dnia mnie najbardziej ciążyło. Nie więcej.
A ile razy dziennie w ogóle trzeba powtarzać? Widziałam różne rzeczy - że trzy razy, że dziesięć, że przez cały dzień. Tego jest tyle, że nie wiem na czym stać.
Przepraszam, że wchodzę z innym kątem, ale mnie zastanawia jedno. Czy afirmacje robione z desperacji działają inaczej niż te robione spokojnie? Bo jak mam zły dzień i zaczynam mówić 'jestem spokojna' to czuję się jak bym kłamała samej sobie i robi mi się gorzej.
Mam podobnie jak Jadzieńka, bo u mnie jedna ze zmian też nie była z wyboru. Zastanawiam się teraz, czy w ogóle można robić afirmacje przy zmianach, na które się nie miało wpływu? Bo to nie jest to samo co przeprowadzka, którą sama zaplanowałam.
To jest bardzo ważne rozróżnienie. Afirmacje przy zmianach niewybranych muszą pracować inaczej - nie na poziomie 'chcę tego', bo nie chciałaś, tylko na poziomie 'radzę sobie z tym'. To jest inna kategoria. Zamiast afirmować pożądany stan, afirmujesz własne zasoby. 'Mam w sobie to, czego potrzebuję żeby przez to przejść' jest uczciwe nawet przy zmianie, której nie chciałaś.
Wracam do tematu siostry, bo ta rozmowa mi pomogła to jakoś ułożyć. Chyba teraz rozumiem, że jej problem nie jest z samymi afirmacjami, tylko z tym że ją na razie bardziej boli niż jest gotowa cokolwiek zmieniać. Ale mam teraz inne pytanie - czy jest jakiś minimalny czas od rozstania, po którym w ogóle ma sens zaczynać? Czy to czysto indywidualne?
Mam pytanie trochę z boku - czy przy tylu zmianach naraz w ogóle warto łączyć afirmacje z czymś fizycznym, jak kamień albo konkretne miejsce w domu? Pytam, bo przy przeprowadzce straciłem 'swoje miejsce' gdzie zwykle robiłem wszystko co było związane z rozwojem. Czy zaczynanie nowych nawyków od zera w nowym miejscu w ogóle ma sens, czy lepiej poczekać aż się zadomowię?
Słucham tej rozmowy od jakiegoś czasu i mam takie pytanie z życia - moja koleżanka przeszła przez rozwód, przeprowadzkę i zmianę pracy prawie równocześnie, coś co opisuje właśnie Salomejka. I ona mi mówiła, że jedyna afirmacja, która jej pomagała, to była taka bardzo prosta: 'dam radę'. Tylko tyle. Czy to jest wystarczające, czy to za mało żeby coś zmieniało?
Właśnie o to mi chodziło kiedy pisałam, że zmiana nie była z wyboru. Bo mój przypadek to trzy rzeczy naraz - i żadnej z nich nie planowałam tak jak powinna wyglądać. Ale to co napisał Kabalista o afirmowaniu zasobów zamiast pożądanego stanu - to jakoś do mnie trafiło. Czy ktoś próbował zaczynać afirmacje właśnie od tego, co ma, a nie od tego, czego chce?
Tak, i to jest chyba najsensowniejszy punkt wejścia. Nie 'jestem spokojna' kiedy naprawdę nie jesteś, tylko 'mam w sobie coś, co już przeżyło trudne chwile'. To jest prawdziwe i nie wywołuje tego wewnętrznego oporu.
To trochę odpowiada na moje pytanie o siostrę. Ona właśnie nie potrafi sobie przypisać żadnej sprawczości. Każde zdanie o sobie kończy na 'ale i tak nic z tego nie wyszło'. Chyba faktycznie afirmacje to nie jest jej następny krok.
Wracając do tego co pisałem wcześniej o miejscu - skorzystałem z rady Naparastnicy i spróbowałem czegoś w nowym mieszkaniu. Wybrałem inne miejsce, poranek zamiast wieczoru. I powiem szczerze, że nie wiem jeszcze czy to 'działa', ale samo siedzenie gdzie indziej bez starych skojarzeń coś zmieniło. Pytanie do tych, którzy mają doświadczenie - jak długo czekać zanim nowe miejsce i nowy rytm zaczną się kleić?
Ja tam nie analizowałam tyle ile wy, ale mogę powiedzieć jedno - jak moja koleżanka (ta co pisałam wyżej) w końcu wyszła z najtrudniejszego etapu, to powiedziała mi, że przez pierwsze tygodnie po prostu wychodziła rano na kawę i mówiła sobie w głowie jedno zdanie. Nie pamiętam już dokładnie jakie, ale chodziło o to, że jakoś da radę. I to wystarczyło na tamten czas. Żadnych długich rytuałów, żadnych list.
Chcę wrócić do pytania Salomejki, bo chyba nie zostało do końca zaadresowane. Pytała czy w ogóle można robić afirmacje przy zmianach, których się nie wybrało. Odpowiedź jest tak, ale z ważnym zastrzeżeniem - nie na poziomie akceptacji tego co się stało, jeśli nie ma się na to gotowości. Można natomiast afirmować coś znacznie wcześniejszego: zdolność do funkcjonowania mimo trudności. To jest poziom, który nie wymaga, żeby ci się podobało to co się dzieje.
Dziękuję że wróciłeś do tego. Właśnie o to mi chodziło - nie chcę udawać że jest dobrze, bo nie jest. Ale ta różnica między 'akceptuję' a 'funkcjonuję mimo' to jest coś co rozumiem. Czy są jakieś konkretne sformułowania, które idą w tym kierunku? Nie proszę o gotowce, bardziej o to jak to zdanie powinno brzmieć żeby nie było kłamstwem.
