Ostatnio wróciłam do afirmacji po jakiejś przerwie i coś mnie zaczęło uwierać. Powtarzam sobie "jestem spokojna i wdzięczna" w momencie, kiedy naprawde jest mi źle, i zamiast ulgi czuję... no, jakiś fałsz. jakbym okłamywała samą siebie. I zaczęłam się zastanawiać, czy afirmacje nie są czasem takim udawaniem, że bólu nie ma. że zamiast go przeżyć, po prostu go zaklejamy pozytywnym myśleniem. Znacie to uczucie? Chodzi mi o tę granicę między tym, że naprawdę zmieniam nastawienie, a tym, że po prostu zagłuszam coś, co powinnam usłyszeć.
No właśnie tak samo miałam! I wiesz co odkryłam, że klucz to afirmacje w czasie przyszłym a nie teraźniejszym. Zamiast "jestem spokojna" mówisz "staję się spokojna" albo "uczę się spokoju" i wtedy mózg tego nie odrzuca, bo to nie jest sprzeczne z tym co czujesz teraz. Czytałam o tym że to chodzi o cos co sie nazywa dysonans poznawczy i dlatego afirmacje w teraźniejszości nie działają jak jesteś w złym miejscu emocjonalnie.
A mi się wydaje, że problem jest głębszy niż czas gramatyczny. czy afirmacje w ogóle uwzględniają to że niektóre rzeczy po prostu bolia i mają prawo boleć? joj, bo jak mi umarł ktoś bliski i mam sobie powtarzać "jestem pełna radości i wdzięczności" to to jest hyba wręcz niemoralne wobec tego co przeżywam, nie? Jakby afirmacja mówiła mi żebym przestała żałować
Właśnie o to mi chodzi. Nie mówię że afirmacje są złe, bo naprawdę mi pomagały przy codziennych rzeczach, przy pewności siebie, przy tej całej pracy wewnętrznej. Ale jest moment kiedy coś poważnego się dzieje i wtedy ta technika zamiast pomagać zaczyna być jakimś mechanizmem ucieczki. I zastanawiam się czy sama praktyka jest wtedy winna, czy my ją źle stosujemy?
Ja mam takie pytanie może głupie, ale czy afirmacje to nie jest właśnie po to żeby zmieniać to złe na dobe? Czyli jak jest źle to właśnie wtedy powinno się ich używać, żeby to przeprogramować? Bo tak to rozumiałam. Chyba że chodzi o coś innego.
Okej, rozumiem skąd to, bo rzeczywiście jest taki nurt i coś w tym jest. Mnie bardziej zastanawia co Faustynka napisała na początku, bo to jest inna kwestia niż skuteczność techniczna afirmacji... To jest pytanie o to czy w ogóle powinniśmy chcieć czuć się "dobrze" zanim naprawdę przepracujemy coś trudnego 🙂 I tu się trochę zgadzam z Lunellą. Akceptacja nie równa się minimalizacja.
Mogę zapytać co to znaczy "przepracować emocję"? Serio pytam bo nie rozumiem. To znaczy po prostu ją poczuć, popłakać sie i już? Czy trzeba coś zrobić konkretnego? Bo zawsze myślałam że afirmacje są właśnie po to żeby nie siedzieć w tym złym uczuciu za długo.
Uff, właśnie, i mam wrażenie że dużo poradników o afirmacjach w ogóle o tym nie mówi. Mówią żeby powtarzać rano i wieczór, konsekwentnie, z przekonaniem, a co jeśli człowiek nie ma przekonania bo ma ważny powód żeby go nie mieć? Czy wtedy afirmacja jest uczciwa wobec siebie?
Hmm, czytam i mam takie odczucie że morze chodzi o to kiedy te afirmacje stosujemy. Jak jest dobrze i chcemy się wzmocnić - ok. Ale jak jest naprawdę ciężko to może nie czas na afirmacje tylko na coś innego. Nie wiem, może na zwykłe siedzenie z tym uczuciem? Może to dwie różne sytuacje i dlatego czasem działają a czasem nie.
Mhm, jest jeszcze jedna rzecz którą warto tu dodać, bo trochę pomijamy. Afirmacje wywodzą się z różnych tradycji i nie wszystkie one mówią że masz się czuć dobrze od razu. W niektórych podejściach, np. w pracy z czakrami, afirmacja jest bardziej jak deklaracja kierunku niż opis stanu... "Zasługuję na miłość" nie znaczy "teraz mi dobrze", tylko "w to wierzę jako w cel". Ale wiem że wiele popularnych szkół to zupłnie spłyca.
A mnie ciekawi praktyczna strona, bo czytam tutaj dużo teorii. Jak wy konkretnie rozróżniacie w praktyce kiedy afirmacja pomaga a kiedy jest właśnie tym zaklejaniem o którym pisze Faustynka? Bo ja nigdy nie wiem czy dobrze to stosuję.
U mnie to czuć właśnie po tym "fałszu" o którym pisała Faustynka na początku. Jak afirmacja działa to jest jakieś małe kliknięcie w środku, jakieś "no tak, mogę w to uwierzyć". A jak jest ten fałsz to dla mnie sygnał że albo zła afirmacja, albo zły moment. Nie wiem czy to metodologia 🙂 ale tak to czuję.
Spokojnie, to sensowne pytanie, serio. I myślę że tu nie ma jednej odpowiedzi 🙂 ech, różnica między akceptacją a minimalizacją bólu jest naprawdę cienka i każdy ją czuje inaczej. Może zamiast szukać metody która działa dla wszystkich, warto się zapytać: czy po tej afirmacji czuję się bliżej siebie, czy dalej? Jeśli dalej, to może to jest właśnie ta zaklejka.
Dzięki za tą rozmowę, naprawde dużo tu dla mnie. Mam jedno pytanie, czy to co mówicie dotyczy też afirmacji robionych np. no, przy świecach albo z jakimś rytuałem, czy tylko tych zwykłych porannych? Bo wydaje mi się ze to morze byc róznica.
Ojej, dobra, ale mam pytanie do całej tej rozmowy bo nadal nie rozumiem jednej rzeczy. Mówicie o tym żeby "być z emocją" i jej nie unikać, ale przecież afirmacje są właśnie po to żeby coś zmienić, nie? Więc kiedy koniec z tym siedzeniem i kiedy zaczynam afirmować? Bo mam wrażenie że można w kółko czekać że "jeszcze nie czas" i nigdy nie zacząć.
Oj tam, I to jest właśnie ta granica o której pisałam na początku. Ja też nie mam gotowej odpowiedzi kiedy "moment jest dobry", ale chyba wyczuwam to po tym czy afirmacja sprawia że jest mi lżej bo coś rozumiem, czy lżej bo udaję że problemu nie ma. ten drugi rodzaj lekkości potem wraca ze zdwojoną siłą.
