Czy ten 'oddech' o którym mówi Martusia58 może być bardzo subtelny? Pytam bo sama nie wiem, czy go nie przegapiam. Mam tendencję do dużego skupienia na treści i myślę, że przez to omijam sygnały z ciała.
Właściwie cały wątek rozmowy o sygnałach z ciała i o tym kiedy odpuszczać, a kiedy trwać, to jest dla mnie o wiele bardziej użyteczne niż pytanie czy afirmacje 'działają'. To drugie pytanie jest zbyt ogólne, żeby miało sensowną odpowiedź.
Tu jest chyba najczęstszy błąd przy porażkach afirmacyjnych, o którym za mało się mówi. Ludzie używają afirmacji jako zastępstwa działania, zamiast jako wsparcia dla działania. Byłam kiedyś w tym miejscu. Mówiłam sobie afirmacje o odwadze, ale jednocześnie unikałam wszystkiego co wymagało odwagi. I oczywiście nic się nie zmieniło.
To co opisuje Sliwka jest chyba kluczem do całego tematu tego wątku. Afirmacja przepracowuje wewnętrzną narrację, ale nie zastąpi ruchu na zewnątrz. Porażka pojawia się kiedy oczekujemy, że sama zmiana słów coś zrobi w świecie, a nie tylko w głowie.
Ale to rodzi pytanie, czy w ogóle warto inwestować czas w afirmacje, skoro i tak finalnie trzeba działać? Może po prostu działać, a przekonania zmienią się same przez doświadczenie?
Czyli według tego co mówisz, afirmacje są dla osób z mocno zakorzenionym blokiem, a nie dla wszystkich? Nigdy o tym tak nie myślałam. Zawsze przedstawiało mi się to jako coś dla każdego.
Wracając do tytułu wątku, bo mam wrażenie, że odpowiadając na to 'co robić po porażce', powinniśmy też zapytać: co to w ogóle znaczy że ktoś 'wraca do tematu' po nieudanej próbie. Czy wraca z tym samym zestawem afirmacji, czy cokolwiek zmienia w podejściu? Bo samo ponowne podejście bez refleksji to tylko powtórzenie tego samego eksperymentu i oczekiwanie innych wyników.
Ale jak obserwujesz co czujesz, to czy nie przeszkadza ci to w samym wypowiadaniu? Bo mi jak tylko zaczynam analizować, to wylatuję z rytmu i zaczynam wątpić.
To co opisuje Tytus jest spójne z tym, co wiem o pracy z przekonaniami. Ciało reaguje na niespójność między tym co mówisz a tym w co wierzysz. Dlatego afirmacje w formie pytań, 'czy mogę pozwolić sobie na...', 'co by było gdybym...', czasem działają lepiej niż twierdzenia. Zmniejszają opór, bo mózg nie musi od razu 'akceptować' jako prawdy.
Nie wiedziałam o tej odmianie z pytaniami. Czy to ma jakąś konkretną nazwę, żeby można było poszukać więcej informacji?
Przetestowałam właśnie takie pytanie przez chwilę i od razu coś mnie uderzyło. Mój mózg zaczął odpowiadać. Ale zaczął odpowiadać negatywnie. 'Dlaczego jestem pewna siebie?' i nagle głos w głowie mówi 'bo nie jesteś'. Czy to normalne i jak to ominąć?
To co Wrenna opisuje to jest w zasadzie prowadzenie dziennika, tylko w specyficznym kontekście. Ja robiłam podobnie i to faktycznie wyciągało na zewnątrz rzeczy, których normalnie nie widziałam. Problem był taki, że po jakimś czasie zaczęłam pisać tylko o problemach i zapomniałam wracać do samej afirmacji. Skończyło się na tym, że miałam pięknie opisane przekonania i zero postępu.
Cały ten wątek z prowadzeniem dziennika i pytaniami to dla mnie nowe spojrzenie na temat z tytułu. Kiedy afirmacje nie działają, często szukamy winy w samej afirmacji, zmienamy słowa, szukamy lepszej formuły. A może problem jest w tym, że nie mamy żadnej pętli zwrotnej? Nie obserwujemy co się pojawia, nie wychodzimy z przekonaniem na zewnątrz, nie mamy gdzie zostawić tego co wyskakuje.
Mam pytanie może trochę z boku. Skoro mówi się o tym, że ciało reaguje na niespójność, to czy jest jakaś metoda na sprawdzenie, czy w ogóle jesteś gotowy na konkretną afirmację? Zanim zaczniesz, a nie po miesiącu porażki?
Wracając do tego co Twilighta_63 napisała o pętli zwrotnej - to mnie zastanawia. Czy chodzi o to, że bez jakiegoś mechanizmu sprawdzania po prostu nie wiemy, czy idziemy w dobrą stronę, czy kręcimy się w kółko?
Ja próbowałem robić coś w stylu cotygodniowej notatki - zapisywałem jak się czuję w obszarze, na który nakierowana jest afirmacja. Skala od 1 do 10. Głupio brzmi, ale po miesiącu miałem realny obraz czy coś drga, czy stoi w miejscu. Bez tego naprawdę ciężko ocenić.
Nie pomyślałabym o tej różnicy między porą dnia a reakcją na afirmację. Czy to znaczy, że pora dnia naprawdę ma znaczenie i że lepiej ćwiczyć rano niż wieczorem?
Zastanawiam się nad czymś innym. Dużo mówimy o tym, jak dostroić afirmację, żeby zadziałała. Ale temat jest o tym, kiedy jawnie nie działa. Czy ktoś z was miał sytuację, gdzie po prostu musiał odpuścić dany obszar i zmienić afirmację na coś zupełnie innego? Nie dostroić, tylko porzucić kierunek?
A skąd wiadomo, że diagnoza była błędna, a nie że po prostu za krótko pracowałaś na tym pierwszym kierunku? To brzmi trochę jak post-hoc tłumaczenie - działa, to znaczy że kierunek był dobry, nie działa, to znaczy że kierunek był zły.
To co Sliwka opisała z odkryciem prawdziwego źródła lęku bardzo mi pasuje. Znaczy - nie pasuje. Chodzi mi o to, że to bardzo do mnie przemawia, bo sam nie jestem pewien, czy dobrze zdefiniowałem, co chcę zmienić. Czy jest jakiś sposób, żeby to ustalić zanim się zacznie, a nie po miesiącach prób?
Ale co jeśli odpowiedź na to pytanie jest zbyt ogólna? Mnie na przykład boi się prawie wszystko jak tak o tym myślę. Że zostanę sama, że nie osiągnę nic, że inni mnie oceniają. Nie wiem od czego zacząć.
To nie jest odwrócenie logiki. Afirmacje nie są lekiem na wszystko i nigdy nie były. Są jednym z możliwych kroków, ale jeśli ktoś jest w stanie, gdzie lęk jest tak rozległy, że nie umie go nawet nazwać, to afirmacja będzie się ślizgać po powierzchni. Żadna zmiana przekonania nie zajdzie, jeśli nie ma do czego się przyczepić. Dlatego mówię, że czasem afirmacja to za późny etap - nie za wczesny. Poradniki tego nie mówią, bo poradniki sprzedają prostotę.
A jeśli się zadaje to pytanie i nic nie przychodzi? Siedzę, pytam siebie skąd ten opór i jest cisza. Jak wtedy?
Mam wrażenie, że ta rozmowa powoli odchodzi od tytułu wątku. Tytuł mówi o jawnych porażkach i ponownym podejściu. A my rozmawiamy o tym, jak rozpoznać blokady i co czuć w ciele. Pytanie do wszystkich - czy ktoś faktycznie miał taką sytuację, że po porażce z afirmacjami wrócił do nich zupełnie od nowa i co zmienił w podejściu? Konkretnie, nie ogólnie.
To co Sliwka opisuje z przerwą jest dla mnie kluczowe. Większość podejść do afirmacji zakłada ciągłość - że przerwa to cofnięcie się. A tu wychodzi, że przerwa może być właśnie tym momentem, kiedy coś się układa samo bez wysiłku. Czy ktoś jeszcze miał podobne doświadczenie z celową przerwą?
Ja miałam taką przerwę, ale nie do końca celową. Po prostu przestałam, bo nie wierzyłam już w to co mówię. I przez jakiś czas czułam się z tym nieswojo, jakbym coś porzuciła. Ale po kilku tygodniach wróciłam i to co zmieniłam to przede wszystkim czas - zamiast rano, wieczorem, przed snem. I coś zaskoczyło. Nie wiem czy to pora, czy sama przerwa, czy po prostu inny etap.
A co jeśli ktoś jest tak napięty na co dzień, że ciało w ogóle nie daje czytelnych sygnałów? Pytam serio, bo mnie to dotyczy. Kiedy mówię jakąkolwiek afirmację to i tak gdzieś coś czuję i nie wiem czy to opór czy po prostu moje normalne tło lękowe.
