Piszę ten temat bo chcę zacząć szczerą rozmowę o czymś, o czym mało kto mówi wprost. Przez jakiś czas robiłam afirmacje regularnie, codziennie, rano i wieczór. Przez kilka tygodni nic. Potem kilka tygodni więcej. Nadal nic. Nie mówię o wielkich zmianach, mówię o jakimkolwiek sygnale, że coś drgnęło. Czułam się jak idiotka mówiąca do ściany. Zrezygnowałam. Po jakimś czasie wróciłam z innym podejściem i coś zaczęło się zmieniać, ale do dziś nie wiem czy to były afirmacje czy po prostu czas. Ktoś tu miał podobnie? I co z tym zrobił?
To jest dokładnie to, o czym myślałam od dawna, żeby napisać. Mnie też afirmacje nie działały przez długi czas i zaczęłam się zastanawiać czy robię coś źle, czy to po prostu nie dla mnie. Co konkretnie zmieniłaś przy drugim podejściu? To mnie najbardziej ciekawi.
A ile czasu zajęło zanim zobaczyłaś efekty za drugim razem? Pytam bo ja robię afirmacje od trzech tygodni i kompletnie nic. Zaczynam myśleć że to strata czasu.
To jest chyba największy mit wokół afirmacji. Że wystarczy powtarzać. Spotkałem się z terminem 'most afirmacyjny', czyli zamiast stwierdzenia, które jest oczywistym kłamstwem dla twojego umysłu, używasz sformułowania pytającego: 'dlaczego coraz spokojniej reaguję na stres?' Mózg podobno zaczyna szukać odpowiedzi zamiast się bronić. Ktoś to testował?
Ja robiłam przez jakiś czas afirmacje przy spacerze i faktycznie coś w tym jest. Nie wiem czy to chodzenie, czy to że byłam bardziej rozluźniona, czy po prostu rytm kroków jakoś to synchronizował. Trudno oddzielić. Ale wróćmy do meritum tego wątku, bo myślę że kluczowe pytanie brzmi: czy ktoś wie, kiedy dać sobie spokój i uznać że dana afirmacja po prostu nie działa dla mnie, zamiast ciągnąć miesiącami coś, co nie przynosi efektu?
Przyznam że jestem sceptyczny wobec całego tematu, ale to pytanie Śliwki jest sensowne nawet z mojego punktu widzenia. Bo skoro nie ma żadnego obiektywnego miernika działania afirmacji, to skąd wiesz kiedy to nie działa, a kiedy po prostu za krótko próbujesz? To wydaje się błędne koło.
Interesująca rozmowa. Dodam coś z innej perspektywy. W pracy z runami też mamy coś analogicznego do afirmacji, czyli galdr, wokalne wzmacnianie intencji. I tam jest jedna zasada, o której się nie mówi w poradnikach dla początkujących: intencja musi być ukorzeniona w ciele, nie tylko powtarzana głową. Dlatego afirmacje mówione machinalnie, przy robieniu kawy, bez żadnego skupienia ciała, mogą po prostu nie docierać głębiej. To nie jest kwestia czasu powtarzania, ale jakości obecności podczas powtarzania. Zastanawiam się czy Twilighta nieświadomie to odkryła przez chodzenie.
Jest. W galdr nie mówisz czegoś co jest kłamstwem dla twojego umysłu. Pracujesz z archetypem, który jest już prawdziwy na jakimś poziomie, i wzywasz go do pełniejszego przejawienia. To subtelna ale ważna różnica. Nie mówisz 'jestem silna' jeśli teraz się nie czujesz silna. Mówisz coś w stylu 'siła jest we mnie i rośnie'. To drugie nie wywołuje buntu umysłu.
Czytam ten wątek od początku i mam pytanie do wszystkich. Czy ktoś próbował całkowicie zmienić temat afirmacji po nieudanej próbie? Znaczy, miał afirmacje na jedno, nie działało, porzucił i wrócił z afirmacjami na coś innego i dopiero to zadziałało? Zastanawiam się czy czasem problem nie leży w tym, czego konkretnie chcemy, a nie w samej metodzie.
A czy jest jakaś różnica między afirmacjami a medytacją wizualizacyjną? Pytam bo słyszałam że niektórzy łączą jedno z drugim i podobno to daje lepszy efekt. Ale nie wiem jak to praktycznie robić.
Czytam i próbuję zrozumieć. Mam pytanie może trochę z boku, ale związane z tematem. Czy te afirmacje działają inaczej na różne osoby? Bo słucham jak każdy opisuje inny problem i zastanawiam się, czy nie ma tu jakiegoś klucza, który decyduje że ktoś w ogóle jest 'typem afirmacyjnym', a ktoś inny nie.
Mam pytanie może głupie, ale szczere. Skoro rozmawiacie o tym, że samo powtarzanie nie wystarcza i trzeba angażować emocje, wyobraźnię, intencję i tak dalej, to w którym miejscu afirmacja przestaje być afirmacją a zaczyna być czymś innym? Bo jak słucham tej rozmowy to mam wrażenie, że mówicie o jakiejś bardziej rozbudowanej praktyce niż te zdania, które ludzie piszą sobie na karteczkach.
No właśnie. I wracając do tytułu wątku, bo myślę że tu leży sedno. Kiedy afirmacja 'jawnie nie działa', to w większości przypadków chodzi o tę karteczkę. Mechaniczne powtarzanie zdania, które w głębi brzmi fałszywie. Sama tak miałam, długo. Dopiero jak zaczęłam chodzić podczas i poczułam to fizycznie w ciele, coś się ruszyło. Choć nadal nie wiem, co dokładnie ruszyło.
Mam pytanie do Śliwki. Kiedy mówisz, że poczułaś to fizycznie, to co czułaś? Bo słyszałam że przy medytacji z wizualizacją też pojawiają się odczucia w ciele i zastanawiam się czy to podobny mechanizm.
To brzmi bardziej jak coś, co bym była w stanie powiedzieć i w to uwierzyć. Moje obecne afirmacje brzmią dla mnie jak wyuczone formułki i chyba dlatego nic nie czuję. Czy to znaczy że powinnam je po prostu zmienić na coś bliższego prawdzie?
Mam pytanie do Martusi. Skąd wiesz, które zdanie jest 'o pół tonu prawdziwsze'? Jak się to praktycznie sprawdza? Bo brzmi to sensownie, ale nie wiem jak miałbym to zastosować.
Ten test z napięciem opisuję u siebie z perspektywy czasu i muszę powiedzieć, że nigdy nie myślałam o tym tak świadomie. Ale wracając do oryginalnego tematu wątku, bo mam wrażenie że zaczynamy mówić o tym jak afirmacje robić dobrze, a nie o samych porażkach. Ciekawe jest pytanie co robić zaraz po tym, jak uznajesz że dana seria po prostu nie zadziałała. Czy ktoś ma konkretny protokół na taką sytuację?
Nie wiem czy to protokół, ale mam swój sposób. Jak coś nie działa przez dłuższy czas, najpierw sprawdzam czy zmieniła się sytuacja, bo czasem afirmacja straciła sens bo sama potrzeba odpadła. Potem patrzę czy przez cały czas naprawdę to robiłem regularnie czy tylko mi się wydawało. Trzeci krok to pytanie, czy właściwie zdefiniowałem co chcę zmienić. Często tu jest problem.
A co jeśli ktoś nie potrafi w ogóle poczuć tej różnicy, o której mówicie? Ja próbuję obserwować swoje ciało podczas mówienia afirmacji i kompletnie nic nie czuję. Ani napięcia, ani odprężenia. Może to znaczy że robię to źle albo że u mnie to po prostu nie działa?
Nagrywanie głosu to ciekawy pomysł. Nigdy o tym nie myślałam. Czy to nie sprawia, że jesteś jeszcze bardziej świadomy braku przekonania i przez to jeszcze trudniej w to uwierzyć?
Wracając do pytania Denarkę - brak sygnałów z ciała to bardzo często efekt tego, że cała uwaga jest skupiona na treści zdania, a nie na tym, co się dzieje podczas jego mówienia. Spróbuj zamknąć oczy i przez chwilę nie myśleć o sensie afirmacji w ogóle. Mów ją jak mantrę, bez analizowania. Sygnały pojawiają się wtedy, kiedy umysł przestaje kontrolować.
Właśnie o tę kwestię czasu chciałam zapytać, bo wydaje mi się, że to jedna z głównych przyczyn tych porażek z tytułu wątku. Oczekujemy zmiany w ciągu dwóch tygodni, nie widzimy niczego, rzucamy. I potem mówimy że afirmacje nie działają. Czy ktoś miał doświadczenie z dłuższą, naprawdę dłuższą pracą i co się wtedy zaobserwowało?
Ja robiłam to przez ponad cztery miesiące z jedną konkretną afirmacją dotyczącą zaufania do siebie. Przez pierwsze dwa miesiące absolutnie nic. Potem zaczęły się pojawiać małe rzeczy, trudne do przypisania afirmacji wprost. Bardziej spokojne reakcje w sytuacjach, które wcześniej mnie rozwalały. Nie wiem czy to związek przyczynowy, ale zbieżność była wyraźna.
To jest rzetelna odpowiedź i myślę że wiele osób nie chce jej słyszeć, bo oczekuje pewności. Tymczasem przy pracy z czymś tak subiektywnym jak przekonania, pewności nie będzie. Można tylko obserwować korelacje i wyciągać ostrożne wnioski.
Czyli znowu wracamy do tego, że trzeba zmieniać afirmację, jak nie czujemy postępu. Ale jak to wygląda w praktyce, kiedy zmieniasz, a kiedy trwasz? Bo można w kółko zmieniać i nigdy nie dać żadnej szansy.
I chyba tu jest ten klucz, o którym rozmawiamy od dłuższego czasu. Porażka afirmacji to nie jest brak efektu po dwóch tygodniach. To jest brak jakiegokolwiek ruchu po długim czasie, przy regularnej pracy i uczciwym zaangażowaniu. Jak ktoś zalicza porażkę po tygodniu, to nawet nie dał sobie szansy żeby cokolwiek ocenić.
Czyli właściwie mówimy o tym, że 'porażka' to za duże słowo w kontekście afirmacji? Że to raczej sygnał do korekty niż do odpuszczenia? Mam wrażenie, że tytuł tego wątku trochę nas prowadzi w kierunku 'albo działa, albo nie działa', a z tego co czytam, to jest o wiele bardziej płynne.
