Zastanawiam się od jakiegoś czasu nad czymś, o czym rzadko się mówi w kontekście afirmacji. Czy wypowiadanie pozytywnych stwierdzeń do kogoś bliskiego - nawet jeśli ta osoba nie praktykuje afirmacji i o nich nie wie - może stopniowo zmieniać jej przekonania? Mam na myśli sytuacje, gdy np. regularnie mówimy dziecku 'jesteś odważny', partnerowi 'dajesz sobie radę', koleżance 'masz w sobie siłę'. Nie jako afirmacje z podręcznika, ale jako coś powtarzanego w codziennej rozmowie. Intuicja mi mówi, że coś w tym jest, bo słowa mają energię i wchodzą w pole danej osoby. Ale chciałam zobaczyć, co wy o tym myślicie - czy ktoś to świadomie stosował albo zauważył u siebie?
Szczerze? Sceptyczna jestem, ale to pytanie mnie zatrzymało. Jeśli ktoś słyszy od nas coś często, to przecież musi to na niego działać na jakimś poziomie, choćby czysto psychologicznie. Tylko czy to wtedy jeszcze afirmacja, czy po prostu... miłe słowa? Gdzie tu granica?
To jest właśnie sedno. Afirmacja jako taka to nie magiczne zaklęcie - to słowo nacechowane intencją i emocją mówiącego. Jak regularnie komuś powtarzasz 'dasz radę' i rzeczywiście w to wierzysz, to ta energia idzie razem ze słowami. Pytanie, czy odbiorca musi być świadomy, żeby to zaczęło działać. Z mojego doświadczenia - nie musi. Działa wolniej, ale działa.
Miałam coś podobnego z córką. Przez kilka miesięcy każdego wieczoru, jak spała, mówiłam cicho przy niej pozytywne rzeczy - że jest silna, że poradzi sobie w szkole. Nie wiedziała nic o tym. Po czasie zaczęła mówić sama o sobie inaczej. Może to zbieg okoliczności, może nie. Ale nie wyobrażam sobie, żeby to nie miało żadnego znaczenia.
Chcę tu coś doprecyzować, bo widzę, że rozmowa trochę miesza dwa różne poziomy. Jedno to wpływ energetyczny słów na pole drugiej osoby - i to jest temat szeroki, bo pole ludzkie reaguje na wibracje dźwięku, intencję, emocję. Drugie to mechanizm czysto psychologiczny, czyli warunkowanie przez powtórzenie. Obydwa mogą działać jednocześnie i nie ma potrzeby wybierać tylko jednego wyjaśnienia. Ale błędem jest myślenie, że samo mechaniczne wypowiedzenie słów bez żadnej intencji zadziała. Słowa bez ładunku emocjonalnego to tylko dźwięk.
to zależy od siły oporu tej osoby i od tego, jak głęboko zakorzenione są jej przekonania. Silny, wieloletni blok energetyczny nie rozpuści się od kilku słów, nawet szczerych. Potrzeba czasu i albo własnej pracy tej osoby od wewnątrz, albo dużo, dużo więcej konsekwentnych bodźców z zewnątrz. Myślę, że właśnie dlatego jednorazowe komplementy rzadko zmieniają kogoś naprawdę - to musi być proces.
Mam pytanie może naiwne, ale czy to nie jest wtedy rodzaj wpływania na kogoś bez jego zgody? Trochę mnie to niepokoi od strony etycznej. Bo jeśli to naprawdę działa, to czy mamy prawo to robić, nawet jeśli chcemy dla tej osoby dobrze?
To pytanie pojawia się często i w kontekście rytuałów, i w kontekście właśnie takich 'miękkich' praktyk jak afirmacje skierowane do kogoś. Różnica między intencją miłosną a wpływaniem na wolę jest subtelna, ale istotna. Jeśli afirmacja jest życzeniem dobra - 'niech ci się wiedzie', 'jesteś dość dobry' - to nie narzucasz niczego wbrew naturze tej osoby. Jeśli natomiast chcesz, żeby ktoś zmienił konkretne zachowanie dla twojej wygody, to już jest ingerencja. Intencja mówi wszystko.
A czy ktoś próbował mówić afirmacje o kimś, ale nie do kogoś? Znaczy - mówisz przy sobie: 'ona jest silna i daje sobie radę', nie do niej bezpośrednio, ale jakby... wypuszczasz to w eter? Zastanawiam się, czy to działa inaczej niż mówienie do twarzy.
Czytam ten wątek i mam takie osobiste pytanie - co jeśli mówię pozytywne rzeczy komuś blizkiemu, ale sama w środku nie wierzę, że tej osobie się uda? Czy ta wewnętrzna wątpliwość niszczy siłę tych słów? Bo zdarza mi się tak, że mówię 'dasz radę' a głębiej myślę 'o nie, to będzie katastrofa'.
Dobra, ale tu mam zgryz. Jeśli efekt zależy głównie od emocji mówiącego, to właściwie afirmacja skierowana do kogoś i życzenie wypowiedziane w ciszy działają tak samo? Czy jest jakaś różnica w tym, że ta osoba to słyszy?
a co jeśli ta osoba w ogóle nie jest otwarta na tego rodzaju myślenie i słysząc 'jesteś silna' po prostu stwierdzi w środku 'głupoty gadam'? Czy ten opór mentalny blokuje cokolwiek?
Wracając do tego co mówiłam o córce - ona ma trzynaście lat i jest na etapie, kiedy wszystko co matka mówi jest z definicji podejrzane. Więc sceptycyzm maksymalny. A mimo to coś się zmieniło. Może właśnie dlatego że działałam przez sen, gdzie ta bariera jest słabsza?
A ja mam pytanie, bo trochę gubiłam się czytając - czy to znaczy, że jeśli regularnie myślę o kimś pozytywnie, ale nigdy tego nie mówię na głos, to i tak ta osoba to odbiera? Bez żadnych słów, tylko myśl?
ale skąd wiadomo, że ta 'wibracja dźwięku' rzeczywiście cokolwiek zmienia w polu drugiej osoby, a nie to jest po prostu metafora? Mam na myśli - czy jest coś konkretniejszego za tym twierdzeniem, czy to raczej model interpretacyjny?
A wracając jeszcze do kwestii etyki, bo to mnie jednak nie odpuszcza - jeśli nawet mówimy komuś coś pozytywnego, ale ta osoba nie wie, że to robimy w sposób celowy i intencjonalny, to czy nie jest to trochę jak działanie za jej plecami? Nawet jeśli w dobrej wierze?
Wracam do pytania Bogumiły, bo myślę że to ważny wątek. Kiedy mówię afirmację do kogoś bliskiego, mam wewnętrzne poczucie, które jest trudne do opisania słowami - jakby rozluźnienie w klatce piersiowej, kiedy to jest czyste. Kiedy jest w tym moja potrzeba, nie jej dobro, jest jakieś ściśnięcie. Nie wiem czy to anatomia, czy tylko mój prywatny system sygnalizacji, ale jest powtarzalne.
i co robisz kiedy to poczujesz to ściśnięcie? Przerywasz? Czy mówisz mimo wszystko?
To co pisze Ulcia90 bardzo do mnie trafia. Myślę że dlatego te słowa do córki zadziałały - bo naprawdę nie miałam wtedy żadnej ukrytej agendy. Byłam po prostu zmęczona i chciałam żeby jej było lżej. Bez myśli o tym, czy to wpłynie na nasze relacje, czy ona mnie doceni. Po prostu dla niej.
Czytam ten wątek od dłuższego czasu i mam pytanie może trochę z boku - czy są sytuacje, kiedy lepiej w ogóle nie mówić afirmacji komuś? Nie dlatego że to złe, tylko że może nie pomóc?
A jeśli ta osoba wprost poprosi żebyśmy jej tego nie mówili? Że nie chce słyszeć pozytywnych haseł, bo ją to drażni? Czy wtedy mimo wszystko warto to robić, tylko tak żeby nie słyszała?
To zdanie Shangie mnie zatrzymało. Bo chyba gdzieś z tyłu głowy miałam właśnie taką myśl - że może zamiast namawiać kogoś do terapii wystarczy regularnie mówić mu że da radę. To chyba złe podejście?
Mam wrażenie że ta rozmowa zaczęła się od prostego pytania czy afirmacje działają na innych, a teraz jesteśmy przy granicach etyki i depresji. Ale chyba tak powinno być, bo to wszystko jest ze sobą połączone. Moje pierwotne pytanie z początku wątku - o samą myśl bez słów - wciąż mnie gryzie. Czy ktoś praktykuje tylko myślenie o kimś i widzi efekty?
Wracając do tego co pisałam wcześniej - pytałam o samą myśl, czy ona działa. I teraz po tej całej rozmowie mam wrażenie, że odpowiedź brzmi: tak, ale nie tak jak w magicznym filmie. Raczej jak coś, co zmienia ton relacji. Czy dobrze to rozumiem?
ale skąd wiesz że ona to wyczuwa, a nie tylko ty tak sądzisz? To jest obserwowalne jakoś z zewnątrz?
Właśnie o tym chciałam powiedzieć. Z moją córką nie byłam w stanie wskazać jednego momentu, kiedy coś się zmieniło. To był proces. Może moje słowa, może terapia, może nowa praca - nie wiem. Ale czy to ma znaczenie jeśli efekt jest?
Mam pytanie może trochę z innej strony - czy da się powiedzieć afirmację komuś, kto absolutnie nie wierzy w żadne z tych rzeczy? Mam na myśli kogoś, kto śmiałby się z całej tej rozmowy. Czy wtedy w ogóle jest sens?
