Przeprowadziłam się pół roku temu i przez pierwsze tygodnie czułam się jak gość we własnym mieszkaniu. Zaczęłam szukać afirmacji, które pomogłyby mi się zakorzenić, ale większość była zbyt ogólna. 'Jestem bezpieczna', 'jestem w domu' - brzmiało pusto, bo ciało wiedziało swoje. Pomogło mi dopiero kiedy zaczęłam dodawać konkret: adres, dzielnicę, widok z okna. Czy ktoś miał podobnie, że standardowe afirmacje nie działały, dopóki nie zostały 'uszczegółowione' o nowe miejsce?
Tak, dokładnie o to chodzi. Sama przez długi czas po przeprowadzce wracałam myślami do starego miejsca i afirmacje brzmiały jak kłamstwo, bo mówiłam 'tu jest mój dom', a głowa wysyłała sygnał 'nie, tam jest'. Słyszałam o metodzie zakotwiczania przez zmysły - codzienna afirmacja połączona z zapachem, który kojarzysz z nowym miejscem. Podobno szybciej przepisuje wzorce. Ktoś próbował?
Warto tu rozróżnić dwa poziomy pracy. Afirmacja sama w sobie to deklaracja - mówisz coś, co chcesz żeby było prawdą. Ale zakorzenienie w miejscu to praca głębsza, bo chodzi o poczucie przynależności, a to jest silnie związane z ciałem i pamięcią sensoryczną, nie tylko z myślą. Dlatego afirmacje werbalne przy przeprowadzce często tak słabo działają w izolacji. Pytanie brzmi: co robiłyście, żeby zaangażować ciało, nie tylko słowa?
A czy to nie jest trochę jak ten japoński zwyczaj z chodzeniem po granicy swojej ziemi? Czytałem gdzieś o Japończykach, którzy obchodzą nowe miejsce zamieszkania i jakby oznaczają swoją obecność. Nie wiem czy to ma związek z afirmacjami ale wydaje mi się że kierunek podobny - ciało, ruch, intencja.
Przeprowadziłam się niedawno i mam dokładnie ten problem, o którym piszecie. Czy jest jakaś konkretna afirmacja albo zestaw zdań, który polecacie na początek? Bo sama nie wiem od czego zacząć i trochę się gubię w tym co piszecie o ciele i zakotwiczaniu.
To co pisze Anastazy56 jest ważne, ale chcę dopytać: czy afirmacje oparte na tym, co już jest, działają lepiej niż te oparte na tym, co chcemy osiągnąć? Bo klasyczna szkoła mówi 'mów jakby już było', a tutaj wychodzi na to, że lepiej opisywać teraźniejszość i z niej budować. Czy ktoś świadomie testował jedno i drugie?
Przepraszam że się wtrącę, bo nie znam się na tym co piszecie, ale mam pytanie praktyczne. Czy te afirmacje mówi się na głos czy w myślach? I ile razy dziennie? Bo chciałabym spróbować ale nie wiem jak to w ogóle wygląda w praktyce.
Wchodzę do rozmowy bo mam trochę inne doświadczenie. Przeprowadziłam się dwa razy w ostatnich latach i za pierwszym razem próbowałam afirmacji werbalnych - zero efektu. Za drugim razem zrobiłam coś inaczej: każdego wieczoru przez pierwsze dwa tygodnie zapisywałam jedną rzecz, którą lubiłam w nowym miejscu. Nie afirmacja, tylko obserwacja. Ale efekt był podobny do tego, co tu opisujecie - stopniowe poczucie 'to moje'. Czy to się różni od afirmacji na poziomie mechanizmu, czy to tylko inna forma?
Słucham tej rozmowy i myślę, że wyłania się z niej jeden wspólny mianownik: kontakt z konkretem. Nie 'ten dom jest dobry', tylko 'ta lampa daje ciepłe światło i lubię ją wieczorem'. Im bardziej szczegółowe, tym mniej oporu ze strony umysłu. Ktoś jeszcze pracuje z detalami, nie z ogólnikami?
Wróćmy na chwilę do tego co pisała Modrzewka o słowiańskich zwyczajach zaznaczania przestrzeni przez obecność. Czy ktoś łączył takie fizyczne przechodzenie przez przestrzeń z wypowiadaniem konkretnych słów? Mam wrażenie, że to mogłoby być coś pomiędzy afirmacją a małym rytuałem.
Różnica między spacerem z intencją a rytuałem zakorzenienia jest kwestią świadomości i powtarzalności. Jeśli robisz to raz, to jest gest. Jeśli robisz to regularnie, tą samą trasą, z tym samym zdaniem, to buduje się coś innego. Ciało zapamiętuje trasę, przestrzeń staje się znajoma na poziomie motorycznym, a afirmacja się z tym łączy. Jednorazowy spacer to za mało, żeby cokolwiek zakorzenić.
Mam pytanie do tych, którzy pracowali z zapachem i afirmacją razem. Filomena_G pisała o świecy, ja też próbowałam czegoś podobnego, ale z olejkiem do dyfuzora. Problem był taki, że nie wiedziałam kiedy mówić te zdania - zaraz po zapaleniu, w trakcie, czy może gdy zapach już jest w całym pomieszczeniu? Czy ma to jakieś znaczenie?
Przepraszam, chciałam napisać, że sama zrobiłam błąd we wpisie, bo oczywiście mówiłam o sobie w trzeciej osobie przypadkowo. Wracając do meritum: z moich prób wychodziło, że najlepiej mówić afirmacje gdy zapach jest już wyczuwalny, ale świeca czy dyfuzor jeszcze pracuje. Wtedy ciało jest jeszcze w pewnym napięciu uwagi, nie rozluźniło się całkowicie. Nie wiem czy to jest reguła ogólna.
Wracając do tego co Stokrotunia67 powiedziała o 'wspólnym mianowniku' - konkret kontra ogólnik. Mam wrażenie, że przez całą tę rozmowę jesteśmy przy tym samym wniosku, tylko dochodzimy do niego różnymi drogami: przez ruch, przez zapach, przez pisanie. Czy ktoś próbował łączyć kilka z tych metod jednocześnie? Albo kolejno, jako jakiś system?
Ale jak się człowiek powstrzymuje od sprawdzania? To brzmi jak 'nie myśl o różowym słoniu'. Im bardziej próbuję nie kontrolować, tym bardziej kontroluję.
Wróćmy do samego zakorzenienia - bo trochę odpłynęliśmy. Mam pytanie, które mnie nurtuje od jakiegoś czasu: czy afirmacje o miejscu mają sens, zanim zna się to miejsce? Stokrotunia67 zaczęła swoją praktykę od razu po przeprowadzce, ale co z osobami, które dopiero pakują kartony?
Czyli mówisz, że afirmacja musi mieć kotwicę w czymś rzeczywistym, żeby zadziałała? Bo czytałam, że afirmacje działają też czysto intencjonalnie, bez konkretów.
To co Modrzewka pisze o zmysłach to ciekawe, bo ja mimowolnie zrobiłam coś takiego - przez długi czas wchodziłam przez te same drzwi i za każdym razem zwracałam uwagę na to samo skrzypnięcie. Stało się czymś w rodzaju sygnału 'jestem w domu'. Nie planowałam tego w ogóle.
To co Anastazy mówi o pytaniach kierujących to bardzo bliskie temu, co w coachingu nazywa się pytaniami otwierającymi. Ale mam wątpliwość: czy przy zakorzenienia ten tryb pytający nie sprawia, że jesteś wiecznie w pozycji szukającego, a nie znajdującego? Że nigdy nie lądujest, tylko ciągle sprawdzasz czy już wylądowałaś?
Słucham tej dyskusji o pytaniach i myślę, że u mnie było właśnie tak jak Modrzewka mówi - na początku każde twierdzące zdanie brzmiało dla mnie fałszywie i po prostu je przerywałam w połowie. Dopiero jak zaczęłam od mniejszych rzeczy, konkretnych i prawdziwych, twierdzenia nabrały sensu. Ale żadnej techniki nie znałam - robiłam to instynktownie.
A pamiętasz jakie były te pierwsze, małe zdania? Ciekawi mnie jak to wyglądało zanim wypracowałaś coś, co działało.
A te małe zdania mówiłaś do siebie, pisałaś, czy na głos? Zastanawiam się czy forma ma znaczenie czy tylko treść.
