Wracam do pytania Gabrysia, bo chyba mamy już dość materiału żeby na nie odpowiedzieć. Dobry nastrój skraca czas potrzebny na to, żeby afirmacja przeszła przez filtr poznawczy. Ale nie skraca czasu potrzebnego na trwałą zmianę przekonania. Te dwie rzeczy to nie to samo, prawda?
To zależy od tego, co rozumiesz przez 'dystans'. Jeśli mówisz o czasie do pierwszej zauważalnej zmiany w zachowaniu - to może być kilka tygodni regularnej praktyki. Jeśli mówisz o trwałej zmianie przekonania na poziomie automatycznym, bez świadomego wysiłku - to miesiące. Badania nad neuroplastycznością nie dają jednej liczby, bo to zależy od głębokości zakorzenionego przekonania, które chcesz zastąpić.
To nie jest pytanie, na które ktokolwiek uczciwie odpowie konkretną liczbą. Zależy od wieku przekonania - im wcześniej zostało zapisane, tym dłużej trwa zmiana. Przekonanie z dzieciństwa to co innego niż coś, co nabrałeś rok temu. Możesz mieć efekty po sześciu tygodniach i możesz pracować rok bez wyraźnego przełomu. Obie sytuacje są możliwe.
Wracam do tego, co powiedział Barni o tygodniach i miesiącach, bo chcę dodać jeden praktyczny element. Nie ma sensu liczyć dni od momentu kiedy 'zacząłeś'. Ma sens patrzeć na konsekwencję. Dziesięć dni codziennej praktyki robi więcej niż miesiąc z przerwami. To nie jest odkrycie, ale ludzie o tym zapominają, szczególnie gdy czekają na efekty.
Ja z doświadczenia powiem, że u mnie przełom zwykle przychodził po jakimś zewnętrznym zdarzeniu, które przypadkowo potwierdzało afirmację. Jakby rzeczywistość dawała sygnał, że to zaczyna działać. Może to przypadek, może nie, ale kilka razy tak było.
Mam pytanko trochę z boku - czy jeśli afirmacje są po angielsku (takie gotowe, z internetu), to działają tak samo? Bo dużo takich widzę i nie wiem czy tłumaczyć na polski czy zostawić.
A mnie ciekawy jest ten wątek z nastrojem i euforią, bo wcześniej ktoś napisał że euforia nie jest dobra. To ja mam pytanie - a co z radością? Bo euforia i radość to chyba nie to samo, a ja kiedy jestem radosna to wydaje mi się ze wszystko idzie mi lepiej.
Przeglądam ten wątek i mam wrażenie, że tak naprawdę doszliście do wniosku, że ważniejsza jest regularność niż nastrój. Czy dobrze rozumiem? Bo jeśli tak, to może tytuł wątku jest trochę mylący 🙂
Dobra, ale to chyba nie jest takie zero-jedynkowe? Bo z jednej strony macie rację, że regularność robi robotę, ale z drugiej - tytuł wątku pyta o nastrój i moim zdaniem ta odpowiedź jeszcze nie padła wprost. Regularność i nastrój to są dwie różne zmienne, nie?
Wracam tu po kilku dniach i widzę, że rozmowa poszła w bardzo ciekawe rejony. Ale mam jedno pytanie, które mnie nurtuje od początku - czy ktoś z was miał konkretną sytuację, że zaczął w złym nastroju, zmusił się do afirmacji i potem faktycznie coś się zmieniło? Nie teorię, tylko konkretne doświadczenie.
U mnie tak było kilka razy. Byłam naprawdę w dołku, nie miałam ochoty na nic, ale zaczęłam mówić afirmacje prawie z przekąsem. I po jakimś czasie to przekąsanie zniknęło. Nie wiem czy to była afirmacja czy po prostu czas, ale efekt przyszedł. Więc myślę, że zły nastrój to nie jest przeszkoda.
Ale właściwie to wrócę do tego co pytał Gabryś na początku - chodzi o to, czy w dobrym nastroju afirmacje działają szybciej, a my teraz rozmawiamy o tym czy w złym nastroju też można. To trochę inne pytanie, nie?
A jak ktoś ma tak, że w sumie nigdy nie jest ani smutny ani szczególnie radosny, taki stan pośredni na co dzień? Czy to jest ten dobry stan do afirmacji czy trzeba jakoś to najpierw zmienić?
Słucham tej rozmowy i mam jedno dopowiedzenie. Dużo mówicie o nastroju jako stanie chwilowym, ale nastrój to też tło - jak ktoś przez tygodnie jest w chronicznym pesymizmie, to nawet w 'dobrych chwilach' afirmacja trafia na grunt pełen oporu. Nie da się pracować z afirmacjami bez patrzenia na to, jaki jest ogólny klimat wewnętrzny, nie tylko stan w danej chwili.
A tak mnie jeszcze nurtuje jedno - Almandynka.pl napisała o chronicznym pesymizmie jako tle, które blokuje nawet w dobrych chwilach. Ale jak to rozpoznać, że jest się w tym chronicznym pesymizmie, a nie po prostu w złym dniu? Bo to chyba ważne, żeby wiedzieć, z czym się ma do czynienia, nie?
Dobra obserwacja. Różnica jest w czasie trwania i w tym, czy masz momenty, kiedy się naprawdę wyciągasz z tego stanu. Zły dzień ma koniec, chroniczny pesymizm to bardziej rodzaj soczewki, przez którą patrzysz na wszystko. Ale szczerość wobec siebie tu jest kluczowa - dużo ludzi mówi 'po prostu mam zły dzień', a to trwa od lat.
Ale czy to znaczy, że trzeba za każdym razem robić jakiś rytuał przed afirmacją? Bo to brzmi jak dużo zachodu. Myślałam, że wystarczy powtarzać zdania i tyle.
A jak ktoś robi afirmacje rano zaraz po budzeniu, to który to jest stan? Bo ja wiem, że niby nie myślę jeszcze o niczym złym, ale tez nie jestem jakoś rozbudzony. Czy to jest ten dobry moment czy lepiej poczekać?
Słuchając tej rozmowy, mam wrażenie, że przekłada się to na szersze pytanie: czy afirmacje wymagają jakiejkolwiek dyscypliny środowiskowej, czy naprawdę mogą działać w dowolnych warunkach? Bo jeśli każdy z wymienionych tu czynników - pora, nastrój, poprzedzające czynności - ma znaczenie, to zaczyna z tego wyłaniać się całkiem konkretny protokół, a nie tylko 'pozytywne zdanie powtarzane rano'.
