Praktykuję afirmacje od jakiegoś czasu i mam z nimi taki problem, że kiedy mówię je na głos, to czuję się... sztucznie. Jakbym grała w teatrze przed samą sobą. Czytałam, że wypowiadanie na głos działa lepiej niż tylko myślenie, ale u mnie działa dokładnie odwrotnie. Im głośniej, tym bardziej mój umysł się buntuje i zaczyna mi podpowiadać 'no przecież to nieprawda'. Zastanawiam się, czy to typowe dla introwertyków, czy może po prostu źle to robię. Czy ktoś miał podobnie i jakoś to przeskoczył?
Mnie też to dotyczy. Przez długi czas w ogóle odpuściłam mówienie na głos, bo czułam się po prostu głupio. Teraz robię tak, że szepczę, nie mówię pełnym głosem, i jakoś ten opór jest mniejszy. Ale nie wiem, czy szept działa tak samo dobrze jak normalne mówienie. Ktoś wie?
Mam podobnie i szczerze nie wyobrażam sobie, żeby mi kiedyś przestało być głupio mówić na głos 'jestem pewny siebie i spokojny' do lustra o siódmej rano. Może to kwestia treści? Bo te klasyczne afirmacje brzmią jak hasła z kalendarza.
niekoniecznie. Jeśli ktoś konsekwentnie uzyskuje efekty przez szept albo przez pisanie, to nie ma sensu na siłę forsować mówienia pełnym głosem tylko dlatego, że 'tak powinno być'. To co ty opisujesz, ten wewnętrzny głos mówiący 'to nieprawda', to jest normalny efekt, gdy afirmacja jest za daleko od aktualnego przekonania. Można próbować łagodniejszych form, np. 'wybieram myślenie o sobie lepiej' zamiast 'jestem wspaniały'. Mniejszy skok, mniejszy opór.
To co pisze Runolog70 o dystansie między afirmacją a przekonaniem ma sens. Ja to sprawdzałam na sobie i rzeczywiście, kiedy afirmacja jest zbyt odległa od tego, w co faktycznie wierzę, to zamiast łagodzić opór, nakręca wewnętrzną polemikę. Ale mam pytanie do Joli92: czy ten dyskomfort pojawia się też kiedy jesteś sama, czy bardziej gdy masz wrażenie, że ktoś mógłby usłyszeć?
To co opisuje Jola92 brzmi bardziej jak wstyd społeczny niż opór przed treścią afirmacji. To dwie różne rzeczy chyba? Bo jedno to 'nie wierzę w to co mówię', a drugie to 'wstydzę się, że ktoś mnie przy tym przyłapie'. Zastanawiam się, czy one nie nakładają się na siebie i przez to trudniej je rozdzielić.
A można w ogóle mówić afirmacje tylko w głowie i mieć z tego efekty? Bo ja nie mam warunków, żeby mówić na głos, mieszkam z ludźmi i naprawdę nie da rady.
Wracając do tego co mówiła Jola92 na początku, ten opór 'to nieprawda' mnie też prześladował. Zaczęłam inaczej formułować, nie 'jestem', tylko 'staję się' albo 'uczę się być'. I nagle ta wewnętrzna polemika trochę ucichła, bo trudno kłócić się z procesem. Ktoś jeszcze tak próbował?
A czy ktoś próbował łączyć afirmacje z jakimś przedmiotem, np. trzymać kamień podczas mówienia? Mnie to pomaga się skupić i jakoś mniej myślę o tym, że brzmię dziwnie. Kamień daje czemuś skupić dłonie i uwagę.
używam różowego kwarcu albo ametystu, zależy od nastroju. Różowy kwarc jakoś naturalnie uspokaja ten wewnętrzny głos oceniający, a ametyst pomaga mi się skupić, kiedy myśli zaczynają uciekać. Nie wiem, czy to przez kamień jako taki, czy po prostu przez sam gest trzymania czegoś w dłoni, ale efekt jest.
A czy to musi być kamień? Pytam, bo nie mam żadnych, ale mam taki stary różaniec po babci, który trzymam czasem jak mi nerwowo. Czy to mogłoby działać podobnie?
Wróćmy do tego co mówiła Bursztynka_G o wstydzie społecznym. Bo mi to siedzi w głowie. Rozumiem, że można ćwiczyć pod prysznicem albo szeptać, ale czy to znaczy, że ten wstyd kiedyś przechodzi, czy tylko go omijamy? Bo omijanie to nie to samo co przepracowanie.
U mnie chyba to drugie. Mam poczucie, że gdybym powiedziała na głos 'jestem pewna siebie i spokojna' i ktoś by to usłyszał, to bym się wstydziła nie tyle że mnie przyłapano na mówieniu do siebie, ale że ktoś pomyśli, że wierzę w coś naiwnego. Jakbym się bała oceny samej praktyki, nie formy.
i to jest właśnie ta różnica, o którą pytałam wcześniej. Bo jeśli wstyd dotyczy treści, czyli samego faktu, że robisz afirmacje, to pytanie, czy w ogóle sama przed sobą akceptujesz tę praktykę. Jak sam wobec siebie masz opory, to głos na zewnątrz będzie tylko wierzchołkiem.
To co mówi Bursztynka_G wydaje mi się kluczowe. Ja przez długi czas robiłam afirmacje jakby z poczuciem winy, jakby to była słabość. I te afirmacje nie działały, bo cały czas mentalnie je podważałam. Dopiero kiedy przestałam to traktować jako coś wstydliwego, efekty się pojawiły. Ale jak to zrobić, żeby to nie była tylko kolejna afirmacja o sobie?
Przepraszam, że wchodzę, ale mam inne pytanie. Powiedziałam, że mieszkam z ludźmi i nie mogę mówić na głos. Szept też trudny, bo cieniutkie ściany. Jeśli robię to tylko w głowie, to jak w ogóle mam zadbać o to skupienie, o którym mówił Runolog70? Jakaś technika?
Nawiązując do tego co mówi Brzozka81 o pisaniu, ja przez jakiś czas łączyłam pisanie z trzymaniem kamienia drugą ręką. Brzmi dziwnie, wiem, ale to takie podwójne zakotwiczenie uwagi. Nie wiem czy to sens ma z jakiegoś głębszego powodu, ale nie odpływałam myślami.
A ja mam takie głupie pytanie może, ale jak długo trzeba robić te afirmacje żeby poczuć jakaś zmianę? Bo zaczynam i po tygodniu nie widzę różnicy i przestaje. Może właśnie dlatego u mnie nie działa?
Właśnie to jest trudne dla introwertów moim zdaniem. Nie chodzi tylko o dyskomfort przy mówieniu, ale też o cierpliwość do procesu, który jest niewidoczny i niespektakularny. Nie ma żadnego zewnętrznego potwierdzenia że idziesz dobrze, nie ma etapów, nie ma kogoś kto powie 'tak, robisz to właściwie'. I chyba właśnie to mnie napędza do szukania jakichś modyfikacji, bo sama cisza po tygodniu mówienia do ściany jest naprawdę demotywująca.
i właśnie to mnie zastanawia. Mówisz o braku etapów, o niewidoczności procesu. Ale czy nie jest tak, że introwerty w ogóle mają tendencję do wewnętrznej obserwacji i może ta obserwacja jest właśnie etapem? Tylko że zamiast 'zrobiłam to', jest 'coś inaczej zareagowałam'?
to jest znaczący problem metodyczny. Jeśli nie ma żadnego punktu bazowego, każda ocena efektów jest obarczona błędem potwierdzenia. Nie mówię, że prowadzenie dziennika jest konieczne dla każdego, ale bez jakiegoś zewnętrznego śladu trudno ocenić, czy coś się zmienia, czy nam się tylko wydaje. Krótkie notatki, nawet jedno zdanie po sesji, mogą dużo dać po kilku tygodniach.
A ja jeszcze wrócę do tego mojego pytania bo nie do końca rozumiem. Mówicie o zmianie nastawienia ale jak ona się objawia? Tzn. jak w ogóle poznaję że moje nastawienie się zmieniło jeśli nadal czuje się tak samo?
Przepraszam że znowu wchodzę z bokiem, ale mam pytanie do Runolog70 o tę technikę z wyobrażaniem głosu. Próbowałam i mi się miesza z normalnym myśleniem. Tzn. nie wiem kiedy 'mówię' afirmację a kiedy po prostu o niej myślę. Czy to w ogóle ma znaczenie?
To co mówi Witchling80 o skracaniu przypomina mi coś, o czym czytałam przy okazji afirmacji dla osób z dużym wewnętrznym krytykiem. Że długie zdania dają krytykowi za dużo miejsca żeby je rozmontować, a krótkie trudniej podważyć. Nie wiem czy to ma uzasadnienie, ale logicznie brzmi.
Wracając do tego, co mówiła Jola92 o wstydzie i o tym, że ktoś mógłby usłyszeć, chciałem zapytać, czy ten wstyd dotyczy też własnego głosu? Bo dla mnie mówienie na głos jest dziwne nie dlatego, że ktoś usłyszy, ale że słyszę siebie i brzmię dla siebie jakoś nienaturalnie.
to co opisujesz z głosem, który brzmi jak aktor, jest bardzo znane i ma nawet swoją nazwę w psychologii, nie pamiętam dokładnie jak, ale chodzi o to, że własny głos słyszany z zewnątrz jest nam nieznajomy, bo normalnie słyszymy go przez kości czaszki. Nagranie siebie i przesłuchanie kilka razy potrafi ten efekt zmniejszyć, bo mózg przestaje traktować ten dźwięk jako obcy.
To co mówi Perzyna o własnym głosie mnie trochę uspokaja, bo ja też słyszę siebie i mam wrażenie że brzmię sztucznie. Ale chciałam zapytać, czy to z czasem przechodzi? Znaczy, czy po jakimś czasie zaczynasz brzmieć dla siebie normalnie?
