Mam takie pytanie, bo ostatnio zaczynam z afirmacjami i zauważam u siebie coś dziwnego. Kiedy jestem w złym nastroju i próbuję powtarzać afirmacje, to czuję jakiś opór, jakby słowa szły w próżnię. Ale gdy jestem w lepszym humorze, wydaje mi się, że to działa szybciej. Czy to w ogóle ma sens, czy się tylko sugeruję? Czy ktoś miał podobnie?
To ma sens i nie jesteś jedynym, który to zauważa. Stan emocjonalny faktycznie wpływa na to, jak głęboko afirmacja 'trafia'. Kiedy jesteś w dołku, umysł jest bardziej sceptyczny i każde pozytywne zdanie odbija się od wewnętrznego oporu. Ja to nazywam murem niedowierzania. Ale mam pytanie do bardziej doświadczonych, bo sama nie jestem pewna: czy to znaczy, że w złym nastroju afirmacje są w ogóle bez sensu, czy może działają inaczej, wolniej?
Nie powiedziałabym, że są bez sensu. Raczej zależy, jaką afirmację stosujesz w danym momencie. Jeśli jesteś w złym miejscu emocjonalnie i powtarzasz coś w stylu 'jestem szczęśliwa i spełniona', to umysł natychmiast to odrzuca, bo wie, że to nieprawda. To nie jest afirmacja, to konfrontacja z rzeczywistością, którą przegrywasz. Lepiej wtedy sięgnąć po coś bliższego prawdy, na przykład 'jestem w stanie przez to przejść' albo 'powoli się poprawia'.
To nie jest obniżanie poprzeczki, tylko praca z tym, co jest, a nie z tym, czego chcesz. Umysł ma wbudowany filtr spójności, i jeśli serwujesz mu twierdzenie, w które w danej chwili nie wierzy ani trochę, to aktywujesz odwrotny mechanizm. Sam możesz to sprawdzić: powiedz sobie głośno coś kompletnie sprzecznego z tym, co czujesz, i obserwuj, co się dzieje w ciele. Pojawia się napięcie, coś na kształt wewnętrznego 'nie'. I właśnie to napięcie blokuje efekt.
Rozumiem, co piszecie, ale mam wrażenie, że dobry nastrój to trochę błędne koło, prawda? Żeby afirmacje działały, trzeba być w dobrym nastroju. A żeby być w dobrym nastroju, potrzeba właśnie takich afirmacji. Skąd więc w ogóle zacząć, jeśli na starcie jest się w dołku?
Przy tym pytaniu warto zatrzymać się trochę dłużej, bo 'otwarci na sugestię' brzmi, jakby to była autosugestia i nic więcej. Możemy na to patrzeć inaczej: w wielu tradycjach afirmacja to forma intencji, a intencja ma moc tylko wtedy, gdy nie jest blokowana przez sprzeczne emocje. Gniew, lęk, smutek to nie są złe stany same w sobie, ale działają jak zakłócenia sygnału. Afirmacja wysłana przez 'zakłócenia' dociera słabiej albo w ogóle.
Ja wiem z własnego doświadczenia, że nastrój absolutnie musi być pozytywny, inaczej afirmacje po prostu nie wchodzą do podświadomości. Czytałam o tym, że podświadomość przyjmuje programowanie tylko w stanie relaksu i dobrego samopoczucia, więc jeśli jesteś smutna czy zdenerwowana, to tracisz czas. Lepiej poczekać na dobry moment.
Słuchajcie, mam trochę inne spojrzenie na to całe 'dobry nastrój kontra zły nastrój'. Myślę, że to pytanie z pominięciem jednej ważnej zmiennej, czyli wiary w to, co się powtarza. Można być w świetnym nastroju i recytować afirmacje jak wiersz na lekcji, bez żadnego zaangażowania. I można być w neutralnym, spokojnym stanie i naprawdę poczuć każde słowo. Co działa szybciej według was, nastrój czy właśnie ta jakość uwagi?
Przepraszam, że może głupie pytanie, ale co to znaczy 'poczuć afirmację w ciele'? Jak to wygląda w praktyce? Mówi się ją i jednocześnie coś wyobraża? Kompletnie nie wiem, od czego zacząć.
Dziękuję wszystkim za tę dyskusję, naprawdę dużo tu ciekawych rzeczy. Mam jedno pytanie, bo trochę zgubiłem wątek: czy z tego, co piszecie, wynika, że nastrój pomaga, ale nie jest warunkiem koniecznym? Czy dobrze rozumiem?
To, co napisała Karolciaa, bardzo mi pasuje do moich doświadczeń z medytacją. Jak siedzę i próbuję coś poczuć, a ciało się nie poddaje, to wiem, że jestem za daleko od punktu, w którym afirmacja ma sens. Wtedy wracam do oddechu i próbuję zejść o stopień niżej, do czegoś mniejszego, bardziej konkretnego.
Ale chwilę, bo mi się coś kręci w głowie. Jeśli ciągle dopasowujemy afirmacje do nastroju i schodzimy coraz niżej, żeby było 'bezpieczniej', to kiedy w ogóle dochodzimy do tych ambitnych celów? Wydaje mi się, że można tak w kółko ostrożnościować i nigdy nie wyjść z przeciętności.
Mylisz dwie rzeczy: dostosowanie punktu wejścia z rezygnacją z celu. Możesz mieć ambitny cel i wchodzić do niego stopniowo, zamiast szturmować mur głową. Mur nie pęka szybciej od siły uderzenia, jeśli ta siła trafia w opór. Zaczynasz od miejsca, gdzie opór jest mniejszy, i budujesz stamtąd. To nie jest ostrożnościowanie, to jest strategia.
Nie ma jednej odpowiedzi na 'jak długo', i każdy kto ci poda konkretny termin, po prostu zgaduje. Zależy od tego, jak głęboko zakorzenione jest przekonanie, które chcesz zmienić, jak konsekwentny jesteś, jak bardzo angażujesz się emocjonalnie. Trzy tygodnie to często słyszany próg, bo tyle przeciętnie zajmuje zmiana nawyku, ale to nie jest prawo natury.
A mnie zastanawia coś innego - czy to ma znaczenie, o jarej porze robimy te afirmacje? Bo słyszałem że rano po przebudzeniu to najlepszy czas, ale nie wiem czy to prawda czy mit.
Właśnie, rano i wieczór to złoty czas, zawsze tak mówiłam. Najlepiej wstać, nie patrzeć w telefon, od razu powiedzieć swoje afirmacje, to wtedy jeszcze sen jest blisko i podświadomość jest otwarta.
To co powiedziała Obserwatorka na końcu mnie uderzyło - że pytanie jest jednocześnie prostsze i trudniejsze. Bo ja zacząłem ten temat z konkretnym pytaniem: czy dobry nastrój przyspiesza, czy nie. I po czterdziestu kilku postach mam wrażenie, że odpowiedź brzmi 'to zależy' i że to zależy od tylu rzeczy naraz, że w zasadzie nie wiem, od czego zacząć.
Ale to jest normalne przy takich tematach. Złożone zjawisko daje złożoną odpowiedź. Problem z pytaniem 'czy dobry nastrój przyspiesza' polega na tym, że zakłada liniową zależność, a tu jej nie ma. To nie jest reostat, który kręcisz w górę i wszystko działa szybciej.
Ale to trochę brzmi jak coś dla zaawansowanych, nie? Jak ktoś zaczyna z afirmacjami, to chyba lepiej żeby tak nie eksperymentował i raczej trzymał się prostych zasad?
To wróćmy do punktu wyjścia, bo mi się tu coś gubi. Pytałem, czy dobry nastrój przyspiesza efekty. Na razie rozumiem tyle, że i dobry i zły nastrój mogą być punktem wejścia, tylko różnymi. Ale czy to znaczy, że nastrój w ogóle nie ma znaczenia? Bo to by było dziwne.
Nastrój ma znaczenie, ale nie jako warunek. Raczej jako informacja. Kiedy jesteś w dobrym nastroju, twój system poznawczy łatwiej akceptuje nowe przekonania, bo nie ma aktywnych zagrożeń do przetworzenia. Kiedy jesteś w złym nastroju, mózg jest zajęty gdzie indziej. Afirmacja dostaje mniej zasobów uwagi. To nie jest metafizyka, to jest po prostu jak działa uwaga selektywna.
Słucham tej rozmowy od dłuższego czasu i chcę dodać jedno. Wszyscy mówicie o nastroju jak o zmiennej, którą się ma albo nie ma. A czy nie jest tak, że sama praktyka afirmacji, konsekwentna, może ten nastrój stopniowo modelować? Że nie pytamy 'czy dobry nastrój przyspiesza', tylko 'czy afirmacje mogą być metodą na budowanie stanu, w którym afirmacje działają lepiej'? Trochę z siebie robimy środowisko dla siebie.
No właśnie, bo wszystko co tu czytam jest logiczne, ale trochę mi to mówi 'poczekaj, nie spiesz się', a ja pytałem konkretnie - czy dobry nastrój daje szybsze efekty. Czy ktoś może po prostu odpowiedzieć tak albo nie, i dlaczego?
Tak, przy założeniu że 'dobry nastrój' oznacza spokój i otwartość, nie euforię. Euforia może paradoksalnie zablokować efekty, bo umysł nie czuje potrzeby zmiany. Spokojny, pozytywny stan to najlepsza gleba. Ale to nie znaczy, że w złym nastroju nie ma sensu pracować - tylko że trzeba inaczej.
To co opisuje Bryza przypomina mi strukturę niektórych rytuałów runicznych - kulminacja energii, a potem praca wykonywana w chwili opadania, nie w szczycie. Podobna logika: energia unosi, ale praca dzieje się w ciszy po. Ciekawe, że tak różne podejścia dochodzą do podobnych wniosków w kwestii momentu.
A co jeśli ktoś ma tak, że prawie nigdy nie ma dobrego nastroju? Nie z jakiegoś powodu, po prostu tak jest. Czy to znaczy, że afirmacje po prostu nie zadziałają? Bo trochę smutno to brzmi.
Ja bym dodała, że w takim wypadku dobrze jest połączyć afirmacje z czymś fizycznym - na przykład pisaniem ręcznym albo chodzeniem. Ruch pomaga wyjść z niskiego nastroju i wtedy afirmacja jakby lepiej wchodzi. Sama tak robię i czuję różnicę.
