Mam pytanie, które mnie męczy od jakiegoś czasu. Powtarzam afirmacje regularnie, rano, wieczorem, czasem w ciągu dnia. Problem w tym, że często czuję, że to puste słowa. Mówię 'jestem spokojna i pewna siebie', a w środku nic. Zero przekonania, zero odczucia, że to prawda. I zastanawiam się, czy w ogóle ma to jakiś sens, skoro nie czuję tego emocjonalnie. Czy samo mechaniczne powtarzanie cokolwiek daje, czy to strata czasu bez tego wewnętrznego 'tak, wierzę w to'?
Sama się z tym zmagałam przez długi czas. Myślę, że to zależy od tego, czego oczekujesz od afirmacji. Jeśli liczysz na natychmiastowe poczucie zmiany - to raczej nie przyjdzie na początku. Ale jeśli traktujesz to jak sadzenie ziarna, to może mieć sens nawet bez emocji. Czytałam gdzieś, że podświadomość nie odróżnia tego, czy wierzysz w słowa, czy nie - przyjmuje je i tak. Nie wiem, na ile to prawda, ale z mojego doświadczenia coś w tym jest.
To nie jest takie proste, jak to Piolun opisuje. Podświadomość nie jest bezkrytycznym magazynem - jeśli afirmacja jest zbyt daleka od tego, w co aktualnie wierzysz, umysł ją odrzuca. To trochę jak próba wmówienia sobie czegoś, w co kompletnie nie wierzysz. Mechanizm działa, ale nie tak bezwarunkowo. Ważniejsze pytanie jest inne: czy afirmacja, którą powtarzasz, jest w ogóle dopasowana do twojego aktualnego stanu? Czasem zbyt duży skok między 'jestem' a 'chcę być' blokuje cały proces.
Dokładnie. To tzw. afirmacje pomostowe albo stopniowane. Zamiast deklaratywnego 'jestem', próbujesz 'otwieram się na', 'pozwalam sobie', 'zauważam w sobie'. Mniej oporu psychicznego, więcej szansy, że coś przejdzie przez filtr krytyczny. Klasyczne afirmacje w stylu Coué działały na tej zasadzie - stopniowe, nie rewolucyjne.
Dorzucę coś od strony praktycznej. Miałem etap, kiedy powtarzałem afirmacje kompletnie bez przekonania, wręcz trochę z ironią. I wiecie co? Po kilku tygodniach zauważyłem drobne zmiany w reakcjach - nie w przekonaniach, ale w zachowaniu. Jakby ciało zaczęło reagować inaczej, zanim głowa zdążyła dołączyć. To mnie zaskoczyło. Więc pytanie 'czy działa bez emocji' może być źle postawione - może emocje przychodzą później, nie na początku.
Przepraszam, że wchodzę z boku, ale chcę się upewnić że dobrze rozumiem. Mówiąc 'afirmacje' mamy na myśli tylko te zdania, które się powtarza na głos, czy też można to robić w myślach? Bo ja czasem mówię sobie różne pozytywne rzeczy w głowie, czy to się liczy?
A czy ktoś próbował łączyć afirmacje z oddechem albo z jakimś stanem relaksu przed powtarzaniem? Czytałem, że w stanie alfa mózg jest bardziej 'otwarty' i wtedy afirmacje mają trafić głębiej. Czy to ma sens z waszego doświadczenia, czy to mit?
Wracając do tego, o czym pisała Klimcia90 na początku - mam wrażenie, że ten brak odczucia emocjonalnego to nie zawsze jest problem. Czasem to po prostu etap. Sama przechodziłam przez długi czas, kiedy afirmacje były dla mnie czysto mechaniczne, i dopiero po jakimś czasie zaczęłam czuć, że coś się zmienia. Jakby najpierw musiała się zmienić struktura, a emocje przyszły potem. Czy ktoś miał podobnie?
Szczerze? Kilka tygodni. Nie robiłam nic inaczej - po prostu nie rzucałam. W pewnym momencie zauważyłam, że zaczynam się łapać na tym, że myślę inaczej w sytuacjach, które wcześniej mnie zalewały. Nie wiem, czy to były afirmacje, czy po prostu czas. Ale zbieżność była wyraźna.
Mam inne podejście do tego. Próbowałam samych afirmacji bez żadnego dodatkowego 'uziemienia' i efekty były słabe. Dopiero kiedy zaczęłam łączyć afirmacje z konkretnym kamieniem trzymanym w dłoni - coś jakby zaczęło klikać. Nie wiem, czy to kamień, czy skupienie, które przy nim przychodzi, ale pojawił się ten element czucia, o którym piszesz. Myślę, że ciało musi mieć jakiś punkt zaczepienia.
Czytam ten wątek od początku i mam jedno pytanie, które mi chodzi po głowie. Jeśli afirmacje działają nawet bez emocji, to czym się różnią od zwykłego powtarzania losowego zdania? Czyli czy 'jestem pewny siebie' działa inaczej niż powtarzanie 'zielone jabłko, zielone jabłko'? Bo jakoś nie rozumiem tego mechanizmu.
To pytanie, które mi chodzi po głowie od jakiegoś czasu. Jeśli afirmacje działają nawet bez emocji, to czym się różnią od zwykłego powtarzania losowego zdania? Czyli czy 'jestem pewny siebie' działa inaczej niż powtarzanie 'zielone jabłko, zielone jabłko'? Bo jeśli efekt bierze się z samego powtarzania, to brzmi jakby treść była drugorzędna.
Jedno kryterium, które działa w praktyce: opór twórczy zwykle ma charakter intelektualny - 'jeszcze w to nie wierzę'. Opór destrukcyjny ma charakter emocjonalny i narastający - po kilku tygodniach czujesz się gorzej, nie tak samo. Jeśli po miesiącu afirmacje wywołują aktywny dyskomfort albo poczucie wyśmiewania samej siebie, to sygnał, że coś z ich treścią albo formą jest nie tak.
To, co Ballen opisuje, zgadza się z tym, co sama obserwowałam. Ale dodam jedno: dla mnie momentem przełomowym nie było to, że afirmacja zaczęła być 'prawdziwa' - ale że przestała mi się wydawać absurdalna. To jest taki środkowy etap, który świadczy o tym, że coś się przesuwa, nawet jeśli efekt końcowy jeszcze nie widoczny.
Chcę się upewnić, że dobrze rozumiem ten wątek. Mówiąc o 'oporze' - czy chodzi tylko o to uczucie, że zdanie jest nieprawdziwe, czy też o coś innego, jakiś fizyczny dyskomfort? Bo ja mam i jedno i drugie i nie wiem, co z tym zrobić.
Słucham tej dyskusji i zastanawiam się nad czymś, o czym jeszcze nie było mowy. Czy pora dnia ma znaczenie dla tego, jak afirmacja 'trafia'? Czytałam gdzieś, że stan tuż po przebudzeniu albo tuż przed snem to momenty, kiedy filtr krytyczny jest naturalnie niższy. Czy ktoś z was świadomie korzysta z tej pory?
Wracając do mojego pierwotnego pytania - bo chcę je jeszcze raz sformułować precyzyjnie po tej całej dyskusji. Rozumiem, że samo powtarzanie bez emocji może mieć sens, że opór jest czymś normalnym, że afirmacje stopniowane mają mniej oporu. Ale mam jedno pytanie, które wciąż nie jest dla mnie jasne: czy jest jakaś minimalna 'dawka' regularności, poniżej której to po prostu nie zadziała? Czyli czy raz dziennie przez tydzień to za mało, żeby cokolwiek ocenić?
Trudno tu o konkretną liczbę, ale z tego, co wiem i obserwuję - kilka dni to zdecydowanie za mało żeby wyciągać wnioski. Mówi się o trzech do czterech tygodniach regularnej praktyki jako minimum do pierwszych sygnałów. I tu regularność jest ważniejsza niż intensywność - lepiej raz dziennie przez miesiąc, niż dziesięć razy dziennie przez tydzień z przerwą.
Czytam od dawna i mam pytanie trochę z boku. Czy afirmacje można pisac zamiast mowic? Ja mam problem z mowieniem do siebie glosno bo czuje się glupiawo. Może pisanie w dzienniku daje podobny efekt czy to jest cos innego?
Wracam do wątku Wiesi, bo myślę, że ta kwestia pisania kontra mówienie jest niedoszacowana w tej rozmowie. Sama przez długi czas mówiłam na głos i nic szczególnego nie czułam. Przeszłam na pisanie i coś się zmieniło - nie w sensie cudów, ale sama uważność podczas pisania była inna. Jakby wolniejsze tempo wymuszało kontakt z tym, co piszę. Czy ktoś zauważył podobną różnicę?
Mam wrażenie, że rozmowa trochę odeszła od mojego pierwotnego pytania, więc chcę je przyciągnąć z powrotem. Mówiłam o tym momencie, kiedy powtarzasz i masz poczucie, że to pusta formuła. I teraz widzę, że wiele osób mówi: to normalne, kontynuuj. Ale nikt tak naprawdę nie powiedział wprost - czy sama powtarzalność, bez żadnej emocji, bez uważności nawet, zostawia jakiś ślad? Czy można powtarzać na autopilocie i coś z tego mieć?
To zależy, co rozumiesz przez 'ślad'. Czysto nawykowe powtarzanie - bez uważności, bez emocji - może utrwalić samo słownictwo, ale raczej nie zmieni przekonania. Jest różnica między tym, że słowa wchodzą w twój język codziennych myśli, a tym, że zmienia się twoje poczucie siebie. To pierwsze może przyjść z mechanicznego powtarzania. To drugie wymaga choćby chwili kontaktu z sensem.
Przepraszam, że się wtrącam, ale chciałam powiedzieć, że ta dyskusja bardzo mi rozjaśniła głowę. Szczególnie to, co Ballen pisał o oporze twórczym vs destrukcyjnym. Mam wrażenie, że mój opór jest bardziej intelektualny - 'jeszcze nie wierzę', nie 'nigdy nie uwierzę'. Chyba zostanę przy tym i sprawdzę, co będzie za miesiąc.
Rozumiem to zmęczenie, bo sama przez to przechodziłam. Ale to zdanie o 'za ambitnych zdaniach' - czy masz na myśli, że próbowałaś od razu przeskakiwać do docelowego stanu? Bo to jest właśnie ten błąd, o którym pisał Ballen z tym oporem. Mnie zajęło kilka tygodni, żeby to zobaczyć u siebie.
To 'pozwalam sobie' brzmi jak inne podejście niż typowe afirmacje. To bardziej zgoda niż twierdzenie? Zastanawiam się, czy to nie jest bliżej jakiejś pracy z czakrami - tam też chodzi o otwieranie, nie o wymuszanie.
