W pracy z rytuałem dziennik jest podstawą. Bez zapisu nie ma porównania, bez porównania nie ma wniosku. I nie chodzi o to żeby analizować każde słowo, tylko żeby mieć ślad. Data, sytuacja, jak zareagowałem, co czułem przed i po. Nie więcej. To nie niszczy odczuwania, wprost przeciwnie, uczy uważności na to co jest.
Mnie bardziej zastanawia co innego. Bo rozmawiamy o dzienniku i obserwacji, ale wróćmy na chwilę do sedna. Ja zaczęłam ten temat bo miałam konkretny problem: afirmacja w środku napadu nie działała i nie wiedziałam dlaczego. Teraz wiem znacznie więcej. Ale nadal nie wiem co zrobić w tej konkretnej sekundzie gdy już jestem w środku kryzysu i wszystko co wcześniej ćwiczyłam po prostu nie dociera. Czy jest coś w ogóle, co dociera?
to ważne pytanie i dobrze, że do niego wracasz. Krótka odpowiedź: w pełnej reakcji stresowej najskuteczniej działa coś fizycznego, nie słownego. Czyli dotyk, zimno, intensywny zapach, coś co ciało poczuje zanim głowa zdąży zanalizować. Dopiero po tym, jak intensywność trochę opada, fraza ma sens.
Ja przez jakiś czas nosiłem przy sobie mały kamień, o którym tu już była mowa. Ale mam wrażenie że kamień działa gdy jest skojarzonay z czymś, czyli gdy dużo razy trzymałem go przy spokojnej praktyce. Sam kamień bez tego skojarzenia to tylko kamień. Czy tak to powinno działać czy coś źle zrozumiałem?
Przepraszam że się wtrącę, ale nie rozumiem jednej rzeczy. Skoro afirmacja nie działa w środku kryzysu, bo ciało jest już za bardzo pobudzone, to w jakim momencie ona w ogóle ma działać? Na spokojnie codziennie, żeby potem nie było kryzysu? Czy tylko trochę łagodzi jak się już coś zaczyna?
Czytam tę rozmowę od początku i mam wrażenie że w sumie dużo tu o technikach ale mało o tym co konkretnie mówić sobie w tej trudnej chwili. Czy te frazy mają być o spokoju, o bezpieczeństwie, o siłe? Bo widziałam różne listy afirmacji w internecie i każda jest inna.
tak. Właściwie im skromniejsza fraza, tym lepsza w ostrym stresie. Mózg w panice odrzuca wszystko co brzmi jak zaprzeczenie aktualnego stanu. 'Jestem spokojna' gdy nie jesteś, to dysonans, który ciało wyczuwa. 'To minie' jest neutralne i prawdziwe, i nie wymaga żadnej walki z tym co jest.
Wtrącę się z czymś praktycznym. Próbowałam różnych fraz i przez długi czas wybierałam te które brzmiały 'ładnie'. A potem zauważyłam że te które naprawdę działają w trudnej chwili są krótkie i dość proste, wręcz banalne. 'Oddycham', 'jestem tu', 'to przejdzie'. Żadna wielka filozofia. Czy to nie jest paradoks, że im bardziej rozbudowana fraza, tym mniejsza jej siła w momencie gdy jej najbardziej potrzebujesz?
Wróćmy do tego co napisała Aksamitna81 - że te banalne frazy działają lepiej. Bo mnie to trochę kłóci się z tym co czytam na różnych stronach, gdzie piszą żeby afirmacje były szczegółowe i ambitne. Kto tu ma rację?
To mnie zastanawia - jeśli ćwiczyłam frazę w spokoju, to czy mam ją wtedy powtarzać na głos czy w myślach? Bo w środku napadu paniki nie jestem w stanie mówić normalnie, głos mi się łamie.
w myślach jest zupełnie wystarczające, a często nawet lepsze, bo mniej angażuje świadomą kontrolę. Głos na głos wymaga dodatkowego wysiłku, który w panice jest już na wyczerpaniu. Jeśli głos się łamie, to sygnał że ciało jest jeszcze w szczycie reakcji - wtedy i tak ważniejszy jest oddech niż słowa.
A czy w ogóle ma znaczenie czy to jest afirmacja, mantra, modlitwa, czy jakaś losowa fraza której się nauczyłem? Bo mam wrażenie że chodzi raczej o sam mechanizm skupienia, nie o treść.
Hej, trochę z boku pytam - a co jeśli ktoś w ogóle nie miał regularnej praktyki i panic attack go złapał z zaskoczenia? Czy jest wtedy jakaś fraza, którą można powiedzieć pierwszy raz i cokolwiek to da?
Właśnie o tym myślałam jak pisałam o banalnych frazach. Nie chodzi o to żeby brzmiały mądrze. Chodzi o to żeby nie uruchomiały dodatkowego oporu. 'Jestem bezpieczna' - nie wiedziałam czy to prawda. 'Oddycham' - to była czysta obserwacja, i jakoś to ciągnęło mnie do przodu.
tak, i to jest właśnie ta różnica, którą tu kilka razy próbowałyśmy nazwać. W kryzysie afirmacja jako życzenie nie działa. Afirmacja jako obserwacja - 'jestem tu', 'oddycham', 'to minie' - ma szansę, bo nie kłóci się z tym co ciało aktualnie wie.
Rozumiem tę logikę, ale mam jedno 'ale'. Jeśli mówię sobie 'to minie' w środku napadu, to czy mój mózg traktuje to jako fakt czy jako pocieszanie? Bo te dwie rzeczy chyba inaczej działają.
Ja miałem dokładnie ten problem na początku. Każdy napad czułem jakby był 'tym prawdziwym', mimo że poprzedni też minął. Dopiero po kilku razach zacząłem budować coś w rodzaju wewnętrznej bazy dowodów. Teraz mam w głowie konkretne sytuacje do których wracam i to działa lepiej niż jakakolwiek gotowa fraza.
To co opisuje Malachit77 ma sens z perspektywy układu nerwowego. Dotyk i ruch to bodźce somatyczne, a w panice układ nerwowy jest zdominowany przez sygnały z ciała, nie z głowy. Dlatego coś fizycznego może przebić się łatwiej niż słowo.
i to jest chyba najważniejsza rzecz w tym wątku, którą powtarzamy na różne sposoby. W kryzysie hierarchia jest odwrócona - ciało jest pierwsze, słowa są ostatnie. Afirmacja może być mostem, ale most musi mieć przyczółek po obu stronach. Jeśli ciało nie ma żadnego punktu oparcia, słowo nie ma gdzie wylądować.
Hej, trochę się gubię w tej rozmowie - rozumiem że najpierw oddech, potem słowa. Ale co jeśli ktoś próbuje skupić się na oddechu i to go bardziej przeraża, bo zaczyna kontrolować każdy wdech i czuje że zaraz przestanie oddychać? Bo mnie to spotkało i oddech jako technika totalnie nie działa.
No to wychodzi na to że afirmacja to tylko jeden ze sposobów na to samo - dać mózgowi coś innego do roboty. I nie jest nawet najskuteczniejszym sposobem w ostrym kryzysie?
To jest dla mnie ważne co mówi Krysztal, bo ja przez długi czas myślałam że afirmacje mi nie pomagają w napadach i uznałam że cały system jest bez sensu. A może po prostu źle mierzyłam - czekałam że w środku napadu coś się zmieni, a nie że zmienię się między nimi.
i to jest bardzo częsty błąd w podejściu do afirmacji w ogóle, nie tylko przy panice. Afirmacja to praca na poziomie przekonań, a przekonania zmieniają się powoli i w spokoju, nie w chwilach aktywacji. Ktoś kto próbuje afirmacją zatrzymać napad, trochę jakby próbował nauczyć się pływać w trakcie tonięcia.
Wracam do tego co mówiliśmy o przedmiotach, bo mi się łączy z tym co teraz piszecie. Kamień w kieszeni to może być właśnie ten przyczółek o którym Wierzbina pisała wcześniej - coś co jest zanim jeszcze słowa dojdą. Trzymam go, ciało trochę siada, a potem afirmacja ma już gdzie wylądować.
Zgadzam się z Malachitem, że mechanizm jest głównie skojarzeniowy. Ale dodałabym jedno - jeśli ktoś pracuje z energetyką kamieni i ma do tego przekonanie, to to przekonanie samo w sobie zmienia stan ciała. Nie jest to sprzeczne, po prostu dochodzi jeszcze jedna warstwa.
