Chciałam zapytać o coś, co mnie od jakiegoś czasu nurtuje. Czy afirmacje dotyczące wyglądu fizycznego w ogóle mają sens? Mam na myśli konkretnie rzeczy, które są zakodowane genetycznie - kolor oczu, wzrost, kształt kości. Wiadomo, że afirmacje mogą zmienić nastawienie, ale czy mogą zmienić coś tak trwałego jak DNA? I drugie pytanie, które mnie bardziej interesuje: co jeśli ktoś powtarza afirmację, ale kompletnie w nią nie wierzy? Czy samo mechaniczne powtarzanie ma jakiś sens, czy to tylko strata czasu?
Jeśli chodzi o genetykę, to afirmacje działają na poziomie energetycznym, więc omijają to fizyczne ograniczenie. Czakra gardłowa odpowiada za manifestację i jeśli jest otwarta, to afirmacja przechodzi głębiej niż tylko do świadomości. Więc teoretycznie nawet cechy fizyczne mogą z czasem ulec zmianie, bo energia wpływa na materię.
Manipulowanie sobą na ślepo to każda afirmacja, jeśli mam być szczery. Cały mechanizm opiera się na tym, że obchodzisz krytyczny filtr umysłu. Ale do pytania o genetykę - nie, afirmacje nie zmienią koloru oczu ani wzrostu. Tu nie ma co dyskutować. Natomiast mogą zmienić to, jak pracujesz z tym, co masz. Postawa ciała, pewność siebie w wyglądzie, to co projektujesz - to jest jak najbardziej w zasięgu.
Dziękuję za tę dyskusję, naprawdę mi otwiera oczy! Ja właśnie stosuję afirmacje od kilku tygodni i też się zastanawiałam, czy ma sens mówić coś, w co jeszcze nie wierzę. Zaczynam rozumieć, że może właśnie o to chodzi, żeby powtarzać pomimo tej niewiary. Czy ktoś z was miał taki moment, gdzie ta wiara w końcu 'zaskoczyła'?
U mnie zadziałało mniej więcej po miesiącu codziennego powtarzania. Najpierw totalnie mechanicznie, prawie ze złością, bo czułam się głupio. Potem zaczęłam zauważać, że w pewnych sytuacjach reagowałam inaczej niż wcześniej - spokojniej. Nie wiedziałam dlaczego, dopiero potem skojarzyłam, że to pewnie te afirmacje. Ale moje były o pewności siebie, nie o wyglądzie, więc nie wiem czy to odpowiedź na pytanie Syriany.
A co z epigenetyką? Słyszałem gdzieś, że środowisko może wpływać na to, które geny są aktywowane, a które nie. Czy afirmacje mogłyby w jakimś sensie działać przez ten mechanizm? Nie chodzi mi o zmianę DNA, ale o to, czy myśli mogą wpłynąć na ekspresję genów.
To jest ciekawy trop, Idzi, ale trzeba tu być ostrożnym. Epigenetyka rzeczywiście pokazuje, że środowisko wpływa na ekspresję genów - stres, dieta, warunki życia. Ale afirmacja to nie jest stresor ani zmiana diety. To powtarzany wzorzec myślowy. Nie ma żadnych badań pokazujących, że samo myślenie lub mówienie zmienia profil epigenetyczny. Natomiast jeśli afirmacja obniża chroniczny stres - a to jest realne - to pośrednio może wpływać na pewne procesy biologiczne. To jest jednak bardzo długa droga i bardzo pośredni mechanizm.
Właśnie tu jest pies pogrzebany. Moim zdaniem pytanie o wiarę podczas afirmacji jest źle postawione. Nie chodzi o wiarę w treść afirmacji, ale o intencję praktyki. Możesz nie wierzyć, że 'jesteś spokojna', a mimo to intencjonalnie budować ten wzorzec. To trochę jak z bieganiem - nie musisz wierzyć, że dzisiaj staniesz się szybsza, żeby trening miał sens.
W numerologii każde słowo ma swoją wibrację liczbową i afirmacje działają na poziomie tej wibracji niezależnie od tego, czy w to wierzysz. Dlatego ważniejsza jest odpowiednia godzina i dzień powtarzania niż sama wiara. Afirmację najlepiej powtarzać w swoim osobistym roku i dniu, wtedy wibracje się nakładają.
@Lady, Pelagiusza_J dziękuję wam obu, naprawdę to rozjaśnia! Mam jeszcze jedno pytanie: czy afirmacje można w ogóle stosować do wyglądu fizycznego, jeśli nie chodzi o genetykę? Na przykład afirmacje na zdrową cerę albo lepsze włosy - to już jest realny obszar, gdzie może działać?
A co z afirmacjami, gdzie wiesz, że kłamiesz? Bo jak mówię 'mam piękną cerę', a patrzę w lustro i widzę co innego, to mój mózg chyba od razu to odrzuca? Czytałam gdzieś, że lepiej formułować jako 'uczę się lubić swoją cerę' albo 'moja cera staje się zdrowsza' - coś w tym kierunku. Czy ktoś to stosował?
Ale właśnie to 'kłamanie' mnie najbardziej zastanawia. Bo jak mówię 'uczę się lubić swoją cerę', to mój mózg to przyjmuje, bo jest prawda - faktycznie się uczę. A jak mówię 'mam piękną cerę' i patrzę w lustro, to coś w środku mówi 'nieprawda'. Czy to znaczy, że te dwie afirmacje mają zupełnie inny mechanizm działania? Czy tylko jedna z nich coś robi, a druga jest bez sensu?
Właśnie mnie zastanawia to, co Gebda napisała - że neutralne afirmacje są mało elektryzujące. I tu wracam do wyjściowego pytania: czy jeśli afirmacja brzmi jak pusta formuła i w ogóle cię nie rusza, to i tak ją powtarzać? Bo rozumiem, że mechanicznie powtarzane słowo może wejść głębiej, ale jeśli nawet ono nie wywołuje żadnego odczucia, żadnej reakcji - to co właściwie ćwiczysz?
To jest jedno z ważniejszych pytań w tym wątku. Jeśli powtarzasz frazę bez żadnego rezonansu - ani wiary, ani emocji, ani nawet oporu - to masz do czynienia z mechanicznym szumem. Mózg w tym momencie nie koduje treści, tylko czynność. Jak odmawianie modlitwy, której słów się nie rozumie. Może i jest jakaś wartość w samej czynności, rytuale powtarzania, ale na pewno nie w sensie przeprogramowania przekonania. I nie mówię że to bez sensu, mówię że to inny rodzaj pracy - bardziej medytacyjny niż afirmatywny.
A wracając do wyjściowego tematu - genetyki - to mam wrażenie, że ta dyskusja trochę rozwiązała jedno pytanie, a zostawiła drugie. Jasne, że afirmacje nie zmienią cech genetycznych w sensie biologicznym. Ale czy ktoś tu uważa, że mogą zmienić to, JAK je postrzegamy? Tzn. nie zmienisz koloru oczu, ale czy możesz przez afirmacje doprowadzić do tego, że przestaniesz ich nienawidzić?
Przepraszam że się wtrącam, bo jestem tu nowa w tym temacie, ale mam pytanie: skoro afirmacje działają na nastawienie, to czy nie lepiej po prostu pozytywnie myśleć zamiast powtarzać te zdania? Co afirmacja daje więcej niż zwykłe pozytywne myślenie?
No właśnie, i tu wracam do swojego wyjściowego pytania, które ciągnie się przez cały wątek: czy robić to bez wiary. Bo jeśli 'pozytywne myślenie' to stan, a afirmacja to mechanizm - to mechanizm może działać bez wiary w efekt? Jak tabletka, którą połykasz nawet jeśli nie wierzysz w leki?
analogia z tabletką jest niezła, ale jest jeden problem. Tabletka działa biochemicznie niezależnie od twojego stanu psychicznego - w pewnym zakresie. Afirmacja działa przez umysł, więc umysł jest jednocześnie i sposóbm, i odbiorcą. Nie wiem, czy można całkowicie odciąć wiarę od mechanizmu. Ale myślę, że nie trzeba mieć wiary w efekt - wystarczy coś słabszego: gotowość do sprawdzenia. Brak wiary to jedno, aktywny opór to drugie.
No i właśnie to jest sedno tego, o co pytałam na początku. Jeśli mechaniczne powtarzanie może coś robić bez wiary, to może wystarczy sama regularność? Ale Zielarz miał wcześniej rację, że to brzmi jak modlitwa bez skupienia - i tu się zastanawiam, czy tradycje religijne coś o tym wiedzą, czego my nie wiemy.
Tradycje kontemplacyjne akurat dużo o tym mówią. W buddyjskiej praktyce mantr wprost rozróżnia się etapy: najpierw mechaniczne powtarzanie, potem skupienie, potem coś, co można by nazwać przesiąknięciem. I zakłada się, że pierwszy etap jest konieczny, ale niewystarczający. Tzn. nie pomijasz go, ale nie zostajesz w nim na zawsze.
A wracając do genetyki, bo trochę odeszliśmy - mam wrażenie, że ta całą dyskusja o wierze i mechanizmie jest ważna właśnie dlatego, że przy cechach fizycznych wiara jest najtrudniejsza. Możesz afirmować pewność siebie i po tygodniu poczuć pierwsze drgnięcie. Ale afirmujesz 'moje oczy są niebieskie', kiedy są brązowe, i lustro codziennie temu przeczy. To jakościowo inny problem.
Tu wchodzi jeszcze numerologia, bo liczba życiowa i ścieżka przeznaczenia bardzo wyraźnie pokazują, nad czym dany człowiek ma pracować w tym wcieleniu. Jeśli twoja liczba życiowa to 4, to ciało i fizyczność to jeden z twoich głównych obszarów lekcji. Afirmacje dotyczące ciała będą wtedy działać inaczej - głębiej - niż u kogoś z numerem 7.
Właśnie, bo mi chodzi o coś bardzo konkretnego. Nie pytam, czy numerologia działa albo czy czakry istnieją. Pytam, czy jeśli powtarzam 'moje ciało jest zdrowe i silne' i totalnie w to nie wierzę, to czy to ma jakikolwiek sens kontynuować. Bo zaczęłam to robić trzy tygodnie temu i nadal czuję, że mówię do ściany.
Do wątku z czasem gramatycznym - w japońskiej praktyce kotodama zakłada się, że wypowiedziane słowo tworzy rzeczywistość przez sam dźwięk, niezależnie od gramatyki i intencji mówiącego. To skrajne stanowisko, ale wskazuje, że różne tradycje różnie traktują rolę znaczenia słowa. W buddyjskiej mantrze liczy się rezonans dźwięku, nie semantyka. Więc pytanie 'czy wierzę w treść' może być w ogóle źle postawione - zależy, jaki model przyjmujemy.
masz rację, że to inna sytuacja. Wspomniałam o tym po to, żeby pokazać, że 'czy wierzę w treść' to nie jest jedyne możliwe pytanie. Twoje pytanie jest jednak praktyczne i uczciwe: co zrobić, skoro rozumiesz i nie wierzysz? Tu wróciłabym do tego, co mówił Zielarz o sformułowaniu - jeśli zdanie jest fałszywe wobec twojego stanu, zmień zdanie, a nie wymagaj od siebie wiary na siłę.
Mnie ten wątek z sformułowaniami bardzo trafia. Przez długi czas powtarzałam afirmacje zdrowotne w stylu 'jestem zdrowa i silna' i właśnie to zdanie mnie blokowało, bo byłam wtedy po zabiegu i po prostu nie byłam. Zmieniłam na 'moje ciało wie, jak wracać do równowagi' i to brzmiało dla mnie prawdziwie, bo w to rzeczywiście wierzyłam. Może to głupio brzmi, ale samo zdanie naprawdę robi różnicę.
Myślę, że tu wchodzi kwestia czakry gardłowej, Vishuddhii. Jeśli powtarzasz zdania, w które nie wierzysz, blokujesz tę czakrę podwójnie - raz przez nieszczerość, raz przez napięcie. Dlatego zmiana sformułowania na coś prawdziwego odblokowuje przepływ. Fizycznie możesz to poczuć jako rozluźnienie w okolicach szyi i gardła podczas mówienia.
