Słucham tej wymiany i mam pytanie do obu stron. Czy nie jest tak, że ta dyskusja o 'pracy energetycznej' kontra 'psychologia' jest trochę jałowa, bo opiera się na założeniu, że te dwie perspektywy się wykluczają? Jeśli ktoś przetwarza ból przez rytuał i afirmację, i to działa, to czy naprawdę trzeba rozstrzygać, co jest przyczyną? Pytam szczerze, nie retorycznie.
Wróciłam do pytania, które zadałam Wedrowcowi o osobę, której już nie ma. On napisał o liście, ale nie napisał o afirmacjach przy takiej sytuacji. Czy afirmacja skierowana do kogoś, kto odszedł, ma jakiś sens, czy lepiej całość kierować do siebie?
Afirmacja w takim przypadku powinna być skierowana do siebie, nie na zewnątrz. Nie 'wybaczam ci', ale 'daję sobie prawo do życia z tym co zrobiłam'. Ta różnica jest ważna, bo osoba, której nie ma, nie może odebrać wybaczenia, więc cały ruch jest wewnętrzny. Rytuał z listem, o którym pisałem wcześniej, też jest w gruncie rzeczy dla ciebie, nie dla niej.
To co Zenobia opisuje ma sens z perspektywy tego, co czytałem o mechanizmach poznawczych. Ale wrócę do kwestii, którą podniósł Filon - bo to pytanie o formułowanie afirmacji dla sytuacji nieodwracalnych, gdzie drugiej strony już nie ma, otwiera jeszcze jeden problem. Czy afirmacja przy żałobie i przy wyrzutach sumienia bez żałoby działa tak samo? Bo to dwa różne stany emocjonalne, nawet jeśli efekt zewnętrzny wygląda podobnie.
Ten wątek o dwóch oddzielnych afirmacjach to coś, czego szukałam od początku tego tematu. Bo właśnie mam tę sytuację - i żałoba i wina w jednym, a nie umiałam tego rozdzielić. Tylko mam pytanie praktyczne - czy te dwie afirmacje można robić tego samego dnia, tylko oddzielnie, czy lepiej rozłożyć je w czasie żeby się nie mieszały?
Dla mnie rozdzielenie w czasie miało sens. Nie musiałam czekać dni, wystarczyło żeby każda z nich miała swój własny moment, własny kontekst. Rano jedna, wieczorem druga. Ale uważam, że nie ma zasady ogólnej - to co działa przy rozdzieleniu dla jednej osoby, dla innej może być właśnie tym co utrzymuje ją w kółku, bo stale wraca do tematu dwa razy dziennie.
Właśnie to jest mój problem. Wychodzę z takiej sesji i mam poczucie że coś zrobiłam, ale nie wiem co. Trochę jak po bardzo chaotycznym dniu kiedy byłaś zajęta, ale wieczorem nie pamiętasz czym. Czy to znaczy że całą tę pracę trzeba zaczynać od nowa, czy te próby cokolwiek dają nawet jeśli były nieuporządkowane?
myślę że nie tracisz tego całkowicie. Nawet nieuporządkowana praca zostawia jakiś ślad, bo sam kontakt z tym co trudne ma znaczenie, niezależnie od formy. Tylko że bez struktury trudniej wiesz kiedy coś się zmienia. Dla mnie porządkowanie było o tyle pomocne, że dawało mi punkt odniesienia - mogłam porównać jak czuję tę samą afirmację dziś kontra tydzień temu.
Wracam do wątku z wcześniej, bo trochę zaginął w tej dyskusji o formie. Gnostyk pisał że wina i żałoba wymagają odrębnych ścieżek pracy. Rozumiem to teoretycznie, ale zastanawiam się jak to wygląda kiedy nie wiesz już sam gdzie kończy się jedno a zaczyna drugie. Czy afirmacje mogą pomóc w samym rozróżnieniu, czy raczej trzeba to rozróżnienie mieć zanim zaczniesz?
Mam wrażenie że ta rozmowa cały czas zakłada, że wiemy co czujemy i możemy to obserwować na bieżąco. A co jeśli ktoś jest tak w środku tej winy że nie ma tej odległości żeby cokolwiek obserwować? Czy afirmacje mają wtedy w ogóle sens, czy to jest sytuacja gdzie trzeba najpierw gdzieś wyjść żeby móc cokolwiek zacząć?
Warto też wziąć pod uwagę cykl księżycowy przy wyborze momentu na taką pracę. Nów to czas na zamykanie i uwalnianie, więc afirmacje związane z winą i wybaczeniem sobie będą mocniejsze właśnie wtedy. Pełnia raczej wzmacnia to co już jest, więc lepiej zostawić ją na afirmacje dotyczące nowego początku.
To ostatnie zdanie Zenobii mnie zatrzymało. Bo ja sama tak robiłam - czekałam na 'dobry moment', na właściwą porę dnia, właściwy nastrój, właściwy układ wszystkiego. I te afirmacje odkładałam tygodniami pod różnymi pretekstami. Czy to jest jakiś wzorzec który inni też znają, i czy jest na to jakiś sposób żeby nie utknąć w tym oczekiwaniu?
Znam to aż za dobrze. U mnie to oczekiwanie na idealny moment było tak naprawdę unikaniem, tylko w ładnym opakowaniu. Przełom był dość prozaiczny - zaczęłam przy herbacie, bez przygotowania, bo po prostu miałam chwilę. I ta nieidealna sesja dała mi więcej niż wszystkie wcześniejsze próby z pełnym ceremonialnym nastawieniem.
To co Gituska opisuje - ta nieidealna sesja przy herbacie - jakoś mi ulżyło. Bo ja naprawdę budowałam wokół tego całą otoczkę. Właściwe miejsce, właściwa muzyka, właściwy stan. A potem nie robiłam nic. Czy to jest coś z czym często się spotykacie, czy to raczej mój specyficzny problem?
to brzmi jak coś co znam z własnych prób z rytuałami, nie z afirmacjami, ale wzorzec podobny. Szukasz idealnych warunków, bo nieidealne mogą 'zaszkodzić' albo 'nie zadziałać'. Tylko że przy afirmacjach co miałoby zaszkodzić? Mam wrażenie że to bardziej strach przed samą pracą niż troska o jakość.
to co opisujesz ma nazwę w psychologii afirmacji - tzw. efekt odwrotny przy niespójności poznawczej. Kiedy afirmacja jest zbyt odległa od aktualnego przekonania, mózg ją odrzuca jako fałszywą informację. To nie jest twoja wada, to mechanizm. Dlatego część badaczy zaleca stopniowanie - zaczynać od stwierdzeń które są tylko trochę poza zasięgiem, nie od razu od tych które brzmią jak fikcja.
To napięcie między Tomirem a Zenobią jest tutaj kluczowe, bo wskazuje na coś głębszego. Problem z 'klasyczną' afirmacją w stylu Hay jest taki, że zakłada że zmiana następuje przez zastąpienie jednego przekonania drugim - nowe wchodzi, stare wychodzi. Ale przy winie i przebaczeniu sobie nie ma nic do zastąpienia, jest coś do przeżycia. Dlatego tradycje kontemplacyjne, od chrześcijańskiego rachunku sumienia po buddyjskie praktyki metta, nigdy nie operowały samym stwierdzeniem - zawsze wymagały konfrontacji z tym co jest.
Słucham tej rozmowy od jakiegoś czasu i mam wrażenie że moje pytanie z wcześniej zostało trochę zawieszone. Wedrowiec pisał o 'świadomej obecności przy trudnym stanie'. Gnostyk teraz mówi o konfrontacji. Dla mnie to brzmi podobnie, ale nie wiem jak to w ogóle zacząć kiedy sama myśl o tym co zrobiłam wywołuje coś co mnie dosłownie sparaliżuje. To nie jest brak chęci. To jest blokada fizyczna prawie.
Przepraszam że wchodzę z boku, ale czytam to i zastanaiwam się - czy to co Wedrowiec opisuje to nie jest bardziej terapia niż afirmacje? Bo mam wrażenie że odchodzimy od tematu. Nie atakoję, naprawdę pytam bo się gubię.
Dorzucę jeszcze jeden wymiar który nie był poruszany. Przy afirmacjach na wybaczenie warto zwrócić uwagę na to kto 'mówi' i do kogo. Bo kiedy powtarzam 'wybaczam sobie', to jest jakiś aspekt mnie który wybacza i jakiś który ma być obdarowany wybaczeniem. To są często dwa różne głosy w głowie i afirmacja działa inaczej kiedy wiesz który z nich jest aktywny.
Czytam to wszystko i mam wrażenie że moje pytanie z początku wątku nabrało zupełnie innego wymiaru. Zaczęłam od szukania konkretnych zdań do powtarzania, a wychodzi na to że najpierw trzeba wiedzieć co tak naprawdę blokuje. Trochę mnie to przytłacza, bo miałam nadzieję na coś prostszego.
To co opisujesz to bardzo typowa reakcja na pierwszym etapie tej pracy. Ja też na początku chciałam gotowej listy afirmacji i zdziwiłam się że to nie tak działa. Ale to nie znaczy że musi być skomplikowane - czasem wystarczy jedna fraza i odrobina cierpliwości do siebie.
Słucham i mam takie proste pytanie. Czy ktoś tu faktycznie stosował afirmacje na wybaczenie sobie i widzi efekty? Nie teoretycznie, tylko z własnej praktyki. Bo czytam tę rozmowę od dłuższego czasu i mnóstwo tu teorii, ale mało osobistych obserwacji.
Ja mogę napisać krótko. Przez jakiś czas powtarzałam 'nie musisz być idealna żeby zasługiwać na wybaczenie' i to mi pomogło, ale nie od razu. Może po kilku tygodniach poczułam że coś we mnie przestało tak bardzo zaciskać przy pewnych wspomnieniach. Nie wiem czy to przez afirmację czy przez czas, ale zbiegło się.
Czytam ostatni post Gnostyka i jakoś mi ulżyło. Przez chwilę myślałam że źle zadałam pytanie na początku, że powinnam była być bardziej konkretna. Ale może właśnie o to chodzi - że nie ma jednej frazy którą można wpisać w wyszukiwarkę i gotowe. Trochę mi to pomogło, trochę przeraża.
ja miałam podobne uczucie w pewnym momencie tej rozmowy. Ale u mnie bardziej chodziło o to że im więcej czytałam tym bardziej czułam że mój problem jest zbyt mały żeby tutaj pisać. Masz to samo czy raczej chodzi ci o coś innego?
