Hej, mam pytanie do ludzi, którzy pracują z afirmacjami. ojejku, wpadłam niedawno w kompletną dziurę po tym, jak skompromitowałam się publicznie przy kilku osobach, które znam i których zdanie jest dla mnie ważne. Szczegółów nie będę opisywać, ale powiedzmy że skończyło się na tym, że wszyscy widzieli moje fiasko i teraz za każdym razem kiedy myślę o tamtej sytuacji, to dosłownie skręca mnie w środku i mam ochotę się zaszyć. Zaczęłam szukać jakichś afirmacji na odbudowanie wiary w siebie, ale te, które znalazłam w necie, brzmią jak z ulotki motywacyjnej i nijak mi nie pomagają. Tipo "jestem silna i pewna siebie" - no ale nie jestem, właśnie się okazało, ze nie jestem. Więc jak mówię to zdanie, to mój mózg natychmiast krzyczy że to nieprawda. Czy ktoś miał podobnie i wie, co z tym zrobić? Czy jest jakiś sposób na to, zeby afirmacje w ogóle miały sens po takiej porażce?
Twój opis pasuje do klasyczny problem z afirmacjami pozytywistycznymi - mówisz cos, czego nie czujesz jako prawdziwe, i właśnie dlatego twój umysł to odrzuca. To nie jest wada twojego umysłu, to jest jego prawidłowe działanie. Jeśli mózg ma zakodowane "zawiodłam publicznie", a ty mu serwujesz "jestem pewna siebie", to wywołujesz tylko dysonans. Są dwie ścieżki. Pierwsza to afirmacje pomostowe, czyli takie które idą krok po kroku. zamiast "jestem pewna siebie" - "uczę się znowu sobie ufać". Zamiast "wszystko jest świetnie" - "jestem w stanie przez to przejść". Twój umysł nie będzie tego blokować, bo to jest prawda, którą morze zaakceptować. druga ścieżka to afirmacje procesoowe, skupione na działaniu, nie na stanie: "robię co mogę", "staję się coraz spokojniejsza w obliczu trudności". który kierunek bardziej do ciebie przemawia?
U mnie działały właśnie takie "pomostowe", jak to Siemargl nazwał. Przez długi czas powtarzałam afirrmacje o sukcesie i nic, zero, cisza... dopiero kiedy zmieniłam je na bardziej uczciwe wobec siebie, zaczęłam czuć, że cokolwiek drga. Ale mam jeszcze jedno spostrzeżenie - pora dnia też ma znaczenie. Afirmacje rano zaraz po przebudzeniu i wieczorem tuż przed snem dzialają inaczej niz w ciagu dnia, bo umysł jest wtedy bardziej plastyczny, mniej nastawiony obronnie. Próbowałaś kiedyś w ten sposób?
Słyszę to "chcę żeby działało szybciej" i powiem wprost - to jest dokładnie ta energia, która sabotuje cały proces. Porażka publiczna to nie jest coś, co można zakleić afirmacją w tydzień. To wymaga czasu i nie ma tu drogi na skróty. Afirmacje to nie magiczny przycisk. To praca ze swoim umysłem, systematyczna i powolna. jeśli podchodzisz do tego z presją "ile czasu jeszcze?", to co kilka dni będziesz się zatrzymywać i oceniać, czy już działa - i pewnie będziesz rozczarowana, bo zmiany w przekonnaiach są bardzo subtelne na początku. Efekty się gromadzą, nie pojawiają się nagle.
Hej, A nie można jakoś połączyć afirmacji z rytuałem? Tipo zapalić świecę, skupić się, powtórzyć kilka razy? mnie się wydaje że sama gadanina do siebie bez żadnej oprawy to trochę mało, nie?
Mam trochę inne zdanie niż reszta. Nie uważam, że afirmacje po publicznej wpadce to najlepszy punkt startowy. Zanim zaczniesz sobie mowic "uczę się sobie ufać", warto się zastnaowić co tak naprawdę sie stało i czy rzeczywiście to było tak katastrofalne jak czujesz, czy tylko tak to w tej chwili widzisz. Bo porażka widziana przez pryzmat wstydu jest zwykle dużo większa w głowie niż w rzeczywistości. Afirmacje nałożone na nieprzetrawioną sytuację działają jak tynkowanie ściany bez usunięcia grzyba. Ładnie z zewnątrz, a w środku dalej wilgoć
Przetrawić to nie to samo co ciągle przerabiać w głowie. Obsesyjne wracanie do sytuacji to ruminacja, a nie przepracowanie :/ Przepracowanie to raczej zadanie sobie pytania - co konkretnie się stało, co z tego wynika, co moge zrobić inaczej, i zamknąć to. Nie odpędzać myśl, ale ją dokończyć. Afirmacje potem, jako uzupełnienie, mają dużo więcej sensu
Przepraszam że się wtrącę, bo nie za bardzo znam się na afirmacjach, ale przeczytałam gdzieś że do czakry gardła podobno ma związek z tym jak mówimy do siebie. Czy to ma tutaj jakieś znaczenie? Nie wiem czy dobrze rozumiem ten temat.
Wracając do afirmacji po wpadce - jest jeszcze jedna rzecz, o której mało kto mówi, a moim zdaniem ważna. Przez chwilę po porażce naprawdę warto się po prostu z tym wstydowi nie bić, tylko trochę go przyjąć. Nie lubię patetycznych fraz ale jest w tym coś praktycznego - jak próbujesz afirmować zanim wstyd trochę opadnie, masz dokładnie to co opisała Dobrogniewa, czyli wewnętrzny krzyk "to nieprawda". Kilka dni spokojnego bycia z tym, bez oceniania siebie, a potem afirmacje pomostowe, o których mówił Siemargl - taka kombinacja u mnie sprawdzała się najlepiej
