Mam pytanie, które chodzi za mną od jakiegoś czasu. Chodzi o afirmacje na odpuszczenie żalu do konkretnej osoby. Sytuacja jest taka, że ta osoba wyrządziła mi dużą krzywdę, ale kontakt z nią jest niemożliwy — i raczej na zawsze. Czy praca z afirmacjami ma w ogóle sens bez tej rozmowy, bez konfrontacji, bez żadnego przeproszenia z jej strony? Czy można to przepracować samodzielnie, tylko przez głowę i przez słowa, które powtarzam sobie codziennie? Zaczęłam już próbować, ale nie wiem, czy robię to dobrze. Mam wrażenie, że te słowa gdzieś lecą w próżnię.
Rozumiem ten opis z próżnią, miałam dokładnie to samo. Ale z tego, co czytałam i co sama próbowałam — afirmacje na przebaczenie działają trochę inaczej niż myślimy na początku. To nie jest tak, że mówimy 'wybaczam ci' i nagle jest lżej. To bardziej jak stopniowe rozluźnianie zaciśniętej pięści. Konfrontacja z drugą osobą nie jest potrzebna, bo ta praca jest de facto tylko Twoja — nie jej. Ona nic nie musi wiedzieć, żebyś Ty poczuła ulgę. Pytanie jest inne: czy afirmacje, które powtarzasz, są sformułowane w sposób, który dla Ciebie ma sens? Bo to bywa kluczowe.
Dorzucę swoje trzy grosze, bo robiłam coś podobnego. Przy żalu do konkretnej osoby używałam afirmacji pisanych — nie mówionych. Pisałam to samo zdanie kilkanaście razy z rzędu, powoli, jakby kaligraficznie niemal. I zauważyłam coś ciekawego: po jakichś dwóch tygodniach zaczęłam pisać te zdania inaczej, miękcej. Jakby ręka wiedziała, że coś się zmieniło, zanim głowa zdążyła to przetworzyć. Nie wiem, czy to był efekt afirmacji, czy coś głębszego, ale zmiana była wyraźna.
Pisałam raz dziennie, ale długo — ze trzydzieści razy to samo zdanie, przy zapalonym neutralnym olejku, żeby skojarzyć z czymś spokojnym. Zaczęłam od gotowców, ale szybko zaczęłam je zmieniać, bo brzmiały fałszywie jak na moje odczucia. Na przykład 'wybieram spokój zamiast bólu' zamieniłam na 'pozwalam sobie nie rozumieć i odpuścić'. Drugie zdanie było moje i czułam, że je rozumiem. Myślę, że własne słowa mają większą moc, bo są z Ciebie.
Chcę tu coś uzupełnić, bo padło kilka trafnych obserwacji, ale jest jedna rzecz, którą pomijamy. Afirmacje jako takie nie są techniką przeżywania emocji — to technika kierunkowania uwagi i wdrażania nowego przekonania. Żal, złość, poczucie krzywdy to emocje, które muszą mieć swój czas i swój kanał. Jeśli ktoś zaczyna afirmacje zanim pozwoli sobie naprawdę poczuć to, co czuje, to te afirmacje mogą działać jako przykrycie, nie uzdrowienie. Nie mówię, żeby nie próbować — mówię, żeby mieć świadomość, na jakim etapie się jest. Są takie podejścia, które wprost zaczynają od bardzo nieprzyjemnych afirmacji — 'czuję żal i to jest w porządku' — i dopiero potem przechodzą do tych łagodniejszych. To ma sens jako sekwencja.
Słucham tej rozmowy i mam takie wrażenie, że przy żalu do kogoś bardzo bliskiego te wszystkie techniki — czy pisanie, czy oddech, czy sekwencja — mogą być za małe. Nie wiem, czy to co czuję ma sens, ale jak ktoś naprawdę mocno cię skrzywdził, to afirmacja w stylu 'odpuszczam' brzmi prawie jak kłamstwo. Jak wy sobie radzicie z tym, że słowa brzmią fałszywie, szczególnie na początku?
Mam pytanie może trochę z boku. Słyszałam, że przy pracy z czakrą serca — bo przebaczenie to jej obszar — afirmacje działają mocniej, jeśli w trakcie kładziemy rękę na klatce piersiowej. Czy ktoś próbował czegoś takiego i czy to robi różnicę? Czy to tylko takie 'udekorowanie' praktyki bez realnego wpływu?
Mam inne pytanie. Czy afirmacje na przebaczenie mogą zadziałać, jeśli ta osoba, którą mam przebaczyć, nadal robi mi krzywdę? Tzn. kontakt jest, ale sytuacja jest skomplikowana i nie mogę go po prostu zerwać. Czy praca z afirmacjami ma wtedy sens, skoro żródło bólu nadal istnieje?
Wracam do swojego przypadku, bo ta rozmowa dała mi już sporo do myślenia. Moje pytanie jest teraz bardziej konkretne: jak długo trzeba pracować z afirmacjami, żeby poczuć realną zmianę w przypadku głębokiego żalu? Czy to kwestia tygodni, miesięcy? Nie chcę się rozczarować po trzech dniach, ale też nie wiem, kiedy powiedzieć sobie, że dana afirmacja po prostu nie działa i szukać czegoś innego.
Na to pytanie chyba nie ma jednej odpowiedzi, bo zależy od głębokości żalu i od tego, ile warstw on ma. Ale z tego, co czytałem i słyszałem — pierwsze zauważalne odczucia pojawiają się zwykle po kilku tygodniach regularnej pracy, a to 'realne przesunięcie' to często kwestia kilku miesięcy. Nie rok, ale raczej nie tydzień. Czy kogoś to rozczarowuje, czy raczej daje perspektywę?
Rozluźnienie w ciele to jeden ze sygnałów, ale nie jedyny. Innym jest to, że myśl o tej osobie zaczyna być po prostu myślą — pojawia się, ale nie ściąga za sobą całego ładunku emocjonalnego jak wcześniej. Nie chodzi o to, że przestajesz czuć. Chodzi o to, że czucie przestaje cię paraliżować. To subtelne i często nie widać momentu przejścia — zauważasz wstecz.
Mam takie doświadczenie, że przy naprawdę głębokim żalu afirmacja działa dopiero wtedy, gdy najpierw dasz żalowi chwilę głosu — nie zagłuszasz go od razu zdaniem 'odpuszczam'. U mnie sprawdziło się piszanie najpierw wszystkiego co czuję, bez cenzury, a dopiero potem, na końcu tej samej sesji, jedno zdanie afirmacji. Jakby żal dostał swoje miejsce i wtedy przepuszczał dalej.
Dorzucę tu coś, bo przy liście do osoby rzeczywiście czułam, że wchodzę w tryb argumentacji, niemal kłótni na papierze. Strumień o sobie był spokojniejszy. Ale z drugiej strony — jedna osoba mi kiedyś mówiła, że właśnie list, z całą złością na wierzchu, przyniósł jej największy przełom. Może to nie jest kwestia metody, tylko tego, jaki rodzaj wyrażania komu odpowiada?
Czytam ten wątek od jakiegoś czasu i mam pytanie, które może być naiwne, ale mnie nurtuje. Czy afirmacje na przebaczenie mają działać w stosunku do osoby, której już nie ma w naszym życiu — bo zmarła albo zerwałyśmy kontakt całkowicie — inaczej niż do kogoś, kogo nadal spotykamy? Intuicja mówi mi, że tak, ale nie wiem dlaczego.
To co piszesz, że żal przysłonił wszystko — u mnie jest dokładnie tak samo. Mam wrażenie, że ta osoba w mojej głowie to już nie jest prawdziwy człowiek, tylko jakiś symbol całego bólu. I nie wiem, czy afirmacje odpuszczenia skierowane do tego symbolu mają w ogóle sens. Czy ktoś miał podobnie i jakoś z tego wyszedł?
To, co opisujesz — że ta osoba stała się symbolem bólu — jest chyba bardzo powszechne, tylko mało kto to tak nazywa. U mnie podobnie było. I właśnie wtedy afirmacje 'odpuszczam ci' niczego nie robiły, bo nie miałam do kogo ich kierować — miałam tylko ten obraz. Dopiero kiedy zaczęłam pisać konkretne wspomnienia, nie oceniać ich, tylko opisywać, coś zaczęło wracać do ludzkiego rozmiaru.
Mam takie naiwne pytanie do tego, co Kunia napisała — czy afirmacja może zagłuszać emocje bez naszej świadomości? Tzn. czy można robić to nieświadomie, myśląc, że pracuje się z emocją, a tak naprawdę uciekać od niej?
Pojawiał się opór, czasem złość, raz czy dwa coś w rodzaju ulgi, chociaż nie spodziewałem się tego. Ale rozumiem, co mówisz — o obowiązkach. To ważne. Może zamiast starać się robić to głęboko w ciągu dnia, wydziel sobie konkretny moment — wieczór, rano przed wstaniem — i tam pozwól sobie na te przerwy. Poza tym momentem afirmacja może być spokojniejsza, mniej eksploracyjna.
Czytam to wszystko i mam wrażenie, że ta praca jest o wiele bardziej skomplikowana niż myślałam zaczynając. Miałam nadzieję, że wystarczy regularnie powtarzać i z czasem samo przejdzie. Czy naprawdę każda osoba musi to robić na swój sposób, czy jest jakiś wspólny szkielet, od którego można zacząć?
Czytam tę rozmowę o oporze i mam takie pytanie — czy jeśli przy powtarzaniu afirmacji w ogóle nic nie czuję, ani oporu, ani ulgi, to znaczy, że coś robię nie tak? Trochę się obawiam, że może jestem zbyt odcięta żeby to w ogóle działało.
To o cierpliwości jest dla mnie ważnym momentem w tej rozmowie, bo chcę powiedzieć coś, co może być trudne do przyjęcia: jeśli nastawienie jest głównie 'kiedy wreszcie poczuję efekt', to ta praca może się zamienić w kolejną formę kontrolowania. A żal rzadko odpuszcza na żądanie. Może warto zadać sobie pytanie, czy jest coś po samej praktyce — nie po efektach, tylko po samym fakcie, że się siada i robi — co jest warte powtarzania?
Właśnie — i tu wracamy do tego samego miejsca co wcześniej. Każde pytanie w tej pracy prowadzi do 'a skąd wiesz, że dobrze rozpoznajesz'. Mam wrażenie, że bez kogoś z zewnątrz, kto zna naszą sytuację, te pytania są w dużej mierze bez odpowiedzi.
Dwa miesiące. To dużo czasu przy takim bólu. Czy w trakcie tych dwóch miesięcy były momenty, kiedy myśleliście o przerwaniu — że to bez sensu, że nie ma po co? Bo ja już teraz, po paru tygodniach, zaczynam mieć takie myśli.
Mam takie pytanie do tego wątku o przerywaniu — czy te myśli pojawiają się zaraz po sesji z afirmacjami, czy raczej w ciągu dnia, przy jakimś kontakcie z czymś, co przypomina tę osobę? Bo to nie jest to samo i może wskazywać na różne rzeczy.
To co opisujesz — spokój po sesji, a potem nawrót przy bodźcu — jest dość typowe na tym etapie. Afirmacje nie zaklejają rany, one powoli zmieniają grunt pod nią. Nawrót przy przypomnieniu nie przekreśla tego, co się dzieje w spokojniejszych momentach.
A jeśli ktoś nie prowadzi dziennika i nie chce — czy ta praca może przynieść cokolwiek? Pytam, bo ja z pisaniem mam problem, czuję się przy nim bardzo odsłonięta i nie wiem, czy jestem w stanie to robić regularnie.
Dziękuję za tę rozmowę, bo dużo tu rzeczy, które mnie dotyczą. Mam pytanie trochę z boku — czy ktoś próbował afirmacji w połączeniu z czymś fizycznym, na przykład z ćwiczeniami oddechowymi przed powtarzaniem? Czytałem, że to może pomagać wyciszyć to napięcie w ciele, o którym wcześniej była mowa.
