Chcę otworzyć temat, który od jakiegoś czasu chodzi mi po głowie, bo rzadko się o tym mówi wprost ^^ Mianowicie: afirmacje na przepracowanie własnej przeszłości - nie terapia, nie rytuał, tylko praca z językiem i przekonaniami. Chodzi o takie stwierdzenia, które nie wymazują tego, co było, ale zmieniają to, jak to postrzegamy. Na przykład: zamiast "moja przeszłość mnie niszczy" - "moja przeszłość mnie ukształtowała i dała mi zasoby, których teraz używam". Ale tu od razu pojawia się moje pytanie do was: czy sądzicie, że taka afirmacja rzeczywiście zmienia głębszy obraz przeszłości, czy tylko nakłada pozytywną warstwę na to, co boli? Bo to jest różnica, która dla mnie jest kluczowa. Widzę na różnych forach, że ludzie mieszają te dwie rzeczy i potem dziwią się, że efekty są krótkotrwałe.
To jest akurat coś, co mnie od dawna drażni w tym całym podejściu "przepisz swoją historię". Bo sama idea jest ok, rozumiem mechanizm. Ale masa ludzi używa tych afirmacji jak plastra na coś, co wymaga szwów. Powtarzasz sto razy "moja przeszłość to dar" a i tak w nocy masz ten sam sen trzeci rok z rzędu. Afirmacja nie dotrze tam, gdzie pracuje śpiący umysł. Skąd mamy wiedzieć, że zmiana narracji to nie jest poprostu wyparcie ubrane w ładne słowa?
Ojej, a ja wlasnie zaczęłam pracować z czymś podobnym bo mi ktoś polecił i nie do końca rozumiem różnicę między afirmacją a autosugestią... ojejku, czy to jest to samo? Pytam bo serio nie wiem i wolę zapytac niz brnac dalej w ciemno 🙂
No to teraz mam pytanie do Mietowej - bo piszesz o stanie skupienia, relaksie. Czyli afirmacja rano pod prysznicem to właściwie strata czasu? Serio pytam, bo widzę to wszędzie jako poradę dla początkujących i zastanawiam się ile w tym realnej wartości, a ile po prostu ładnie brzmiącego hasła.
Ja bym nie przekreślała tych porannych afirmacji tak od razu. Sama to robie od jakiegos czasu i cos sie zmienia, choc nie powiem ze to nagla rewolucja. Moze nie jest idealnie ale cos tam skapuje do srodka jesli robic to regularnie. Chyba ze sie myle i to tylko efekt placebo, no to tez nie jest takie zle bo efekt jest efektem.
A ja mam inne pytanie, bo czytam i mi się to trochę kłóci z tym co wiem. Mówicie o afirmacjach na przeszłość, ale przeszłość już się nie zmieni, to fakt. Więc co tak naprawde zmieniamy? Interpretację? Emocje wokół wspomnień? Bo to są chyba dwie różne rzeczy i nie można ich mieszać w jednym zdaniu. Jak zmieniam interpretację to mogę powiedzieć "to mnie zahartowało", ale emocje wokół konkretnego wspomnienia mogą dalej być takie same, boleć tak samo.
Wybaczcie, że wchodzę w środku, ale chce się upewnić czy dobrze rozumiem 🙂 Czyli afirmacje na przeszłość działają tylko jeśli jednocześnie to wspomnienie przywołamy? Trzeba sobie przypomnieć co było bolesne i WTEDY mówić afirmacje? To brzmi jakby trzeba było specjalnie wchodzić w coś trudnego i nie wiem czy bym dała radę to robić sama.
Nadrabiam ten wątek i mam wrażenie że trochę za bardzo komplikujecie prostą rzecz. Nie żebym był przeciw głębszemu podejściu, ale ludzie którzy zaczynają z afirmacjami najczęściej potrzebują czegoś prostego żeby w ogóle zacząć 😉 Jak im od razu powiecie że trzeba rekonsolidacji wspomnień i stanów skupienia to się zniechęcą zanim zaczną. Moze warto oddzielić co jest dla kogo.
A jak w ogóle sformułować taką afirmację żeby dotyczyła przeszłości a nie brzmiała fałszywie? Bo jak mówię sobie "moje dzieciństwo było piękne" to wiem że kłamię i to w ogóle nie wchodzi. Czuję jakis wewnętrzny opór od razu.
Ojej to ma sens! Ja miałam dokładnie ten problem że afirmacje brzmiały jak kłamstwo i rzuciłam po tygodniu. Moze dlatego nie działały. A jak długo trzeba to robić żeby cokolwiek poczuć zmiany? Bo widziałam różne liczby, 21 dni, 40 dni i nie wiem któremu wierzyć.
Te liczby to głównie marketing. 21 dni wzięło się z obserwacji pewnego chirurga plastycznego w latach 60. który zauważył że pacjentom zajmuje tyle czasu przyzwyczajenie się do nowego wyglądu - i to zostało wyrwane z kontekstu i powielone milion razy jako "czas tworzenia nawyku". Przy pracy z głębszymi przekonaniami o przeszłości możesz potrzebować znacznie więcej albo znacznie mniej, zależy od tego jak bardzo dane przekonanie jest zakorzenione.
Czytam od początku i mam jedno pytanie, może naiwne. Czy afirmacje na przeszłość mogą wogóle działać na większą skalę jak grupowo? Chodzi mi o to że czytałam o jakichś zbiorowych praktykach afirmacyjnych i zastanawiam się czy jak dużo ludzi naraz zmienia swój obraz przeszłości to czy to ma jakiś szerszy wpływ. Nie wiem jak to ująć...
A właśnie, bo jak Gustlik pisał o zbiorowej narracji to pomyślałam, że może chodzi o cos w stylu tych projektów gdzie tysiące ludzi jednocześnie medytuje albo wysyła intencję i ponoć mierzono jakieś efekty. Słyszałam o czymś takim ale nie pamiętam jak się to nazywało. Czy to w ogóle jest powiązane z tym co tu omawiamy czy to już zupełnie inna bajka?
No właśnie Rajmunda dobrze to podsumowała i ja się tu z nią zgadzam, chociaż rzadko się zdarza. Zmiana zbiorowej narracji o przeszłości dzieje się przez inne mechanizmy niż afirmacja, przez edukację, przez sztukę, przez rozmowę pokoleń. Afirmacja to praca jednostki ze sobą. Można te dwie rzeczy ze sobą powiązać, ale nie mieszać.
Ok to rozumiem, ale Wracając do tego, co Mietowa pisała wcześniej o rekonsolidacji wspomnień. Mam pytanie praktyczne bo to mnie najbardziej nurtuje. Jeśli to okienko plastyczności jest krótkie, to ile czasu tak na prawdę mam od przywołania wspomnienia do wypowiedzenia afirmacji? Bo to brzmi jakby trzeba było mieć afirmacje przygotowane zawczasu i działać szybko, zamiast na spontanie. Dobrze to rozumiem?
Ja to rozumiem tak, że najpierw siadasz spokojnie i w ciszy, układasz te zdania, które naprawdę coś dla ciebie znaczą i nie brzmią fałszywie, i dopiero potem pracujesz z konkretnym wspomnieniem. Nie odwrotnie. Przynajmniej tak mi to wychodziło w praktyce. Wchodzenie z afirmacją na gorąco to jak próba zszywania rany bez przygotowania.
Mam takie proste pytanie bo może zagalopowałam sie w myśleniu 😀 To czy ta afirmacja musi dotyczyc konkretnego wspomnienia, jednego wydarzenia? Czy mozna robic to ogólnie, na cały obraz przeszłości jako takiej? Bo u mnie nie ma jednego konkretnego momentu ktory bolał, raczej takie powolne nakładanie się wielu małych rzeczy przez lata i nie wiem od czego zaczac.
Przepraszam że znowu pytam, ale mam wątpliwość po tym co Mietowa napisała o regularności. Ile razy dziennie to ma sens? Bo słyszałam i 3 razy i 10 razy i nie wiem czy więcej znaczy lepiej czy to już bez różnicy a może nawet szkodzi jeśli robi się to mechanicznie bez żadnego skupienia?
