Straciłam pracę trzy tygodnie temu i nie wiem jak się z tym pogodzić. Czytałam, że afirmacje mogą pomóc w takich momentach, ale kiedy siadam i próbuję powtarzać coś w stylu 'jestem pełna sukcesów i obfitości', to mi to zupełnie nie wychodzi. Czuję się jak oszustka, bo sytuacja jest zupełnie odwrotna. Czy ktoś przez to przechodził? Jak w ogóle zacząć, kiedy się jest na dnie?
To, co opisujesz, jest bardzo powszechne i ma nawet swoją nazwę - efekt afirmacyjnego dysonansu. Kiedy afirmacja jest zbyt daleko od tego, gdzie jesteś teraz emocjonalnie, umysł ją odrzuca. Mózg dosłownie flaguje ją jako fałszywą i zamiast spokoju dostajesz niepokój albo irytację. Dlatego 'jestem pełna sukcesów' na etapie kryzysu to zły pomysł. Trzeba zacząć od czegoś znacznie bliższego prawdzie - na przykład 'Daję sobie prawo do szukania nowej drogi' albo 'Nie muszę mieć odpowiedzi dziś'.
Dokładnie tak. Ja zawsze swoim znajomym mówię, żeby testowali afirmacje na ciele - jeśli coś ściska w klatce piersiowej kiedy to powtarzasz, to znak, że czakra serca jest zablokowana i afirmacja nie przejdzie. Trzeba najpierw odblokować czakrę, a potem wracać do słów.
Wchodzę tutaj, bo temat dotyczy czegoś, o czym dużo myślałam. Zenek ma rację co do dysonansu - i jest na to solidne wyjaśnienie psychologiczne. Badania nad self-affirmation theory, które Claude Steele opisał w latach 80., pokazują, że afirmacje działają najlepiej, kiedy odwołują się do wartości, które już są dla nas prawdziwe, a nie do stanów, które chcemy osiągnąć. Czyli zamiast 'jestem sukcesorką' - 'jestem osobą, która nie odpuszcza'. Drugie zdanie jest prawdziwe nawet w kryzysie, jeśli sama to czujesz.
Poczekajcie - ja to tracę trochę wątek. Mam jedno konkretne pytanie: czy jest jakaś praktyczna kolejność? Znaczy: czy najpierw trzeba jakoś emocjonalnie się ustabilizować, a dopiero potem brać się za afirmacje, czy afirmacje właśnie mają pomagać w tej stabilizacji?
To jest naprawdę kluczowe pytanie i nie ma jednej odpowiedzi. Zależy od intensywności kryzysu. Jeśli jesteś w ostrej fazie - bezsenność, paraliż decyzyjny, płaczesz kilka razy dziennie - to afirmacje w tej fazie mogą rzeczywiście nie trafiać. Najpierw warto osadzić układ nerwowy: oddech, ruch, nawet krótka medytacja ciała. Natomiast jeśli to jest bardziej faza 'trwam, ale potrzebuję kierunku' - wtedy afirmacje mogą być mostem. Nie skrótem, ale mostem.
Dorzucę coś z własnego doświadczenia, bo kilka lat temu byłam w podobnej sytuacji. Dla mnie przełomem nie były gotowe afirmacje z internetu, tylko zapisanie własnych zdań w notatniku - co chcę poczuć, nie co chcę mieć. Różnica jest spora. 'Chcę poczuć, że mam wybór' brzmi zupełnie inaczej niż 'mam wiele możliwości'. To pierwsze było dla mnie prawdziwe nawet wtedy, kiedy naprawdę nie widziałam żadnej możliwości.
Mam pytanie może trochę z boku - czy afirmacje dotyczące pracy powinny być inne w zależności od tego, jaką czakrę się ma osłabioną? Bo czytałam gdzieś, że problemy z pracą i finansami to głównie kwestia czakry podstawy, a jeśli ktoś ma problemy z poczuciem własnej wartości przy zwolnieniu, to raczej czakra splotu słonecznego. I podobno afirmacje działają lepiej, jeśli są 'skierowane' do konkretnej czakry. Czy to ma sens?
Wracając do tego, co pisała Renia - ja przez kilka tygodni po zwolnieniu kompletnie nie mogłam wejść w żadne afirmacje, bo każde zdanie brzmiało jak kpina. W końcu ktoś mi poradził, żeby zacząć od afirmacji dotyczących nie przyszłości, ale teraźniejszości - i to był przełom. Coś w stylu 'dzisiaj jestem bezpieczna' albo 'mam dach nad głową i to się nie zmieni jutro'. To banalne, ale naprawdę działało jako kotwica.
Ja robiłam rano, zaraz po przebudzeniu, zanim jeszcze zaczęłam scrollować telefon i zanim myśli zaczęły galopować. Tylko kilka zdań, głośno, żeby słyszeć własny głos. Nie wiem czy to pora dnia ma kluczowe znaczenie, ale to była jedyna chwila kiedy miałam chwilę spokoju przed natłokiem myśli o rachunkach i wysyłaniu CV.
Wracam do tego, co pisała Henia - rano, zanim zacznie się scrollowanie. Mam wrażenie, że ten warunek jest kluczowy, nie sama pora. Chodzi o to, żeby złapać moment zanim mózg wejdzie w tryb reaktywny. Ale mam pytanie praktyczne: co jeśli ktoś ma małe dzieci albo pracę zmianową i po prostu nie ma tego cichego poranka? Czy są jakieś alternatywne momenty dnia, które dają podobny efekt?
Dobra, to teraz mam konkretny plan na jutro. Ale mam jeszcze jedno pytanie, bo trochę się gubię w tej dyskusji - czy te afirmacje mają być ciche, w myślach, czy mówione głośno? Henia pisała, że głośno, żeby słyszeć własny głos. Czy to robi różnicę, czy to tylko kwestia preferencji?
To ma faktyczne znaczenie. Głośne wypowiadanie angażuje jednocześnie kilka torów sensorycznych - tworzysz dźwięk, słyszysz go, czujesz wibracje w ciele. To nie jest przypadkowe. Z punktu widzenia neurobiologii wielokanałowe kodowanie informacji wzmacnia ślad pamięciowy. Pisanie ręczne działa podobnie, bo angażuje motorykę. Ciche powtarzanie w głowie jest najsłabszym wariantem, bo łatwiej o to, żeby umysł jednocześnie robił coś zupełnie innego. Oczywiście w miejscu publicznym nikt nie będzie mówił na głos, ale w warunkach domowych - głośno, zdecydowanie.
Czyli chodzi po prostu o zaangażowanie ciała, nie tylko głowy? Bo jeśli tak, to czy np. zapisywanie afirmacji ręką każdego dnia mogłoby być równie skuteczne jak mówienie ich głośno? Pytam, bo mam blokadę przed mówieniem na głos, nawet w domu.
Ciekawe, że temat zszedł na sposób zapisywania. Ja eksperymentowałem z pisaniem afirmacji w różnych kolorach i tu mogę powiedzieć tyle, że kolor faktycznie wpływa na mój własny odbiór tekstu - czerwony czuję jako energetyzujący, niebieski jako spokojniejszy. Nie twierdzę, że to działa obiektywnie na każdego, ale u mnie moduluje ton emocjonalny podczas pisania. Może to jest ten element fizyczny, o którym pisała Gwiazdarka.
Dziękuję Hydromanta, bo właśnie to chciałam powiedzieć. Chłonę wszystko co piszecie, ale gdzieś mi umyka ta nitka. Mam jedno konkretne pytanie do tych, którzy przez to przeszli: jak długo zanim poczuli, że afirmacje cokolwiek zmieniają? Nie mówię o znalezieniu pracy, tylko o tym wewnętrznym poczuciu.
U mnie zajęło to jakieś trzy tygodnie zanim w ogóle przestałam się buntować podczas powtarzania. Efekt zewnętrzny - nowa praca - przyszedł znacznie później. Ale ten wewnętrzny shift, że przestaję się traktować jak kogoś wyrzuconego na margines, to był mniej więcej miesiąc. I nie był to jeden moment, raczej powolne topnienie.
Czytam wątek od początku i mam pytanie, bo coś mi tu nie gra. Dużo mówicie o tym, żeby afirmacje były wiarygodne, stopniowane, własne. Ale co z osobą, która jest w takim dole, że nie wierzy już w nic - nawet w to, że 'dziś jest okej'? Czy w takim stanie afirmacje w ogóle mają sens, czy raczej powinno się wtedy pójść do kogoś po pomoc?
Nie jestem w aż tak złym miejscu, bardziej chodzi mi o ten paraliż i brak wiary we własne możliwości. Ale to pytanie Novarii jest ważne, bo chyba wiele osób po utracie pracy może się w takim miejscu znaleźć. Jak rozpoznać, gdzie jest ta granica między 'potrzebuję afirmacji' a 'potrzebuję pomocy'?
Prosta odpowiedź: jeśli próbujesz robić cokolwiek dobrego dla siebie i jesteś w stanie to zauważyć - jesteś po tej bezpieczniejszej stronie. Granica jest wtedy, gdy człowiek przestaje być w stanie zadbać o podstawy - sen, jedzenie, kontakt z ludźmi - i każda próba pozytywnego myślenia kończy się spiralą w dół. Paraliż i brak wiary w siebie to coś, z czym afirmacje przy odpowiednim podejściu mogą pomóc. Katastrofizacja połączona z niemocą - tu potrzeba czegoś więcej.
Wchodząc w to, co Zenek mówi - jest jeszcze jeden aspekt, który rzadko się tu pojawia. Czas utraty pracy ma znaczenie z perspektywy cyklu osobistego roku. Jeśli ktoś jest w roku 4 albo 9 w cyklu numerologicznym, utrata pracy może być wpisana w transformację cyklu, a nie w przypadkowy kryzys. Rok 4 to budowanie na nowych fundamentach, rok 9 to zamknięcie etapu. Afirmacje sformułowane z uwzględnieniem tego, co cykl przynosi, mają inne działanie niż te sformułowane wbrew cyklowi. To nie jest rada dla każdego, ale dla tych, którzy pracują z numerologią - warto to sprawdzić zanim w ogóle siadasz do pisania afirmacji.
To nie jest kwestia dopasowywania, Hydromanta. Rok 1 i rok 9 to dwa zupełnie różne konteksty dla tej samej sytuacji. W roku 9 utrata pracy to zamknięcie cyklu, praca z afirmacjami powinna wtedy dotyczyć pożegnania i oczyszczenia, nie od razu budowania nowego. W roku 1 można od razu iść w kierunek nowego startu. Jeśli ktoś w roku 9 zacznie recytować 'jestem gotowy na nowy początek' - to będzie walczył z cyklem, nie z nim. Różnica jest realna, choć rozumiem sceptycyzm.
To 'zauważyć, nie ocenić' Zenka brzmi łatwiej niż jest w praktyce. Ja przez pierwsze tygodnie po zwolnieniu robiłam jakiekolwiek rzeczy i od razu wewnętrzny głos mówił 'to za mało, za wolno, za późno'. Czy to jest to, przed czym afirmacje mają chronić, czy właśnie dlatego nie działają na początku?
To co opisujesz to jest klasyczny wewnętrzny krytyk wzmocniony przez sytuację kryzysową. Utrata pracy uderza bezpośrednio w poczucie wartości i kompetencji, więc ten głos 'za mało, za wolno' jest niemal odruchowy. Afirmacje nie chronią przed tym głosem, one stopniowo tworzą drugi głos obok niego. Na początku ten drugi jest cichy i nieszczery, ale z czasem może stawać się równorzędny. Chodzi o to, żeby go w ogóle wpuścić, nie żeby od razu wygrał. Czy afirmacje, które teraz masz, w ogóle dotykają tego konkretnego miejsca - tego 'za mało'?
Ja miałam podobnie i właśnie to było moim błędem na początku - afirmacje były za duże, za daleko od miejsca, w którym byłam. Zaczęłam od zdań, które dotyczyły tylko bieżącego dnia. Coś w stylu 'mogę dziś zrobić jeden krok' zamiast 'moje życie się zmienia'. To było do zniesienia.
To co Henia opisuje zgadza się z tym, o co pytałam wcześniej. Ale mam dodatkową wątpliwość - jeśli zaczynamy od tak małych zdań, to kiedy i jak przechodzi się do tych większych? Czy to się dzieje samo, czy trzeba to świadomie zaplanować?
Mnie interesuje to 'kiedy przestaje brzmieć jak kłamstwo'. Przez jakiś czas prowadziłem notatki właśnie o tym - przy każdej afirmacji dopisywałem na skali 1-10, jak bardzo w to wierzę w danym dniu. I faktycznie widać było taki trend wzrostowy, ale z dużymi skokami w dół przy trudniejszych dniach. Zastanawiam się, czy te wahania są normalne, czy to znaczy, że coś robię źle.
