Mam od jakiegoś czasu takie pytanie, które kręci mi się w głowie i nie mogę go nigdzie sensownie zakwalifikować. Kiedy robię afirmacje, czasem wchodzę w taki stan, że przestaję właściwie skupiać się na słowach - powtarzam je, ale jakby obok siebie. Umysł się uspokaja, oddech zwalnia, czas trochę odpływa. I nie wiem czy to już medytacja, czy jeszcze afirmacja, czy może jedno i drugie. Zastanawiam się, gdzie przebiega ta granica - albo czy ona w ogóle istnieje. Czy ktoś miał podobnie i wie, jak to nazywać?
Dokładnie to samo mi się zdarza i też długo nie wiedziałam, jak to klasyfikować. Zaczęłam traktować to jako dobry znak - jakby afirmacja 'zaskoczyła' i umysł przestał jej się opierać. Bo kiedy jesteś w pełnej świadomości i siłujesz się z tekstem, to jest praca. A kiedy słowa lecą same i przy okazji wyciszasz się głębiej - to chyba coś więcej się dzieje.
To co opisujesz Runomiraa jest rzeczywiście na granicy dwóch różnych stanów, ale nie nazwałabym tego automatycznie medytacją. W klasycznym rozumieniu medytacja wymaga pewnego rodzaju intencji skierowanej na obserwację - umysłu, oddechu, obrazu. Afirmacja natomiast jest zawsze zakotwiczona w treści. Jeśli treść odpada i zostajesz z samym rytmem i wyciszeniem, to faktycznie przechodzisz w stan bardziej medytacyjny. Ale przejście płynne nie znaczy, że to jedno i to samo. Pytanie do Orlikowej: czy w tym stanie nadal słyszysz słowa, czy stają się tylko dźwiękiem bez znaczenia?
Miałam bardzo podobnie z numerologiczną mantrowością - powtarzałam sekwencje liczb jako afirmacje i w pewnym momencie przestały być liczbami, a stały się rytmem. Wtedy dotarło do mnie, że w tradycjach wschodnich to jest właśnie cel mantry - żeby słowo przestało być słowem i stało się wibracją. Może granica, o której piszecie, jest kulturowa? W zachodnim podejściu afirmacja ma być 'rozumiana'. W podejściu mantrycznym - odczuwana.
A co to właściwie zmienia, czy to nazwiemy afirmacją czy medytacją? Pytam szczerze, bo nie rozumiem czy chodzi tylko o definicję, czy ma to jakieś praktyczne znaczenie.
Dodam jeszcze jeden kąt - w astrologii mamy pojęcie planet działających 'w podprogowy' sposób. Tranzyt możesz czuć zanim go nazwiesz. I podobnie z tym stanem: ciało i umysł wchodzą w to, zanim dostaniesz etykietkę. Michasia99 ma rację co do różnicy kulturowej. Zachodnia afirmacja jest deklaratywna, mantra jest dźwiękowa. To inne mechanizmy, nawet jeśli wyglądają podobnie z zewnątrz.
Słucham tej rozmowy i mam wrażenie, że trochę komplikujecie coś prostego. Jeśli ktoś powtarza 'jestem spokojna' i się uspokaja - to działa, bez względu na etykietkę. Czy naprawdę trzeba wiedzieć, czy to afirmacja czy medytacja?
Chalcedonka ma rację w kwestii powtarzalności, ale Glogowa też coś ważnego dotyka. Jest takie ryzyko w bardzo 'analitycznym' podejściu do duchowych praktyk - zaczynasz obserwować siebie tak intensywnie, że wypadasz ze stanu, który chciałaś osiągnąć. Znam osoby, które wiedziały wszystko o medytacji i nie mogły usiedzieć w ciszy dłużej niż dwie minuty, bo ciągle sprawdzały, czy robią to 'prawidłowo'.
To jest chyba klucz do tematu wątku. Zdyscyplinowana praktyka wymaga powtarzania w określony sposób - regularnie, z intencją, z konkretnym tekstem. Stan medytacyjny może pojawić się jako efekt uboczny tej dyscypliny. Pytanie Orlikowej było właśnie o tę granicę - kiedy przestajesz pracować, a zaczynasz być.
A co jeśli ktoś nigdy nie 'przechodzi' w żaden głębszy stan i afirmacje sa dla niego czysto mechaniczne? Czy to znaczy, że robi je źle? Bo u mnie to jest raczej taki 'rytuał poranny' - powtarzam, ale nie czuje żadnego wyciszenia. Czy powinnam coś zmienić?
Mam pytanie trochę z boku - czy to ma znaczenie, o jakiej porze dnia się robi afirmacje? Bo słyszałam, że rano, tuż po przebudzeniu, umysł jest bardziej 'otwarty' i łatwiej wejść w ten stan, o którym piszecie. Czy to prawda, czy mit?
Słucham tej rozmowy i zastanawiam się - czy ten stan, który opisuje Orlikowa, to nie jest po prostu autosugestia? Gdzieś czytałam o metodzie Coué i tam właśnie chodzi o wchodzenie w taki półsen i powtarzanie fraz. Czy to nie jest to samo, tylko z inną nazwą?
To rozróżnienie między 'główną praktyką' a 'pretekstem' bardzo mi się podoba. Bo u mnie to wyglądało tak, że afirmacja była niby główna, ale tak naprawdę najważniejszy był moment wyciszenia, który ją poprzedzał. Bez niego słowa nie miały tej samej jakości. Więc czy robiłam afirmacje z elementem medytacyjnym, czy medytację zakończoną afirmacją?
Mam podobne pytanie co Druidka_E - czy ten stan to coś, co się czuje wyraźnie, czy może być subtelne i po prostu tego nie zauważam? Bo jak słucham opisu Orlikowej to brzmi dość specyficznie, ale nie wiem czy u mnie coś takiego się kiedykolwiek działo.
Ten opis 'słyszane zamiast wypowiadane' jest bardzo trafny z perspektywy tego, co dzieje się z uwagą. W astrologii mamy podobne rozróżnienie między Merkurym jako świadomą komunikacją a Neptunem jako odbiorem bez filtra. Ciekawi mnie, czy ten stan przychodził do ciebie spontanicznie, czy starałaś się go wywołać celowo?
Wróćcie do tego co mówiła Chalcedonka o Coué - bo trochę mnie zgubiło. Ona powiedziała, że Coué to 'protoplasta' afirmacji, ale chyba nie do końca? Bo Coué mocno podkreślał, że wyobraźnia jest ważniejsza niż wola. A większość afirmacji, które znam, opiera się właśnie na woli i powtarzaniu. To nie jest sprzeczne?
Poczekajcie - czyli Chalcedonka mówi, że im bardziej się staramy, tym gorzej? To trochę paradoksalne. Jak ktoś ma robić afirmacje 'bez wysiłku', skoro samo siedzenie i powtarzanie przez pół godziny jest wysiłkiem?
Ten trzeci sygnał znam bardzo dobrze. Powtarzam 'jestem spokojna' i natychmiast słyszę wewnętrzne 'nie jesteś'. I zamiast spokoju dostaję dyskusję z samą sobą. Czy to znaczy, że afirmacja była źle dobrana, czy że po prostu nie byłam gotowa na dany tekst?
Ten opis z powracaniem do tej samej afirmacji - tak, dokładnie tak to u mnie działa. Myśl o obiedzie znika, ale ta 'nie jesteś spokojna' wraca po każdym kolejnym powtórzeniu. To rzeczywiście inne. Nie wiedziałam jak to nazwać.
Słuchajcie, trochę się zgubiłam. Zaczęłyśmy od pytania kiedy afirmacja przechodzi w medytację, a teraz rozmawiamy o protestach i napięciach. To są chyba dwa różne tematy? Czy to się jakoś łączy?
Wróćmy może do tego rozróżnienia medytacja kontra afirmacja, bo mnie to najbardziej ciekawi. Rozumiem, że afirmacja może w coś przejść. Ale czy to 'coś' to jest prawdziwa medytacja? Medytacja chyba ma konkretne znaczenie i nie każde wyciszenie to medytacja?
To rozróżnienie między skupioną a kontemplacyjną jest kluczowe. W astrologii powiedziałabym, że skupiona to bardziej Merkury - precyzyjna, kierunkowa. Kontemplacyjna to bardziej Neptun - rozproszona, otwarta. Afirmacja z natury jest merkurialna, bo ma konkretną treść. Żeby przeszła w neptuniczny odbiór, treść musi gdzieś zejść na drugi plan.
Słyszałem kiedyś, że mantry w tradycji wedyjskiej są wybierane właśnie po to, żeby ich znaczenie nie przeszkadzało - stąd dźwięki bez słów albo w językach, których się nie rozumie. Czy afirmacje po polsku nie są z założenia trudniejsze do tego przejścia, bo rozumiemy każde słowo i umysł za bardzo się czepia?
Skoro można ten moment rozpoznać - to czy można go też celowo wywołać? Czy to zawsze musi przyjść samo?
A czy to w ogóle ma znaczenie jak się tam doszło, jeśli efekt jest podobny? Pytam szczerze, bo nie rozumiem po co rozróżniać drogę, jeśli punkt docelowy jest ten sam.
Dobra, ale skąd wiadomo, że 'zostawia ślad'? To brzmi dość mgliście. Jak to sprawdzić?
To co opisuje Ostroika naprawdę znam. Miałam pewne zdanie, które przez długi czas wymagało świadomego wysiłku, a potem w pewnym momencie zaczęło się pojawiać samo, zanim zdążyłam je wywołać. Nie umiałam powiedzieć kiedy dokładnie to przeszło.
