Ale czy nie jest tak ze kazda afirmacja ktora zaczyna sie od 'jestem' jest trochę podmywaniem? Bo mowisz 'jestem odwazna' a wiesz ze sie boisz, wiec musi to gdzies stworzyc napiecie?
Wracam do tego co mówiła Halineczkaa o mniejszych krokach. Próbowałam wcześniej i faktycznie pomaga. Ale mam pytanie: czy jest jakiś moment kiedy trzeba jednak przeskoczyć na większą afirmację? Czy można w nieskończoność zostawać przy małych krokach?
Mam takie wrażenie że w tej rozmowie cały czas wracamy do tego samego: strach jest, afirmacja go nie usuwa, ale jakoś z nim współistnieje. Tylko ja nadal nie rozumiem mechanizmu. Jak to fizycznie działa że coś powtarzane wielokrotnie zaczyna być 'głośniejsze' niż strach?
Dokładnie i to jest chyba jeden z trudniejszych momentów w tej praktyce - robić coś kiedy nie czujesz że tego potrzebujesz. Bo wtedy łatwo powiedzieć sobie 'teraz nie ma potrzeby' i odłożyć. A kiedy jest potrzeba, jest za późno żeby zaczynać od zera. To jest ten sam paradoks z tytułu wątku widziany od innej strony - chcemy zmiany kiedy boli, ale narzędzia do zmiany trzeba budować kiedy nie boli.
Słucham tej rozmowy od dłuższego czasu i mam pytanie trochę z innej strony. Czy afirmacje robione z przymusu - bo 'trzeba', bo 'się nie opuszcza praktyki' - mają jakikolwiek sens? Czy intencja i przekonanie muszą być za nimi, czy sam mechanizm powtarzania wystarczy?
Klimcia_A zadała pytanie które mnie samą od dawna ciekawi. Mam wrażenie że środowisko afirmacyjne jest podzielone w tej kwestii. Jedni mówią że intencja jest wszystkim i bez niej to tylko mechaniczne bełkotanie. Drudzy twierdzą że sam rytm powtarzania coś robi, nawet jeśli głowa jest gdzie indziej. Ciekawa jestem co tu powiedzą osoby które ćwiczyły długo i różnie.
To nie jest tak proste że jedno wyklucza drugie. Powtarzanie bez intencji może działać na poziomie czysto asocjacyjnym, mózg lubi wzorce i reaguje na regularność. Ale jeśli jednocześnie wewnątrz dzieje się coś sprzecznego, na przykład silne poczucie że to nieprawda, ten mechanizm jest hamowany. Nie powiedzałabym że intencja jest niezbędna, ale jej brak albo aktywny opór to dwie różne sprawy.
Mnie to zastanawia bo chyba nigdy nie myślałam o tym że mogę nie chcieć żeby afirmacja zadziałała. Zawsze zakładałam że chcę, skoro ją robię. Ale jak teraz o tym myślę...
A jak mozna to zauwazyc, ten opor? Bo jezeli dzieje sie podswiadomie to skad mam wiedziec ze w ogole istnieje?
Wracam do tego co powiedziała wcześniej Begonia - że robić coś kiedy nie czujesz potrzeby jest najtrudniejsze. Ja mam z tym dokładnie tak samo. Jak jest dobrze, zapominam albo nie chce mi się. A jak jest źle, jest za późno. Czy ktoś znalazł na to jakiś sposób żeby zbudować tę regularność?
To ciekawy wątek z tą kotwicem ale wróćmy na chwilę do meritum bo mi gdzieś ucieka. Strach przed zmianą wewnętrzną a afirmacja. Mam wrażenie że tu jest coś istotnego czego jeszcze nie powiedzieliśmy. Afirmacja działa na powierzchni - zmienia co mówimy do siebie. Ale strach przed zmianą tożsamości siedzi dużo głębiej. Czy samo powtarzanie zdań może do tego dotrzeć, czy potrzeba czegoś więcej?
Właśnie to chciałam zapytać. Bo słucham od początku i rozumiem że afirmacje pomagają, że budują ścieżki, że nie gasią pożaru ale zapobiegają. Ale ten strach że się przestanę siebie rozpoznawać - to jest coś co czuję i nie wiem czy jakiekolwiek zdanie powtarzane rano mi w tym pomoże.
Mnie się wydaje że afirmacja może być też sposobem żeby zacząć rozmawiać ze sobą inaczej. Nie tyle że od razu zmienia coś głębokiego, ale że zmienia ton wewnętrznego dialogu. A to może być ten pierwszy krok do czegoś szerszego. Chociaż Krysia_58 mnie teraz zatrzymuje bo nie wiem czy to dotyczy też tak głębokiego strachu jak ten o tożsamość.
To co powiedziałaś o tonie wewnętrznego dialogu - czy to znaczy że sama treść afirmacji jest mniej ważna niż sposób w jaki do siebie mówimy? Bo ja mam wrażenie że czasem powtarzam zdanie po zdaniu i liczy się bardziej że w ogóle mówię do siebie życzliwie niż co dokładnie mówię.
To co powiedziałaś o tonie - chyba mnie to najlepiej opisuje. Ja przez długi czas starałam się znaleźć idealną afirmację, idealnie sformułowaną, żeby 'zadziałała'. A może problem był właśnie w tym że traktowałam to jak formułkę do wklepania, nie jak rozmowę z samą sobą?
Słucham tego i myślę sobie - to jest właśnie mój problem. Ja afirmacje robię już od dłuższego czasu i jest jakiś spokój, ale głęboko czuję że nic się nie zmienia. Może przykrywam tym coś zamiast to ruszyć?
Właśnie tego się bałam. Że robię afirmacje i czuję się lepiej, i myślę że coś robię, a właściwie stoję w miejscu. To trochę smutne jak tak to widzę.
Wracam do czegoś co powiedziała Halineczkaa kilka postów wyżej - że afirmacja może przykrywać zamiast przepracowywać. Chcę to rozwinąć bo myślę że tu jest serce tego paradoksu. Strach przed zmianą nie jest irracjonalny. On jest po coś. Chroni jakąś część nas. I kiedy afirmacją mówimy sobie 'jestem gotowa na zmiany, zmiana jest dobra', ta część która się boi może zacząć walczyć mocniej. Bo czuje się zagrożona.
a jak afirmacja jest pytaniem to czy dalej jest afirmacja? Bo myslalem ze z definicji to twierdzenie a nie pytanie. Moze sie myle?
Macierzanka, to ciekawy punkt. Technicznie masz rację, że afirmacja to twierdzenie. Ale w praktyce chodzi o zmianę relacji z samą sobą, i pytanie może tę zmianę zacząć tak samo jak twierdzenie. Może nawet lepiej, jeśli twierdzenie jest za bardzo 'zaklejone' oporem.
Ale czy to nie jest wtedy po prostu inny rodzaj pracy - może bardziej medytacyjny albo dialogowy? Bo jeśli odejdziemy od twierdzenia, to kiedy właściwie zaczyna się afirmacja a kiedy kończy? Zastanawiam się czy nie mieszamy kilku różnych praktyk w jedną.
A czy ten głos co mowi ze to nieprawda to zawsze lęk? Bo mi sie czasem wydaje ze to moze byc po prostu... realizm? Ze widze ze coś jest trudne i to nie jest strach tylko ocena sytuacji?
Czytam to i myślę że mój wewnętrzny głos od lat robi dokładnie to. Zawsze jest jakiś powód dlaczego nie teraz, nie to, nie tak. I robiłam afirmacje myśląc że je przekonuję, a one po prostu czekały aż skończę i wracały. Może to jest właśnie ten przykrywający efekt o którym pisała Pajeczyna.
To co mówi Halineczkaa o konkretnym lęku a nie ogólnej zmianie - to dla mnie zmienia wszystko. Ja zawsze robiłam afirmacje bardzo szeroko. 'Jestem otwarta na zmiany', 'płynę z życiem'. A może dlatego nic szczególnie nie drgnęło, bo to było za bardzo ogólne żeby trafić w to co naprawdę siedzi.
Zrobiłam to ćwiczenie z pytaniem 'co zyskuję nie zmieniając się' o którym pisała Halineczkaa i to było dziwne doświadczenie. Napisałam tyle rzeczy których się nie spodziewałam. Że mam powód żeby nie próbować, że jak nie zacznę to nie mogę przegrać, że jest spokojnie. I teraz siedzę z tym i trochę nie wiem co z tym zrobić.
A ja wciaz nie mam pewnosci czy moj glos to lęk czy realizm o czym pisałam wczesniej. Bo jak teraz czytam o tej ochronie i mechanizmach to sie zastanawiam - moze to nie jest ani strach ani realizm tylko cos cos w rodzaju... przyzwyczajenia? Ze po prostu wiem jak jest teraz i nie wiem jak będzie po zmianie i dlatego wolę zostac?
