Ostatnio siedzę nad tym tematem i nie daje mi spokoju jedna rzecz. Chcemy się zmienić - mówimy to, powtarzamy afirmacje, zapisujemy cele - a potem w praktyce robimy wszystko, żeby zostać tam gdzie jesteśmy. I to nie jest lenistwo. To coś głębszego. Czy ktoś to rozpoznaje u siebie? Bo ja mam wrażenie, że afirmacje czasem wręcz ten strach nasilają, zamiast go łagodzić. Jakby słowa 'jestem odważna i pewna siebie' uruchamiały w środku alarm: 'ale przecież nie jesteś'. I zaczyna się wewnętrzna kłótnia zamiast spokoju.
To co opisujesz to chyba właśnie ten paradoks, o który chodzi w tym temacie. Ja też to czułam, szczególnie przy afirmacjach zdrowotnych. Powtarzałam 'moje ciało jest zdrowe i silne' w momencie, kiedy byłam kompletnie wykończona - i zamiast ulgi czułam coś w rodzaju złości na siebie. Może problem jest w tym, że zaczynamy od za dużego kroku? Czytałam gdzieś, że jeśli afirmacja jest zbyt odległa od tego, w co aktualnie wierzymy, to umysł ją odrzuca jak coś obcego. Ale nie wiem, jak to obejść.
Też mam tak jak Wy piszecie. Zaczęłam kilka tygodni temu i po trzech dniach rzuciłam, bo czułam się głupio. Gadałam do siebie przed lustrem i myślałam, że to bez sensu. Czy to normalne na początku? Jak długo trwa zanim się poczuje jakąś różnicę?
To jest sedno całego tematu i rzadko kto to tak jasno widzi od razu. Strach przed zmianą bardzo często nie dotyczy tego, kim mamy się stać. Dotyczy tego, co stracimy albo kogo utracimy w procesie. Asertywna osoba może przestać być 'tą miłą', może zburzyć stare dynamiki w rodzinie, w pracy, w związku. Umysł to wszystko liczy, zanim jeszcze zdamy sobie z tego sprawę. I afirmacja trafia na ten rachunek zysków i strat, a nie na pustą tablicę. Dlatego samo powtarzanie słów bez przyjrzenia się temu, czego się boimy stracić, rzadko daje trwały efekt.
Ale to trochę brzmi jakby afirmacje nie miały sensu w ogóle, jeśli ten strach i tak je blokuje. Czy jest jakiś sposób żeby zacząć, kiedy ma się ten opór? Piszę bo sama zaczęłam i nie wiem od czego w ogóle zacząć.
To ma sens i gdzieś o tym czytałam, ale mam pytanie - czy to nie jest wtedy za miękkie? Tzn. czy taka afirmacja z 'pozwalam sobie' naprawdę coś przestawia, czy tylko sprawia, że czujemy się lepiej przez chwilę?
A czy ma znaczenie o jakei porze sie robi te afirmacje? Bo słyszałam że rano najlepiej bo umysł jest wtedy jakby bardziej otwarty? Ale nie wiem czy to prawda czy tylko mit
Rano jest często wskazywany dlatego, że między snem a pełną świadomością jest taki moment przejścia, kiedy umysł jest mniej opancerzony krytyką. Wieczorem, tuż przed zaśnięciem, działa podobnie. Środek dnia to najtrudniejszy czas, bo jesteśmy najbardziej w trybie analitycznym. Ale to nie reguła absolutna - liczy się przede wszystkim regularność i to, czy jesteś w stanie w danym momencie naprawdę być z tym, co mówisz, a nie odhaczyć zadanie.
Ja mam takie swoje obserwacje z życia, nie z żadnych książek. Przez wiele lat modliłam się rano i wieczorem i to było trochę jak te wasze afirmacje - słowa, które mówiłam sobie i Bogu. I długo było tak, że mówiłam te słowa, ale gdzieś w środku nie wierzyłam. Zmiana przyszła nie wtedy, gdy zmieniłam słowa, tylko gdy przestałam się bać, że coś się zmieni. Nie wiem jak to się ma do tych afirmacji, ale wydaje mi się, że to podobne.
Szczerze? Nie wiem dokładnie kiedy to przyszło. Chyba po trudnym czasie kiedy i tak straciłam dużo i zrozumiałam, że zmiana której się bałam i tak nastąpiła, tylko że beze mnie. I po tym jakoś łatwiej było mówić te słowa i im ufać. Ale to niekoniecznie dobra metoda 🙂
Słuchajcie, a czy ktoś próbował łączyć afirmacje z jakimś przedmiotem, kamieniem albo kryształem? Mam kilka i zastanawiam się czy trzymanie czegoś w dłoni podczas mówienia afirmacji pomaga skupić energię czy to bez znaczenia. Bo czytałam że amazonit wspiera wyrażanie siebie, a to by pasowało do tematu asertywności.
Przepraszam że się wtrącę ale mam takie pytanie - czy afirmacje można pisać zamiast mówić na głos? Bo ja nie mogę mówić głośno bo mieszkam z rodziną i byłoby mi niezręcznie. I czy wtedy też działają?
A co z afirmacjami pisanymi w trzeciej osobie? Tzn. zamiast 'jestem spokojna' pisać 'Agnieszka jest spokojna'? Słyszałam gdzieś że to pomaga kiedy jest się bardzo emocjonalnie zaangażowanym w problem, bo tworzy jakiś dystans. Ale nie wiem czy to nie rozmija się z całym sensem afirmacji, skoro mówimy o sobie jakby to ktoś inny?
Mam pytanie może głupie - co to znaczy że ciało 'wystawia weto'? Pajeczyna tak napisała i Halineczkaa o skurczu. Czy wy dosłownie czujecie coś fizycznego kiedy mówicie afirmację w którą nie wierzycie?
Masz rację z tym szeptem i to akurat zgadza się z tym, co czytałam o pracy ze słowem w różnych tradycjach. Szept bywa traktowany inaczej niż pełny głos - mniej performatywnie, bardziej do wewnątrz. Ale wracając do tego, co Bazylka pytała - czy to sygnał że afirmacja nie działa, skoro ciało się opiera? Czy raczej dowód że dotknęłaś czegoś ważnego?
A co jesli ten opór nie przechodzi w ogole? Ja probuje od jakiegos czasu i za kazdym razem mam to samo uczucie ze klamie sama sobie. Czy mozna utknac w tym miejscu na stale?
Słucham Was i myślę sobie, że my się tu w kółko wracamy do tego samego miejsca: że żeby afirmacja zadziałała, trzeba już trochę wierzyć w to, co się mówi. A żeby wierzyć, potrzebna jest jakaś zmiana. I tak w kółko. Czy ktoś znalazł wyjście z tego koła poza czekaniem aż coś się wydarzy samo?
Krysia_58 porusza sedno i to jest chyba najuczciwsze podsumowanie tego, co kręci się w tym wątku. Ja nie znalazłam wyjścia poza czekaniem, ale znalazłam skrót - afirmacje dotyczące procesu zamiast stanu. Nie 'jestem pewna siebie', tylko 'jestem w drodze do bycia pewną siebie'. Brzmi jak nic, ale te dwa słowa 'w drodze' wystarczyły, żeby ciało przestało protestować.
O, to jest coś co mogę spróbować. Ale mam pytanie - czy to nie jest trochę jak opóźnianie celu? Bo mówiąc że jestem 'w drodze', nie mówię że już tam jestem. Czy to nie utrwala przekonania że to jest wciąż coś dalekiego?
Przepraszam że wchodzę z innej strony, ale zastanawiam się czy ten strach przed zmianą to nie jest czasem strach przed tym że inni nas nie rozpoznają. Tzn. zmieniasz się, stajesz się bardziej asertywna albo pewna siebie, i nagle rodzina czy znajomi reagują dziwnie, bo jesteś inna niż ta którą znają. I może właśnie tego się boimy, nie samej zmiany?
Ale czy to nie jest troche tak ze zamieniamy jeden rodzaj afirmacji na inny i ciagły szukamy tej 'lepszej wersji'? Moze problem jest gdzie indziej, nie w tym jak jest sformułowana.
Macierzanka dotyka czegoś ważnego, bo ja sama to robiłam przez długi czas. Zmieniałam formułkę, szukałam lepszego sformułowania, innego czasu użycia. I w pewnym momencie zorientowałam się, że to szukanie idealnej afirmacji jest samo w sobie sposobem na unikanie zmiany. Bezpieczniej jest poprawiać technikę niż naprawdę coś zmienić.
To jest bardzo celna obserwacja. Czy miałaś jakiś moment kiedy zauważyłaś że się w tym kręcisz? Bo sama zastanawiam się jak odróżnić uczciwe dopracowywanie praktyki od uciekania w poprawianie.
Przepraszam za może naiwne pytanie, ale czy strach przed zmianą to coś czego się pozbyć afirmacjami, czy raczej coś z czym się iść do przodu mimo wszystko? Bo z tego co czytam tu wynika że te dwie rzeczy to nie to samo.
Wchodzę trochę z boku, ale słucham tej rozmowy od dłuższego czasu. Czy ktoś z was zauważył że strach przed zmianą bywa inny zależnie od tego czego zmiana dotyczy? Tzn. u mnie inaczej się bać zmienić pracę a inaczej zmienić sposób myślenia o sobie. To drugie jest chyba trudniejsze, bo nie ma zewnętrznego terminu ani konkretnego kroku.
Czy to znaczy że afirmacja mówiona na głos działa inaczej niż zapisana? Bo jeśli chodzi o nadanie kształtu czemuś niewidzialnemu, to zapis wydaje mi się bardziej 'namacalny' niż słowo.
Przepraszam że wchodzę z inną kwestią, ale wróćmy do tego strachu przed zmianą wewnętrzną o którym mówiła wcześniej Zina83. Ona powiedziała że to jest trudniejsze bo niewidzialne. Ale czy to jedyny powód? Bo mnie się wydaje że jest też coś takiego jak strach przed tym, że jak się zmienię wewnętrznie, to nie będę już tą samą osobą. I to jest naprawdę przerażające.
