Czytałam ostatnio o badaniach nad kortyzolem i zastanawiam się, czy ktoś tu próbował świadomie używać afirmacji właśnie w kontekście stresu i sprawdzał, czy coś się faktycznie zmieniło fizycznie. Nie mówię o odczuciach, tylko o konkretnych objawach. Bo z jednej strony jest sporo mówienia o tym, że afirmacje 'zmieniają chemię mózgu', a z drugiej nigdy nie widziałam żadnego badania, które by to potwierdzało w sposób, który by mnie przekonał. Czy ktoś wchodził głębiej w ten temat?
To jest pytanie, przy którym naprawdę warto oddzielić kilka rzeczy. Afirmacje jako takie nie działają bezpośrednio na hormony — to nie jest tak, że powtarzasz zdanie i przysadka zaczyna inaczej pracować. Mechanizm jest pośredni. Regularne powtarzanie afirmacji może zmieniać wzorce myślenia, a te z kolei wpływają na to, jak ciało reaguje na stres. Kortyzol rzeczywiście spada, kiedy obniża się subiektywne poczucie zagrożenia. Ale to nie afirmacja jako dźwięk działa, tylko zmiana interpretacji sytuacji przez umysł.
Przepraszam że się wtrącam, bo jestem tutaj raczej by się uczyć, ale chciałam zapytać — czy to znaczy, że wszystkie afirmacje, które się normalnie spotyka w internecie, są złe? Takie w stylu 'pieniądze płyną do mnie'? Bo widzę je wszędzie i teraz nie wiem, co o tym myśleć.
Słucham tej rozmowy z ciekawością, bo jestem raczej sceptyczna wobec tego typu rzeczy. Ale to, co mówi Blanka_D, brzmi dla mnie już bardziej jak psychologia niż ezoteryka. Czy to nie jest po prostu efekt placebo i zmiana nastawienia, którą można osiągnąć jakimkolwiek innym ćwiczeniem mentalnym? Co w afirmacjach jest takiego specyficznego?
Wtrącę się, bo ta rozmowa zmierza w ciekawym kierunku. Grazynka ma rację, że to jest efekt psychologiczny, ale to nie umniejsza jego realności. Kortyzol obniżony przez medytację to też 'tylko psychologia' — a nikt nie kwestionuje, że medytacja wpływa fizjologicznie. Problem z afirmacjami jest moim zdaniem inny: większość ludzi używa ich bez żadnej pracy z oddechem, ciałem ani stanem emocjonalnym. Mówią te zdania mechanicznie, jakby zamawianie pizzy. I potem dziwią się, że nic się nie zmienia.
Nie znam konkretnego badania z hormonami i afirmacjami, ale widziałem opracowania o tym, że pozytywna autonarracja — czyli mówienie do siebie w określony sposób — zmienia aktywność w przedniej korze zakrętu obręczy. To jest obszar związany z regulacją emocji i reakcją stresową. Nie twierdzę, że to tożsame z hormonami, ale jest jakiś ślad fizjologiczny. Grazynka, jak znajdę to źródło to wrzucę nazwę tutaj.
Mam pytanie bo czytałam, że afirmacje mogą też podnieść poziom oksytocyny jak się robi je z uczuciem miłości do siebie. Podobno to dlatego te afirmacje przed lustrem, kiedy patrzysz sobie w oczy, są skuteczniejsze. Czy to ma jakieś podstawy, czy to kolejny mit z internetu? Ja próbowałam tak robić przez kilka tygodni i miałam wrażenie ze faktycznie czuję się inaczej, ale nie wiem czy to oksytocyna czy po prostu nawyk.
Słucham tej rozmowy od początku i mam wrażenie, że mówimy o dwóch różnych rzeczach naraz. Jedno to afirmacje jako technika zmiany myślenia, a drugie to pytanie, czy one fizycznie coś robią z hormonami. Te dwa pytania mogą mieć różne odpowiedzi. Bo może afirmacje działają na myślenie, ale nie bezpośrednio na biochemię — i to jest całkowicie w porządku, nie odbiera im sensu. Albo ktoś uważa, że jak nie ma efektu hormonalnego, to afirmacje są bezwartościowe. To też jest osobna pozycja.
to jest właśnie ta granica, przy której nauka jeszcze nie stanęła wyraźnie. Badania, które znam, pokazują korelację między praktyką afirmacyjną a zmianami biologicznymi, ale nie mówią, że sama afirmacja jako technika jest tu przyczyną sprawczą. Może to być mechanizm stresu, może intencja, może skupienie. Nie wiem, czy da się to w ogóle rozplątać metodologicznie.
To jest ciekawe rozróżnienie. Bo można powiedzieć, że coś działa, nawet jeśli nie wiemy dlaczego. Tak jak z akupunkturą — wyniki bywają, mechanizm sporny. Tylko że przy afirmacjach jeszcze trudniej oddzielić efekt samej techniki od efektu generalnego skupienia się na sobie przez kilka minut dziennie.
właśnie to miałam na myśli wcześniej. Może te kilka minut skupienia to jest zmienna, a nie sama treść afirmacji. Jakbyś medytowała przez te same pięć minut, efekt byłby taki sam albo lepszy. Skąd wiemy, że słowa coś dodają do tego równania?
Przepraszam, że przerywam, ale chciałam się upewnić czy dobrze rozumiem. Mówicie, że nawet w badaniach nie wiadomo, czy to afirmacja robi efekt, czy samo siedzenie i skupianie się? Jeśli tak, to właściwie jak ktokolwiek może polecać afirmacje jako konkretną technikę, a nie po prostu 'rób coś dla siebie codziennie'?
Ale to chyba nie jest bez wartości? Jeśli ktoś codziennie przez 10 minut skupia się na sobie, bo mu powiedziano żeby powtarzał zdania, to i tak coś zyskuje. Nawet jeśli mechanizm jest inny niż myślał. Efekt jest realny, tylko opis przyczyny był nieprecyzyjny.
Wracając do tytułu — bo trochę odpłynęliśmy. Pytanie było o hormony konkretnie. Czy ktoś wie, czy są badania, które mierzyły np. kortyzol albo oxytocynę po regularnej praktyce afirmacyjnej przez kilka tygodni, a nie tylko jednorazowo przed stresowym zadaniem?
tak, jest kilka takich prób. Jedno z bardziej cytowanych pochodzi z kontekstu badań nad self-compassion — Kristin Neff i jej zespół mierzali kortyzol i zmienność rytmu serca przy praktykach obejmujących pozytywną autonarrację. Wyniki sugerowały obniżenie reaktywności na stres, ale to nie była izolowana afirmacja jako technika, tylko szerszy protokół.
A czy ktoś może wyjaśnić, czym jest zmienność rytmu serca w tym kontekście? Słyszałam o tym przy medytacji, ale nie wiem jak to się przekłada na hormony. Czy to jest wskaźnik kortyzolu, czy coś innego mierzy?
To jest właśnie to napięcie, które mnie tu interesuje od początku. Badania laboratoryjne dają kontrolę, ale gubią kontekst. Badania terenowe mają kontekst, ale tracą kontrolę. I do pytania z tytułu — czy afirmacje wpływają na hormony — żadne z tych podejść samo w sobie nie daje pełnej odpowiedzi.
czyli właściwie nie mamy dobrego dowodu ani w jedną, ani w drugą stronę? Bo jak dobrze rozumiem, to nawet wyniki, które są, można podważać metodologicznie.
W numerologii podobne rzeczy się zdarzają — ktoś opisze, że po odkryciu swojej liczby życia poczuł się spokojniej, i już z tego robi się: 'numerologia reguluje układ nerwowy'. Jeden krok narracyjny za daleko i już brzmi jak fakt. Rozumiem dlaczego tak się dzieje, ale rozumiem też dlaczego to irytuje.
Przepraszam że dopytam, bo się uczę — mówiłaś o korze przedczołowej. Co to znaczy, że afirmacje zmieniają jej aktywność? Ona odpowiada za coś konkretnego związanego z hormonami, czy to zupełnie inny tor?
A ja mam pytanie trochę z innej strony — czy ktoś tu praktykuje afirmacje regularnie i zauważył coś, co można by opisać jako zmianę fizyczną? Niekoniecznie mierzoną, ale odczuwaną. Spokojniejszy sen, inny poziom energii, coś w tym stylu. Bo ta rozmowa jest dużo o badaniach, a mało o tym co ludzie faktycznie czują.
Zastanawiam się, czy nie byłoby uczciwie powiedzieć: nie wiemy, czy afirmacje zmieniają hormony, ale wiemy, że coś zmieniają w funkcjonowaniu. I to wystarczy, żeby praktykować, jeśli ktoś chce. Bez wielkiej narracji o 'przeprogramowaniu biochemii'.
i to jest pytanie bez dobrej odpowiedzi. Bo z jednej strony uproszczenie przyciąga, z drugiej — jak ktoś się dowie, że mechanizm był zmyślony, to traci zaufanie do całej praktyki, nawet jeśli efekt był realny. Nie wiem czy to jest dobre wyjście na dłuższą metę.
Chcę dopytać o jedną rzecz, bo trochę mi umknęło w tej dyskusji. Czy jest jakaś różnica między afirmacjami wypowiadanymi głośno a tymi tylko myślanymi? Intuicyjnie mi się wydaje, że głos robi coś więcej, ale nie wiem czy to ma jakieś uzasadnienie.
A czy ktoś próbował afirmacji w połączeniu z ruchem? Chodzi mi o to, że słyszałam o podejściu, gdzie afirmację łączysz z jakimś prostym gestem albo chodzeniem. Zastanawiam się, czy ciało dodaje tu coś do równania czy to tylko sposób na skupienie uwagi.
Słuchając tej dyskusji zaczynam się zastanawiać, czy problem nie leży gdzie indziej. Może kwestia nie brzmi 'czy afirmacje zmieniają hormony', ale 'przy jakich warunkach i u kogo'. Bo jeśli ktoś ma wysoki poziom wyjściowego napięcia i afirmacje pomagają mu zejść z niego, to efekt hormonalny może być wyraźny. Ale u kogoś, kto już funkcjonuje spokojnie, nie ma się od czego odbić. Czy to jest stawiane w badaniach?
Nie do końca się zgadzam z tym, że każde uproszczenie jest złe. Większość ludzi nie potrzebuje wiedzieć o osi HPA żeby skorzystać z afirmacji. Jeśli ktoś zaczyna praktykę z myślą 'to mi poprawi nastrój', a potem faktycznie mu poprawia — to jest wystarczające uzasadnienie. Czy naprawdę musimy wszystko rozkładać na czynniki pierwsze?
