Siedzę nad tym od jakiegoś czasu i nie wiem, jak dobrze sformułować afirmacje przy lęku przed porzuceniem. Klasyczne "jestem godna miłości" jakoś nie trafia, bo umysł od razu kontruje - "no tak, ale i tak odejdą". Czytałam, że przy głęboko zakorzenionym lęku trzeba zaczynać od czegoś łagodniejszego, bardziej stopniowanego, ale nie za bardzo wiem od czego. Czy ktoś pracował z tym konkretnie - nie ogólnie z pewnością siebie, ale właśnie z tym mechanizmem przywiązania, gdzie człowiek trzyma się kurczowo bo w środku jest ten strach że zostanie sam? I jeszcze jedno - mam wrazenie, że mi się to manifestuje w snach. Ostatnio śnię w kółko te same motywy: biegnę za kimś, kto nie patrzy w moją stronę, albo jestem w domu który nagle nie jest moim domem. Zastanawiam się czy to w ogóle ma związek z tym, nad czym pracuję energetycznie.
Klasyczne afirmacje rzeczywiście słabo działają przy lęku przywiązaniowym, bo trafiają na zablokowaną czakrę serca. Jeśli Anahata jest zablokowana, to żadna pozytywna afirmacja nie przebije się przez ten blok, bo energia nie płynie... trzeba najpierw pracować z czakrą, a dopiero potem dodawać afirmacje. Polecam zacząć od afirmacji przy sercu, dosłownie - dłoń na klatce piersiowej i mówisz powoli. To pomaga aktywować przepływ.
Tak, dokładnie o to chodzi. Przykładowo: zaczynasz od "dopuszczam myśl, że mogę być w bezpiecznej relacji", potem po jakimś czasie "otwieram się na możliwość, że ktos zostanie", a dopiero znacznie później "jestem godna stałej miłości". Każdy etap trzymasz tyle, ile potrzeba - niema tygodniowego harmonogramu. kluczowe jest to, zeby brzmienie afirmacji nie wywoływało w tobie natychmiastowego "ale to nieprawda". Jak czujesz ten opór, cofasz się o krok. I jedno ostrzeżenie - to nie sprint. Przy naprawde głębokim lęku przywiązaniowym sama afirmacja to tylko jeden element. Bez pracy z przekonaniem źródłowym afirmacja jest jak tynk na pęknięcie w murze.
Mam takie pytanie do całej dyskusji - skąd właściwie wiadomo, że afirmacja "działa" a nie że poprostu człowiek z czasem i tak by sie uspokoił? Pytam serio, bo obserwuję siebie od paru miesięcy i nie potrafię wyizolować co jest efektem afirmacji, co terapii, a co po prostu upływu czasu. Nie kwestionuję że to może mieć sens ale jak wy to rozróżniacie?
A ja mam głupie pytanie - czy te afirmacje trzeba powtarzać głośno czy wystarczy w myślach? bo czytam różne rzeczy i jedni mówią że głos jest kluczowy, inni że intencja wystarczy. Skąd to rozróżnienie w ogóle pochodzi?
Wracając do tych snów, ktore wspomniała Amethysta - w kontekście pracy z lękiem przywiązaniowym sny rzeczywiście mogą być pewnym wskaźnikiem, ale ostrożnie z interpretowaniem ich wprost jako "stanu energetycznego". Sen o biegnięciu za kimś kto nie patrzy to bardzo częsty motyw przy każdej formie niepewności, nie tylko przy lęku przywiązaniowym. To że pojawia się w trakcie pracy nad sobą nie znaczy że praca nie działa, moze wręcz odwrotnie - coś zaczyna się ruszać, stąd te obrazy. Problem jest kiedy ktoś zaczyna odczytywać każdy sen jako komunikat i buduje na tym decyzje. Pytanie do Amethysty - czy te sny zaczęły się przed pracą z afirmacjami, w trakcie, czy były zawsze?
