To dobre porównanie. Recytowanie bez żadnego śladu to sygnał, że zdanie jest albo za abstrakcyjne, albo za bardzo oddalone od tego, w co umysł w ogóle może uwierzyć nawet warunkowo. Ale mam pytanie: czy te zdania, które dawały tę pustkę, były sformułowane w pierwszej osobie czasu teraźniejszego, czy inaczej?
I to jest właśnie ten punkt, przy którym większość prostych poradników o afirmacjach całkowicie odpada. Bo mówią albo "powtarzaj bez zastanawiania", albo "wybierz zdanie, które czujesz". A jeśli nie czujesz niczego, bo jesteś emocjonalnie odcięty, albo czujesz fałsz, bo masz silne przekonania odwrotne, to oba te zalecenia są bezużyteczne.
Wracając do pytania, które postawiłam na początku, bo myślę, że ta rozmowa do niego wróciła przez inne drzwi. Czy powinno się czuć coś konkretnego? Z tego, co tu piszecie, wychodzi mi, że odpowiedź brzmi: nie coś konkretnego, ale coś. Emocja nie musi być pozytywna, może być opór, może być cicha wątpliwość, może być neutralność, która nie jest murem. Ale jeśli nie ma absolutnie niczego przez długi czas, to jest sygnał, nie wyrok, ale sygnał.
To, co napisała Klaudia05 na koniec, to chyba najuczciwsze podsumowanie, jakie można z tego wyciągnąć. "Coś, ale nie koniecznie coś pozytywnego." I właśnie to jest najtrudniejsze do przekazania komuś, kto zaczyna z afirmacjami, bo większość materiałów sugeruje, że powinno być ciepło, lekko, radośnie. A tymczasem sygnał, że zdanie działa, może być zupełnie inny.
Gabka właśnie dotknęła czegoś, o czym nie powiedziałam wprost na początku. Ja miałam dokładnie ten sam problem i przez długi czas myślałam, że to moja wina, że nie umiem sformułować zdania. Dopiero kiedy zaczęłam traktować afirmację nie jako opis stanu, ale jako kierunek uwagi, coś się zmieniło. Nie "czuję spokój", ale "zwracam uwagę na miejsca w sobie, gdzie spokój jest możliwy". Absurdalnie długie, wiem.
A czy ta długość nie zabija działania? Bo mam wrażenie, że krótkie zdania są łatwiej przyswajane i powtarzane. Jak masz pół zdania złożonego, to przy dziesiątym powtórzeniu zaczyna to brzmieć jak zaklęcie bez sensu.
Mam wrażenie, że ta dyskusja zaczęła obracać się wokół pytania, które jest ważniejsze niż sam temat afirmacji: co znaczy, że coś "dociera". Bo różnie to rozumiemy. Dla jednych to emocja, dla innych to cisza, dla jeszcze innych to fizyczne odczucie w ciele. I może właśnie dlatego ludzie tak różnie oceniają skuteczność tych samych technik.
Słucham tej rozmowy i mam jedno pytanie, które mnie gryzie od jakiegoś czasu. Czy w ogóle powinniśmy oczekiwać, że afirmacja wywoła coś konkretnego przy każdym powtórzeniu? Bo może to jest błędne założenie. Może chodzi o to, żeby zdanie było tam, a nie o to, żeby za każdym razem coś czuć.
Tu się trochę zatrzymuję, bo mam wrażenie, że zaczynamy mówić o dwóch różnych rzeczach. Jedno to mechanizm efektu, czyli czy afirmacja coś zmienia w umyśle. Drugie to subiektywne odczucie podczas wypowiadania, a o to przecież pyta tytuł wątku. I nie jestem pewien, czy odpowiedź na pierwsze pytanie odpowiada na drugie.
